Niedawno na nowojorskim Comic Conie Peter Capaldi udzielił na panelu prawie godzinnego wywiadu – prawdopodobnie jednego z ostatnich, jeśli nie ostatniego, jako Dwunasty Doktor. Pytano go m.in. o ulubione odcinki, ulubione przemowy, dalsze plany zawodowe, a także o to, co on, jako Doktor, ma do powiedzenia dzisiejszemu światu i ludzkości. Capaldi miał więc okazję do podzielenia się wieloma barwnymi wspomnieniami i, jak nietrudno się w jego przypadku domyślić, kilkoma głębokimi myślami.

Peter Capaldi: Witaj, Nowy Jorku! Dobrze was widzieć. Ja nie widzę. [Ściąga okulary przeciwsłoneczne.] A, tu jesteście!

Moderator: Powinienem nadmienić, że tam na górze jest jeszcze cały balkon ludzi.

PC: Witaj, balkonie! Tańsze miejsca.

Dziękuję ci bardzo za to, że do nas dziś dołączyłeś.

PC: Cała przyjemność po mojej stronie.

Wspominałem o tym za kulisami, ale… Miałem przyjemność przeprowadzać z tobą wywiad w Londynie, gdy nagrywałeś swoją pierwszą serię jako Doktor i w pewien sposób… Z różnych powodów, w które nie będę wnikał, wydaje się, jakby to było sto lat temu, ale jednocześnie trzy minuty temu. I tak się zastanawiałem – jeżeli Doctor Who uczy nas czegokolwiek, to właśnie tego, że czas jest dziwaczny – czy tobie też się wydaje, że minęły ledwie trzy minuty, odkąd zacząłeś grać w tym serialu?

PC: O tak, nie wiem, kiedy cały ten czas minął. Czas mknie razem ze mną. Praca nad Doctor Who jest tak intensywna, tak wypełnia całe twoje życie, że nie zostaje ani sekunda poza nim. Co jest miłym sposobem na życie [śmiech], ale istotnie pochłania cię całkowicie.

Ponieważ, oczywiście, jesteś długoletnim fanem Doctor Who, mógłbyś powiedzieć, jaki był twój pierwszy dzień na planie?

PC: Raczej dwa pierwsze dni. Pierwszy dzień, w którym nastąpiła regeneracja, dzień z absolutnie kochanym Mattem. Nie mógłbym życzyć sobie milszego ani życzliwszego wprowadzenia do świata Doctor Who. Matt naprawdę zatroszczył się o mnie, co było jakże uprzejme z jego strony, ale potem nie robiłem niczego przez jakieś cztery miesiące! Byłem Doctorem Who, ale my nie…

Płacili ci przez ten czas? [śmiech]

PC: Nie zapłacili mi nawet za regenerację. Naprawdę, powiedzieli: Nie zrobimy tego. Nigdy mi nie zapłacono za tamten dzień w pracy. To całkowita prawda. Tak więc potem były miesiące, miesiące, miesiące i miesiące bycia w Doctor Who bez bycia Doktorem i po prostu trzeba było się z tym pogodzić. Aż w końcu się zaczęło. Był Głęboki oddech („Deep Breath”) i moja pierwsza scena w nim. Wyjście z TARDIS na nabrzeżu Tamizy, które pięknie odtworzono w studiu nagraniowym w Cardiff, a ja byłem naprawdę bardzo podenerwowany. Musiałem wejść do TARDIS po raz pierwszy, po czym wyjść z niej, tak jakby należała do mnie. Pamiętam wkroczenie do środka, jak się rozejrzałem i zobaczyłem Stevena Moffata patrzącego na mnie, też był podenerwowany, siedział przy monitorze, ale zasalutował mi lekko, ja zasalutowałem jemu. Wkroczyłem do TARDIS. W środku byliśmy ja, Jenna i koleś z machiną od dymu. Nie mam na myśli papierosów [śmiech], mam na myśli, że to był facet od rekwizytów, no i ruszyliśmy z tym koksem.

Jakie było twoje podejście do grania Doktora zanim zacząłeś i czy czujesz, że zmieniło się ono z biegiem czasu?

PC. Nie. Mam tylko wrażenie, że cała rzecz polega na tym, by próbować brać wszystko do siebie, nie mieć problemów z tym, kim się jest i kim jest Doktor i po prostu opowiadać historie. Naprawdę byłem prowadzony przez scenariusz i starałem się robić to, co kazał, w taki sposób, żeby to było efektowne.

Pamiętam jak rozmawiałem z tobą, kiedy trwała pierwsza seria i zapytałem, czy są jakieś potwory, które chciałbyś sprowadzić z powrotem, a ty powiedziałeś, że chciałbyś zobaczyć mondasjańskiego Cybermena. A potem przeprowadziłem wywiad ze Stevenem Moffatem (którego szkocki jest jeszcze bardziej szorstki niż twój, ty jesteś raczej tym łatwiejszym do zrozumienia) i on powiedział, że to głupi pomysł i że to się nigdy nie wydarzy. Że oni wyglądali po prostu jak ludzie ze swetrami wokół twarzy. Tylko mnie wkręcał czy naprawdę zmienił zdanie?

PC: Myślę, że to pokazuje, jakim szczodrym człowiekiem jest Steven. Wydaje mi się, że on naprawdę nienawidzi mondasjańskich Cybermenów, ale ponieważ ja je lubię, dał im szansę się popisać. I odniosło to wielki sukces.

Interesowało mnie też to, że tak jak kilku innych Doktorów, twój był nieco niejednoznaczny w pierwszych kilku odcinkach, które reżyserował Ben Wheatley. W którym momencie poczułeś, że przejąłeś kontrolę nad rolą?

PC: Ja nadal nie czuję, żebym zbyt dobrze ją kontrolował, ponieważ ona zmienia się cały czas, ale myślę, że odcinkiem, w którym pomyślałem, w którym poczułem, że zaczyna mi się to wszystko układać najwyraźniej, było Posłuchaj („Listen”). Dlatego, że Doktor miał tam coś jakby… Odbywał tam taki wewnętrzny dialog, jak widzieliśmy, i stawał się bardziej maniakalny. Był bardziej wściekły. Zawsze myślałem, że dobrze by było, gdyby on wpadał na jakąś ideę i naprawdę realizował tę ideę i nic nie stanęłoby mu na drodze do jej realizacji. A to tak naprawdę po raz pierwszy nastąpiło właśnie w Posłuchaj. Zatem to jest prawdopodobnie moment, gdy rola zaczęła bardziej wychodzić na moje… Ja tak naprawdę nie wiem, jak to robić, jeżeli nie mam pliku scenariuszy przeznaczonych dla „jakiegoś tam Doktora”, kimkolwiek miałby on być. Przychodzisz, podnosisz je, zgadzasz się na nie, tamci mogą je czasami nieco zmienić, żeby je do ciebie dopasować, więc myślę, że powinieneś wchodzić w to bez ich wiedzy o tym, co naprawdę zamierzasz zrobić. Bo ty tak naprawdę tego nie robisz, raczej starasz się tym być. Dlatego nikt tak naprawdę nie wie, co to będzie, dopóki ty tego nie zrobisz.

Wspomniałeś o Jennie Coleman, która w czasie, kiedy dołączyłeś do serialu, a jest parę lat młodsza od ciebie, powiedzmy [śmiech], była już starym wyjadaczem w serialu. Ty byłeś raczej świeżakiem. Jaka była relacja między wami?

PC: Wspaniała. To Jenna była pierwszą osobą, która oprowadziła mnie po TARDIS oraz po studiu, mówiła np. „Tutaj jest stołówka” [śmiech], „Tutaj jest twój krawiec” i była naprawdę bardzo serdeczna, bardzo urocza. Uczyniła moje życie znacznie łatwiejszym i, również, bardzo zabawnym. To musi być przecież dosyć trudne, kiedy obsada się zmienia, Doktor się zmienia, a ona była przyzwyczajona do Matta, mieli silną relację, aż nagle wszystko się skończyło i oto jest inny, nieznacznie starszy dżentelmen w tej roli, i… Tak, myślę że przyjęła to pięknie.

Twój, jak sądzę, najukochańszy odcinek był wyreżyserowany przez Rachel i zastanawiam się…

PC: Rachel Talalay!

Rachel Talalay, tak. Rozmawiałem z nią, jest absolutnie zachwycająca.

PC: Jest fantastyczna.

Jaka była ta relacja zawodowa?

PC: Uważam, że Rachel jest genialną reżyserką. Żyjemy w świecie, w którym… Kiedy ja zaczynałem karierę, reżyserzy byli najpotężniejszymi osobami na planie. Byli bardzo kreatywnymi i artystycznie uzdolnionymi ludźmi. Potem branża się zmieniła i stali się oni bardziej… jak hydraulicy. Scenarzysta mówi im: „Oto scenariusz, zaczyna się tak, musi zakończyć się w ten sposób, więc jeśli moglibyście tylko ustawić wszystkie te rury i upewnić się, że to wszystko wyjdzie…”. Ale Rachel jest inna. Rachel jest autentyczna, jest artystką, ona rozumie seriale, rozumie sztukę, ma fantastyczne oko i nigdy by nie… Ona kręci bardzo kinowo, nie chce po prostu uchwycić sceny w postaci sprawozdania, jak to robi większość reżyserów, którzy po prostu odpalają kamerę. Kilka klapsów i po wszystkim. Ona podchodzi do wszystkiego z wizualnym pomysłem, pełnym ekspresji. Na tym tak naprawdę polega bycie reżyserem. Naprawdę, myślę, że jest bajeczna, miałem wiele szczęścia, że przyszła do nas i zrobiła mój ostatni odcinek. Nie mieszka w Wielkiej Brytanii, musiała zostawić rodzinę i przyjechać na parę miesięcy do Cardiff, i wykonała kawał wspanialej roboty.

Jak wam się podobała ta rozmowa? Też lubicie styl Rachel Talalay?

Źródło:  YouTube

 width=


Nerd pod prawie każdym względem. Fan Klasyków, powoli brnie przez EU. Przybiłby żółwika Drugiemu, pokłony oddaje Piątemu i chętnie pogadałby o ‚kosmicznej magii’ z Siódmym, ale najbardziej utożsamia się z Jedenastym, serce zaś bez reszty oddał Romanie II. Poza tym, wierny fan brytyjskiej literatury.