Zegar wybił już wpół do Doktor, a więc czas najwyższy, by z trwogą i nadzieją oczekując następnej regeneracji, powiedzieć słów kilka o fanowskiej traumie, która nieodłącznie się z nią wiąże.

Zmiany nieustannie depczą nam po piętach, jak istota z krwi i kości zdeterminowana, by nas dogonić. Niczym śmierć, o której mówił Dwunasty Doktor w odcinku Dar niebios („Heaven Sent”); zmiany nigdy nie idą szybciej, nigdy wolniej, nieustannie jednak się do nas zbliżają, aż w końcu dostrzegamy ich cień tuż obok naszego.

Wszelka stałość jest zaledwie iluzją, budowaną przez nas samych i na nasz własny użytek fortecą bezpieczeństwa, pozornej stabilności. Fortecą, za której progiem czai się Wszechświat. Straszny, nieznany, ale i piękny, czekający tylko na odkrycie. Jeden krok to wszystko, co musimy uczynić, by go doświadczyć. Tylko jeden krok… do Trzynastej Doktor.

Mam wrażenie, jakbym siedziała na drżącej wskazówce zegara, który wybił właśnie wpół do Doktor. Jakbym uniosła stopę, by przekroczyć próg i zastygła w tym geście aż do grudniowego odcinka. Myślę, że w tym wrażeniu nie jestem osamotniona. Wszyscy tkwimy po uszy, czułki i macki zawieszeni w niebycie i na wpół świadomi nadciągającej traumy regeneracyjnej: strasznej, ale, po zapierającej dech w piersiach chwili wahania, także zachwycającej.

Co prawda, nie posiadam TARDIS ani nawet skromnego manipulatora wirów czasowych, ale, mimo to, zamierzam cofnąć się w czasie (nie pytajcie jak – to tajemnica!) do momentu ostatniej regeneracji Doktora. Do chwili, gdy nagle twarz wyimaginowanego przyjaciela z dzieciństwa prysła wśród złotych iskier i została zastąpiona twarzą… kogo? Kogoś obcego. Boleśnie nieznanego i w niczym nieprzypominającego przecież tego Doktora.

Ta myśl, ten przywołany z głębin czasoprzestrzeni widok, wciągnął mnie bez reszty w wir koszmarnego déjà vu wszystkich doświadczonych już przeze mnie regeneracji.

Wciąż przed oczami widzę rozciągniętą w bananowym uśmiechu twarz Dziewiątego, zgiętego w pół, tuż przed eksplozją oraz twarz młodego Dziesiątego wyłaniającego się ze złocistego strumienia, niby facjata jakiegoś uzurpatora. To z kolei każe mi wspomnieć pustkę po pożegnaniach z przyjaciółmi, niespełnienie i gorycz, a także pieśń Oodów: Żegnaj, Dziesiąty („Vale Decem”) i drżący głos Doktora, który nie chciał odchodzić. I znów to samo: twarz obca, dziecinna, po prostu nie ta oraz tępy ból na myśl o jego kompletnym wyrzeczeniu się przeszłości oraz dzikiej radości kogoś, kto już nie jest Doktorem o sterczących włosach. Wśród tych wizji skromnie prześwituje także Ósmy Doktor, przechylający kielich, by stać się użytecznym w czasach wojny. Temu jednemu wspomnieniu towarzyszy tylko smutna świadomość zaprzepaszczonego potencjału Ósmego po wieczność zaklętego w głos ze słuchowisk, skazanego na niewykorzystanie i regenerującego z przymusu, z jakiejś absurdalnej, narzuconej mu przez kosmiczną opatrzność wyższej konieczności. Jest też przebłysk, krótki i nagły, twarzy Wojennego Doktora, rozpływającego się w nicość, wycieńczonego wojną…

Spróbuję jednak, skacząc i tańcząc wokół konsoli mojej wyimaginowanej TARDIS, ustawić współrzędne nieco inne i trafić w końcu tam, dokąd przez cały czas zmierzam.

Zredukować turbulencje! Włączyć inhibitor tarcia temporalnego! I jeszcze może włączyć to czaso-coś-tam, błyszczące po lewej od maszyny do karaoke! Zupełnie nie wiem, do czego to służy!

Przenieśmy się o kilka lat wstecz, do roku 2013. Licznik pokazuje mi obecnie: 4 sierpnia 2013 roku.

Z porażającej jasności wyłania się dzień, w którym po ponad dwóch miesiącach od informacji o rezygnacji Matta Smitha ogłoszony zostaje jego następca. Z niewyraźnych jeszcze oparów regeneracyjnej mgiełki wyłania się twarz smukła, starsza, obdarzona przenikliwym spojrzeniem niebieskich oczu… Twarz Petera Capaldiego.

Jakimi słowami został powitany przez fanów następca Jedenastego? Zerknijmy na pierwsze z brzegu wypowiedzi na oficjalnym profilu Doctor Who na Twitterze…

Nigdy nie słyszałam o tym facecie. Nie jestem zadowolona.

Nie wiem, jak mam się czuć… Sporo starszy Doktor…

Nie chcę, żeby Matt Smith odchodził!

ON JEST ZA STARY.

Przyszło mi ze zgrozą zamrugać na widok podobnych wypowiedzi. Czy one istotnie mogą odnosić się do tego Petera Capaldiego? Do genialnego, rockowego, dramatycznego Doktora? Tajemniczego, mistycznego wręcz Władcy Czasu, którego znamy dziś?

A jednak!

Wiele podobnych wypowiedzi pojawiło się po ogłoszeniu starszego od poprzedników odtwórcy roli. Po przedarciu się przez tłum niepocieszonych fanów, moje uszy wychwytują także entuzjastyczne komentarze. Te pełne nadziei głosy wskazują albo na to, że zmiana wieku będzie nowym, ekscytującym wyzwaniem w New Who lub też na chlubny powrót do tradycji Doctor Who, do Classic Who, gdy często w roli Doktora obsadzani byli przecież starsi aktorzy.

Mimo to, opinie pełne wątpliwości rzucają długi cień na ogłoszenie. Szczególnie zarzuty odnośnie wieku pojawiają się nieustannie, uparcie wypływając na powierzchnię.

Jakże one są dziś absurdalne! Czy Dwunastemu Doktorowi, który wjeżdża na arenę średniowiecznych walk czołgiem, grając przy tym na gitarze elektrycznej, można zarzucić, że jest… za stary? Ani przez chwilę, oglądając wyczyny „Dwunastki” nie przyszło mi do głowy zastanawiać się nad jego wiekiem! Dodał mu on, owszem, pewnej powagi, majestatu wielowiekowego kosmity, odrobinę dziwacznej, mrocznej, być może, zjadliwości. Nie były to jednak cechy ujemne, ale nowy dodatek do złożonej natury Doktora. Halo! Facet ma już dobrze ponad tysiąc lat! Dajcie mu być złośliwym, mrocznym i irytującym, od czasu do czasu… Czy zresztą on nie był taki od zawsze?

Spróbuję, pomimo mojego wewnętrznego sprzeciwu wobec stawianych przedwcześnie zarzutów, zrozumieć słowa przez krytycznych fanów wypisywane.

Zamknijcie oczy.

No, dalej, zamknijcie oczy. Nie żartowałam! Panie, Panowie, Oodowie, Dalekowie oraz inne dziwne, dziwne stwory! Zamknijcie oczy…

I wyobraźcie sobie twarz Jedenastego Doktora, twarz Matta Smitha. Wiecie, tę dziwaczną facjatę z za dużym podbródkiem, bez brwi, o oczach zielonawych i roziskrzonych jak u nadgorliwego pięciolatka. Możecie też niechcący ujrzeć kątem wyobraźni jakiś fez czy muchę, tweedową marynarkę, szelki, rybę z budyniem czy też głupie gestykulowanie… To wszystko, co czyniło Jedenastego nim właśnie, jedynym w swoim rodzaju.

I nagle… BUM! Twarz obca, starsza, już nie zachęcająco młoda i absolutnie nie jest to twarz przyjaciela z dzieciństwa, jakiego nigdy nie mieliśmy, a przecież tak bardzo chcielibyśmy mieć… Nie. Ten jest obcy. Nawet nie można się tu oszukiwać! To nie jest Matt Smith! To kolejny ten nowy i nie nasz, nie mój, nie twój, nie wasz, nie nasz, nie-Doktor.

Być może łatwiej zrozumieć niechęć, spoglądając na nią z tego kącika. Trudniej natomiast pojąć bezwzględną dosadność i pochopność sądów względem nowego jeszcze nie-Doktora.

On przecież nawet nie zaczął, mam ochotę krzyknąć do nich z otchłani wiru czasoprzestrzennego, dajcie mu szansę, ludziska!

Nie ma się jednak co rozwodzić nad tym dłużej! Zwalniam hamulce i lecę dalej, do dnia 25 grudnia 2013 roku, by ujrzeć po raz kolejny ten smutny, dziwny, traumatyczny moment…

Jedenasty Doktor jest już stary. Przeżył długie lata, strzegąc Tranzalore. Głębokie zmarszczki deformują jego twarz. Umiera i być może byłby to już koniec jego pieśni. Dostał jednak w prezencie świątecznym od pobratymców nową paczkę pełną regeneracji.

Ach, ale to przecież nie zmieni niczego! Tej jednej, tak istotnej kwestii: Doktor umiera.

Nadchodząca regeneracja ożywia wspomnienia, pasaże minionych twarzy i minionych traum. Aż ma się ochotę wstrzymać oddech.

Doktor widzi małą Amelię Pond, a, po chwili, także całkiem dużą Amy. Być może rozpatruje w głębi swojego niepojętego rozumu odwieczną zmienność wszystkiego we wszechświecie?

Amelia. Pierwsza twarz, którą ujrzała jego jedenasta twarz. Twarz dziewczynki, która się zmieniła, dziewczynki, która… nie była już dziewczynką. Dziewczynki, która dorosła. Zmiany… Wszyscy się zmieniamy…

Jeśli się nad tym zastanowić. Przez całe życie jesteśmy różnymi ludźmi. I to jest w porządku, to jest dobre, trzeba iść naprzód. Tak długo, jak pamiętasz wszystkich, którymi byłeś… Nie zapomnę ani jednej linijki. Ani jednego dnia. Przysięgam. Zawsze będę pamiętać, kiedy Doktor był mną.

Tymi słowami żegnał się Doktor, z którym tak łatwo było sympatyzować, z którym każdy chciałby się zaprzyjaźnić… Doktor, który oszukał Daleków detonatorem z ciasteczka, ożenił się ze swoją własną zabójczynią, pokazał Vincentowi van Goghowi przyszłość jego dzieł i odkrył wreszcie prawdę o swoim udziale w zakończeniu Wojny Czasu oraz o wiele, wiele więcej…

Te słowa jednak nie miały w sobie tego smaku gorzkiej ostateczności, jaki niósł ze sobą kolejny jego gest…

Prosty gest zdejmowania muszki i jej powolny upadek. Zwyczajna wstążka, nieprzypominająca już w niczym tego, czym była, upadająca na podłogę niosła w sobie, moim zdaniem, więcej prawdy o zmianach, niż słowa we wszystkich językach kosmosu, od Gallifrey po Skaro. Wcześniej można się było jeszcze łudzić, ale, spoglądając na ten obojętny zwój materiału, spoczywający na posadzce…

Złocista energia regeneracyjna wzbierała niczym burza.

Proszę, nie zmieniaj się!

Szepnęła jeszcze Clara, jakby czytała w moich myślach i wyciągnęła dłoń do kogoś, kto zaraz…

Spodziewałam się wybuchu, pompatycznej eksplozji złotych iskier, ale nie… tego! Zanim w ogóle zdążyłam otrzeć łzy dostałam w twarz… twarzą!

NERKI!

Oświadczył starszy, przerażający, poważny facet, doprowadzając widzów, Clarę, a także, sądząc po reakcji, TARDIS, do palpitacji!

Mam tylko jedno pytanie. Wiesz może, jak tym sterować?

Ten wyrwany ze szponów przeszłości wycinek czasoprzestrzeni ponownie pozostawił mnie w głębokim szoku. Wciąż pamiętam moment, gdy tych scen doświadczałam po raz pierwszy. Moffat chyba uznał, że wszyscy łatwiej „przełkną” nowego Doktora, gdy rzuci się on na nich z pazurami, nie dając nikomu ani chwili wytchnienia po pożegnaniu. Bylebyśmy się tylko nie zdążyli rozczarować, sprzeciwić, uronić zbyt wielu łez, ale byćmy mogli wręcz zachłysnąć się Dwunastym.

Niniejszym poczułam się zaatakowana, spadłam z najwyższej wieży Cytadeli i nabiłam sobie guza! Taki mniej więcej efekt miało to szokujące przedstawienie nowego Doktora.

Pff, on nawet nie potrafi sterować TARDIS!

Wcale mi się nie podoba!

Szorstki taki jakiś.

Chce mi zabrać przyjaciela z dzieciństwa.

Pff!

Uzurpator!

Trauma po Jedenastym, okres zaprzeczenia, absolutnej negacji nowego Doktora… To chyba coś, co większość fanów zna z autopsji. Słowem, było smutno, źle, bolało, prowadziło do nałogowego powtarzania ulubionych odcinków z Mattem Smithem, kupna muszki oraz gwałtownego wzrostu zysków firm produkujących chusteczki higieniczne.

Czas ten jednak przeminął. Czas bowiem niemal nigdy nie stoi w miejscu, a w każdym razie stać w miejscu nie powinien.

Zwalniam ponownie hamulec, naciskam kilka sprytnych dyngsów i frunę przez czas i przestrzeń, mijając kolorowe widoki: Dwunastego, pytającego, czy jest dobrym człowiekiem, wygłaszającego przemowę przeciw wojnie, kończąc raz na zawsze konflikt między ludźmi a Zygonami, Dwunastego, przeżywającego piekło w dysku konfesyjnym, umierającego miliony razy, proszącego Mistrza i Missy, by byli po prostu życzliwi… Dwunastego, walczącego z nieuchronną śmiercią…

Czasoprzestrzeń poza tym, że jest fikuśna, kulista i ogólnie niesprecyzowana, ma jednak w sobie coś z okręgu. Być może dlatego alfabet Władców Czasu bazuje na tej właśnie figurze geometrycznej? Wciąż poznajemy nowych ludzi, którzy początkowo są po prostu obcy, mamy w stosunku do nich nadzieje, pragniemy im zaufać lub bezlitośnie skazujemy ich na niebyt naszą niechęcią. Potem nagle ci ludzie, nieciekawi ludzie, zaczynają nabierać cech indywidualnych. Czy nie tak właśnie mówiła Amy w odcinku Dziewczyna, która czekała („The Girl Who Waited”)?

Czasem spotykasz też całkiem innych ludzi i myślisz sobie: „Mogą być”. A potem ich poznajesz. I ich twarze tak jakby stają się nimi. Jakby ich osobowość była tam w całości zapisana i wtedy zmieniają się w coś tak pięknego…

Co prawda, jest to cytat, który tylko w pewnej mierze odzwierciedla zmiany Doktorów i fanowskie radzenie sobie z nimi. Lecz czy w tej właśnie mierze nie opisuje on ich najtrafniej? Pojawia się ktoś, kto jest nam obojętny lub wcale go nie lubimy, a potem go poznajemy i nagle… staje się tym kimś wyjątkowym i faktycznie pięknym, choć być może na początku nigdy byśmy w to nie uwierzyli! Potem i on znika, rozpływa się i wracamy do początku, by znów być obojętnymi, by znów kogoś odkryć, polubić, pokochać, stracić i zyskać… Koło.

Nie piszę o tym wszystkim bez powodu. Wybiło wpół do Doktor! Wybiło dźwięcznie, tu i teraz, gdy w moim wyimaginowanym TARDIS sączę herbatę, słuchając tykania zegara, odmierzającego sekundy do kolejnej traumy, do pożegnania i powitania.

Słyszę odległe echa kłótni o to, czy Doktor ma prawo, czy też nie ma prawa być kobietą, ma czy nie ma prawa nosić przykrótkich, niebieskich spodni. A na te skargi dziwnie nakładają mi się słowa: Capaldi jest za stary… Nieprawda, krzyczą inne głosy, nie jest!

I myśl, jak zabawne były te stare utyskiwania, naprowadza mnie i na taką, że obecne także odejdą niebawem w niepamięć.

Ach, i znów, przed oczami migają mi wszystkie wspaniałe chwile Dwunastego, ginąc w morzu złotych iskier. Wiem, że niebawem z tej jaskrawej piany wyłoni się twarz obca, inna, i pal naprawdę licho jaka by ona jeszcze nie była, jest i być musi ona dla mnie twarzą uzurpatora!

Nazwijmy tę fanowską traumę naturalną koleją rzeczy. Zawsze jest nieco inna, a jednak zawsze powraca z uporem godnym Daleka. Raz cieszymy się bardziej na tę nową twarz, a raz rozpaczamy, raz trudniej nam się żegnać, raz żegnamy się jakoś bardziej z tym odejściem pogodzeni. Jednak ona zawsze gdzieś tam jest. To świadomość mijającego czasu, dźwięk niemiłosiernie tykającego zegara.

Miną, jak zawsze, te dni traumy i maltretowania odcinków z Dwunastym, nieprzyzwoitego wzrostu zysków kompanii produkujących chusteczki i nadejdzie nowa era, jakaś nowa czasoprzestrzenna paczka wydarzeń.

Od tęsknoty za Capaldim, poprzez przepracowanie żałoby, do akceptacji, wciąż jeszcze podszytej nieufnością. Potem pierwsze iskry radości, pierwszy raz, gdy wraz z Trzynastą się zaśmieję, zapłaczę czy po prostu zasympatyzuję (od teraz takie słowo oficjalnie istnieje!). I obrazy minionych twarzy zleją mi się w końcu w jeden. W jej twarz. Twarz Doktora. Starego i nowego, tego samego i zupełnie innego. Doktora, z którym zawszę będę podróżować.


Studentka, ekstrawertyczny introwertyk, rysownik-amator i pisarz-hobbysta z dalekiej północy. Dla przyjaciół: Tai.


  • Peter Wimsey

    Jaki ładny, osobisty tekst, dzięki, dobrze było poprzeżywać to z Tobą tak po prostu, jak z kimś kto też kocha Doktora.

  • McThar

    Dla mnie odejście Dwunastego będzie o tyle gorszym przeżyciem, że to będzie pierwsza regeneracja Doktora „na żywo” dla mnie (zacząłem oglądać w 2014, kiedy już Capaldi był Doktorem a i tak zaczynałem od 1. serii, więc nawet nie do końca o tym wiedziałem). Inne regeneracje szło jakoś przeżyć, bo wiedziałem że i tak to się stanie, że i tak ten fantastyczny Dziewiąty z akcentem z północy odejdzie, że Dziesiąty ze swoim „Allons-y!” też odejdzie, mimo że tego nie chce (ani tym bardziej ja), z początku zabawny, młodziutki, wręcz dziecięcy Jedenasty, który potem nieco spoważniał (wtedy się bardziej do niego przekonałem) też odejdzie, a teraz.. coś nowego, nigdy przez to nie przechodziłem w taki sposób, nie wiem jak to jest i się boję, boję się tej zmiany, boję się że mi się nie spodoba nowa Doktor (głównie dlatego, że Dwunasty był w serii 10. genialny i ogólnie był genialny). Już nie ze względu na płeć, ubiór (który akurat mi się nawet bardzo nie podoba, początkowo chciałem mieć niespodziankę jaki on będzie, ale się po prostu nie da z włączonym internetem) czy samego aktora (oglądałem „Broadchurch”, więc tu akurat wiem jakie możliwości ma Jodie, tym się pocieszam), ale po prostu dlatego, że to coś nowego.

  • Alternauta

    Świetny tekst! Już miałem to koło regeneracji dodać w komentarzu,ale widzę że jednak się w tekście pojawiło :)
    Dwunasty był też de facto dla mnie pierwszym Doktorem oglądanym na bieżąco (acz zaczynałem od 1 serii) – wprawdzie na bieżąco widziałem już odcinek na 50 rocznicę, ale dwa odcinki z Mattem to jednak dość krótko, bo jednak inaczej ogląda się coś, wiedząc że trzeba poczekać na ciąg dalszy tydzień/rok albo dłużej, a inaczej wiedząc że ” zostały jeszcze przecież 3-4 sezony :D”. Dlatego też Dwunastego uznaję za tego, od którego ery na serio zacząłem oglądać najnowsze odcinki na bieżąco,więc dla mnie też będzie to niełatwe przeżycie, zwłaszcza że tym razem Doktor zmieni się bardziej niż zazwyczaj.
    Chociaż pewnie będzie tak, że jak już będzie jasne, że to jest ten właściwy moment regeneracji to pewnie już będę niecierpliwie nowej Doktor wypatrywać (tak było w ostatnim odcinku, jak wyszedł z TARDIS bo miałem nadzieję że Trzynastkę jednak bez zapowiedzi pokażą, więc wiem o czym mówię :D). Potem pewnie pojawią się wątpliwości, ale bardziej odnośnie stroju, bo akurat od strony Jodie czy Chibnalla myślę że powinno wszystko dobrze zadziałać. No a potem… wspomaganie się klasykami w oczekiwaniu na 11 serię (już zacząłem, w ramach nadrabiania ery Pierwszego i mam już 1 sezon za sobą, hip hip, hura!) i jakoś się dotrwa (nie)cierpliwie do pierwszych odcinków z Jodie :D

  • Zyphire

    Trochę się śmiałam czytając… nie tekst wcale nie był zły ani śmieszny, wręcz przeciwnie. Wspaniale napisałaś. Po prostu nie za bardzo rozumiem takie emocjonalne podejście. To jak niektórzy przeżywają odejście ulubionych postaci (w przypadku Whovian- inkarnacji) jest dla mnie dziwne i fascynujące. Sama tak nie potrafię. Przemiana Doktora nigdy jeszcze mnie szczególnie nie ruszyła. Zazwyczaj podchodzę do niej spokojnie…no może z paroma wyjątkami. Odejście Dziesiątego bardzo mnie wkurzało. Bardzo. Oczywiście smutek był jak przy każdym pożegnaniu, ale głównie wściekłość, którą kierowałam na biednego Jedenastego (jakby to on był winny). A tak poza tym, większość przetrwałam bez łez, bez dramatów. Nowych też dość szybko akceptuję, chociaż na początku zawsze: „Co to za typ? Taki inny, obcy…nie-doktorowy. Doktorze wracaj!” Czy moje reakcje tak wyglądają bo dołączyłam do fandomu całkiem niedawno? Regeneracja Dwunastego to pierwsza, na którą się przygotowuje i czekam (nie z niecierpliwością). Zastanawia mnie czy tym razem wszystko odbędzie się tak samo czy raczej jak Ty opisałaś. Może na wszelki wypadek powinnam przygotować chusteczki? :D
    Kocham 12-tego Doktora, mam wrażenie że wyjątkowo się do niego przywiązałam, bardziej niż do jakiegokolwiek innego.
    Jak niektórzy fani określają:
    Mój Doktor <3