Każdy nieborak, przekraczający po raz pierwszy progi tej przedziwnej krainy, jaką jest Whoniversum natyka się niemal natychmiast na pewne stałe punkty w czasie i przestrzeni, które zapewniają jej stabilność. Są to właściwie niepisane zasady zgodnego istnienia jej mieszkańców. Po pierwsze, nie rozmawiamy o Miłości i potworach („Love & Monsters”), po drugie, nie rozmawiamy o Adamie, po trzecie, nie komentujemy tego, że Doktor i Donna machali do… tłuszczu (tak, to jest absolutnie NORMALNE) i, po dziewiąte, nie pomijamy, pod groźbą eksterminacji, Dziewiątego Doktora. Oczywiście, zdarzają się buntownicy… Są ponoć Sontarianie, którzy, niecnie podżerając popcorn, dyskutują w piątkowe wieczory o romantycznej historii pewnej płyty chodnikowej, są nawet Zocci, uważający, że machanie do cząsteczek tłuszczu jest dziwne (my na szczęście wiemy, że jest ono całkowicie NORMALNE), ale, jak czasoprzestrzeń długa i szeroka, nie ma nigdzie nikczemnej kreatury, która całkiem świadomie i dobrowolnie pominęłaby Dziewiątego Doktora. Nawet Dalekowie uwielbiają Dziewiątego Doktora. Serio. Krzyżyk na sercach. Tylko głupio im się przyznać. Słowem, Dziewiąty Doktor jest po prostu fenomenalny.

Szorstki z pozoru facet w skórzanej kurtce, topornych butach i mało przebojowych swetrach. Nos za duży, uszy zbyt odstające, a włosy za krótkie. Na domiar złego niezgrabny, mało wyrafinowany i jakiś taki gburowaty. Tak, w każdym razie, wygląda on dla tych, którzy go widzą po raz pierwszy gdzieś na archaicznych zdjęciach promocyjnych sprzed ponad dekady i nie mają jeszcze pojęcia jak mylący może być ten wizerunek.

Czy ktoś jeszcze pamięta odcinek Rose? Ten niepozorny mruk, którego wcześniejsze wcielenia stanowiły wzór dla całych pokoleń brytyjskich dzieci, po raz pierwszy pojawia się na ekranie z okrzykiem „Biegiem!” na ustach, chwyta dłoń bohaterki i tym samym ratuje ją przed bandą ożywionych manekinów. Chyba już wtedy zdobył serca także i nowych pokoleń brzdąców mniejszych (i większych!), a zarazem przyczynił się do tego, że Doctor Who powrócił wreszcie jak należy i od tamtej pory nas nie opuścił. Nie ma, jak powszechnie wiadomo, lepszego sposobu na zawarcie znajomości z widzami, niż ocalenie blondynki, krótka zwariowana wymiana imion i jeszcze bardziej szalone: Gnaj, jeśli chcesz żyć!, a potem wysadzenie budynku w powietrze!

Zastanawiam się, co na widok nowego Doktora pomyśleli sobie fani klasycznych serii od lat czekający na godną tego miana reaktywację serialu? Nagle pojawił się na ten niemożliwy typ i wtargnął znowu do ich życia, jak kiedyś, lata temu, by wybawić ich z konieczności linearnego trwania. Tak po prostu, pewnego dnia wskoczył na ekrany i wysadził miejsce pracy Rose Tyler, raz na zawsze kończąc jej codzienne, nudne życie, a zarazem i nasze.

Moim Doktorem stał się jednak nie wówczas, gdy ocalił życie dziewczyny, nie był nim też wtedy, gdy z uśmiechem doprowadził do eksplozji… To stało się w innej scenie, chwilę później…

Ten dziwny typ, w pewnym momencie, pośród miliona przesadnie szerokich, wręcz maniakalnych uśmiechów, nagle stał się całkowicie poważny, chwycił dłoń Rose i z całkowitą pewnością, z absolutnym spokojem kogoś, kto jest przekonany o słuszności swoich słów powiedział:

Wiesz jak to się mówi? O tym, że Ziemia się obraca? To, jak wtedy, gdy jesteś dzieckiem i po raz pierwszy mówią ci, że świat się kręci, a ty nie możesz w to uwierzyć, bo wszystko wygląda tak, jakby stało w miejscu… Ja to czuję… Obroty Ziemi. Ziemia pod naszymi stopami obraca się z prędkością tysiąca mil na godzinę. Cała planeta pędzi wokół słońca z prędkością sześćdziesięciu siedmiu mil na godzinę. I ja to czuję. Spadamy poprzez przestrzeń. Ty i ja. Chwytamy się powierzchni tego malutkiego świata, a jeżeli puścimy… Oto kim jestem.

I być może to właśnie cytat najtrafniej oddający to, kim jest w istocie Doktor, odpowiadający no odwieczne pytanie: Jaki Doktor?

W tym też momencie podjęłam tę życiową decyzję – dokonałam wyboru mojego ulubionego wcielenia tytułowego bohatera i jest on nim po dziś dzień. Mój Doktor to Dziewiąty Doktor.

Ktoś, kto przedstawia się z uśmiechem, wysadzając twoje stare, nudne i wysłużone życie w powietrze, a potem całkiem poważnieje i opowiada o tym, że czuje obroty Ziemi?

Zabierz mnie ze sobą do tej swojej śmiesznej budki większej w środku! Lecę!

Ach, Dziewiąty! Wspaniały facet! Pokonał pustych ludzi, każąc im iść do swojego pokoju, podmienił broń Kapitana Jacka na banana (ponieważ to dobre źródło potasu!), a, by uciec z pułapki, postanowił rozedrgać cząsteczki betonu sonicznym śrubokrętem… bezskutecznie. Warto wspomnieć też, że jego uszy i nos z całą pewnością posiadają magiczne właściwości.

Taka charakterystyka byłaby jednak niepełna, a nawet połowiczna…

Dziewiąty Doktor w pigułce: gwałtownie przeskakuje od jaskrawego uśmiechu do ponurej powagi, do kamiennej twarzy, do cichej melancholii kogoś, kto usiłuje wrócić do normalności po wojnie. Rozpaczliwe próby powrotu do samego siebie, do wesołego i często nieodpowiedzialnego życia oraz wyraźne momenty, gdy ten powrót jest dla niego trudny… czy jednak niemożliwy?

Do samego końca jego jednosezonowego życia nie udaje mu się całkowicie do tego powrócić i jeszcze kolejne regeneracje odczuwać będą boleśnie skutki Wojny Czasu. Ale Dziewiąty Doktor, choć wojny nie żegna, mimo wszystko finalnie nieco się od niej oddala. Zanim jednak udaje mu się oddalić, mierzy się z ostatnim Dalekiem (no, prawie ostatnim), a zarazem z pytaniem, czy wojna jego samego nie uczyniła Dalekiem i czy z Daleka nie uczyniła ofiary? Dziewiąty Doktor pokazuje Rose ostatnie godziny Ziemi, żeby następnie zabrać ją z powrotem na zaludnioną ulicę, by zrozumiała jak nietrwała jest w istocie wielowiekowa cywilizacja. Ratuje też świat przed inwazją pustych ludzi i świętuje dzień, w którym wszyscy przeżyli! „Rose”, woła z uśmiechem od ucha do ucha, „choć ten jeden raz! Wszyscy przeżyli!”. I być może ten moment jest tak wspaniały, bo wiemy, że on przeżył wojnę, której nie przeżył (jak sądził) nikt inny a w tym momencie, w końcu mu się to udaje – nie ginie nikt! Wszyscy przeżyli! To chyba najwyższa pora, by sobie przypomnieć, że się potrafi tańczyć i tak też się dzieje – Dziewiąty Doktor tańczy!

Niedane jest mu jednak zaznać długotrwałej radości, płynącej z tego zwycięstwa. Przychodzi mu się skonfrontować także z negatywnymi skutkami swoich działań – likwidacja reżimu programów informacyjnych w dalekiej przyszłości nie sprawia, że planeta Ziemia rozkwita, a wręcz przeciwnie – ludzie stają się niewolnikami telewizji rozrywkowej. Pojawia się więc też kwestia konsekwencji wiążących się z podróżami w czasie – kwestia ingerencji i jej dalekosiężnych skutków trudnych do przewidzenia. Poruszana jest ona także w odcinku Dzień Ojca („The Father’s Day”), gdy ocalenie ojca Rose przed śmiercią prowadzi do powstania rany w czasie. Czy jednak Dziewiąty daje za wygraną i pozwala ranie istnieć? Czy godzi się z nieuchronnością nadciągającej śmierci? Nie. To w końcu Doktor i niczym prawdziwy lekarz poświęca życie, by wyleczyć czas. A Pete Tyler poświęca swoje. Śmierć ojca Rose jest bowiem stałym punktem, który musi zaistnieć, by wszystko wróciło do normy. I wraca…

Ten sentymentalny kawałek pisaniny nie miałby jednak racji bytu bez Slitheenów – gumowych, pierdzących kosmitów, którzy podszywali się pod ludzi i usiłowali przejąć władzę na naszą planetą. Wielu może twierdzić, że jest to powód, dla którego przygody Dziewiątego należy pominąć. Cóż to bowiem za koszmar gumowej stylistyki i żartów o pierdzeniu? Jest to tylko część składowa, element charakterystycznej dla Russella T Daviesa estetyki i pokłosie ograniczonego budżetu.

Myślę sobie, że, choć Raxacoricofallapatorian bardzo trudno bronić, to jednak jest w tej kiczowatej scenerii sporo unikalnego uroku. To urok 2005 roku, urok minionych lat, gdy część z nas zapewne była jeszcze dziećmi. Mnie samej wydaje się dzięki temu, że Doctor Who znam znacznie dłużej, bo jego pierwsza seria tak bardzo przypomina mi o serialach, które w obecnej ramówce nie miałyby szansy zaistnieć. Jest w niej sporo ciepła, głupawych efektów, dziwnej muzyki łączącej brzmienia elektroniczne z orkiestralnymi (jak choćby pamiętny „Westminister Bridge” z odcinka Rose), ciemnych pomieszczeń i workowatych ciuchów z początku dwutysięcznego roku.

Jest to też i Doktor zupełnie wyjątkowy, jak każdy Doktor z osobna i jednocześnie zupełnie od innych odmienny. Nowy bohater w nowym świecie, a jednak ciągle ten sam. Poważny i wesoły, lubiący banany i co chwilę krzyczący, że coś jest po prostu „Fantastyczne!”.

Czemu nie dane mu jednak było zagościć w sercach fanów? Przecież, jak już pisałam, Dziewiątego omijać nie można! A nawet wszystkie znaki na Gallifrey i Ziemi wskazują, że jest on naprawdę cudowny!

Dziewiąty Doktor został przez los potraktowany niesprawiedliwie. Odgrywający jego rolę aktor, Christopher Eccleston zrezygnował z roli. Jego rezygnacja była ponoć faktem już w początkowej fazie kręcenia pierwszej serii. Przymus ekspresowego zakończenia żywota tej konkretnej regeneracji bohatera doprowadził do nieco chaotycznego finału sezonu, który pozostawia pewien niedosyt, pewne poczucie niedookreślenia. Słowa „Zły wilk” i wyjaśnienie ich zagadki wydają się być pomysłem nieco spontanicznym. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie rezygnacja aktora spowodowana wewnętrznymi sporami między Ecclestonem a wciąż niedookreśloną machiną szumnie zwaną „polityką BBC”. Rezygnacja ta pozostawiła po sobie nieprzyjemną pustkę, a gdy wypełnił ją wesoły, młody i wspaniały David Tennant, to po jego mniej widowiskowym poprzedniku w głowach fanów nie pozostał niemal żaden ślad.

Smutna to konkluzja na koniec tego sentymentalnego artykułu, ale smutna też była śmierć Dziewiątego. W finale stawił on czoła powracającemu koszmarowi Wojny Czasu, armii Daleków i samemu sobie.

„Jesteś tchórzem czy mordercą?” zapytał go Imperator Złowrogich Pieprzniczek, samozwańczy bóg swojego gatunku. „Tchórzem” odparł Doktor, niezdolny ponownie dokonać mordu po dramacie wojny, który wciąż go prześladował. Być może wówczas dowiedział się czegoś o sobie? I nie była to wcale prawda, której bał się najbardziej. Doktora ocaliła Rose, zwykła dziewczyna, której zwyczajność niejako przywróciła bohatera przynajmniej częściowo do życia, a pod koniec to życie faktycznie ocaliła, by jednocześnie je zakończyć. Dziewiąty Doktor wchłonął wir czasu, ratując Rose tak, jak Rose wcześniej uratowała jego (na wiele sposobów). Śmierć tego właśnie wcielenia Władcy Czasu była smutna. Jak każda zmiana i ta kończyła pewien etap, odbierała nam na zawsze Doktora, który przywrócił serial do życia, ale była to też, w pewnym sensie, zmiana wesoła. Doktor nie przemienił się niechętnie, niespełniony czy rozżalony, ale wyleczony z pierwotnej traumy po wojnie. Zregenerował się, plotąc uprzednio o psach bez nosa na planecie Barcelona i o tym, że może zaraz będzie miał dwie głowy, a może nie będzie już miał żadnej? A może będzie całkiem bez sensu? I coś uspokajającego było w tym, że jego twarz po raz ostatni widzieliśmy z prawdziwie radosnym uśmiechem, kiedy mówił: „Byłaś fantastyczna! Absolutnie fantastyczna!”. Dodam jeszcze na marginesie, że te słowa kierował nie tylko do Rose… W końcu my też tam byliśmy. Mówił zupełnie na serio, że byliśmy absolutnie fantastyczni…

I wiecie co? On też!


Studentka, ekstrawertyczny introwertyk, rysownik-amator i pisarz-hobbysta z dalekiej północy. Dla przyjaciół: Tai.
  • Rafal Szlapa

    święte słowa!

  • McThar

    Kilka dni temu zrobiłem sobie mini „maraton” straszniejszych odcinków z Doctora Who (skończyło się na tym, że obejrzałem tylko „Empty Child”/The Doctor Dances”, „The Unquiet Dead” i oczywiście bezkonkurencyjny w tej kwestii, moim zdaniem, „World Enough and Time”) i sobie uświadomiłem jak bardzo genialnym Doktorem był Dziewiąty i zatęskniłem za nim bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Naprawdę miał ogromne szanse być moim ulubieńcem (i gdyby był chociaż jedną serię więcej, zapewne by był), a tak to nawet nie wiem gdzie go uplasować (najpewniej drugie miejsce, w najgorszym wypadku trzecie).
    I za takie teksty właśnie uwielbiam tę stronę i ludzi ją tworzących!

  • Neg

    Dziewiąty jest moim ulubionym Doktorem, od niego zacząłem przygodę z „Doctor Who” (do klasyków się jakoś do tej pory nie przekonałem). Chociaż fakt, że późniejsze wcielenia miały więcej serii, przez co byli bardziej kompletni, sprawił, że trochę został przez nich przyćmiony, to jednak pozostaje dla mnie wyjątkowy.
    Jak już ktoś w innym tekście na gallifrey.pl wspominał, szkoda, że jego możliwości w rozszerzonym uniwersum są takie ograniczone: w pierwszych odcinkach sugeruje się, że jest zaraz po regeneracji (komentuje swoje uszy), podróżuje z Rose i z nią „kończy” swój żywot. Wszystko, co można więc w RU zawrzeć raczej musi wydarzyć się podczas podróż z Rose.
    Wiem, jaka jest opinia Ecclestona o Doctor Who, ale ciągle mam naiwną nadzieję, że w jakiś sposób wróci, chociażby w słuchowiskach. O Dziesiątym też się mówiło, że nie ma szans tam powrócić, a tu proszę bardzo (tak, wiem, David chciał wrócić, chodziło o prawa autorskie udostępniane Big Finish, ale mimo wszystko ciągle czekam na słuchowiska z 9.:).

    • Clever Boy

      Nie musi podróżować z Rose ;) Pod koniec pierwszego odcinka przeniósł się na chwilę bez niej – to wtedy mogły się dziać różne rzeczy, np. Titanic :) A chyba nawet wykorzystano to w komiksach.

      • Neg

        Masz rację, nie musi, ale jednak daje to dużo mniejsze możliwości, niż w przypadku innych Doktorów, gdzie można wrzucić pomiędzy telewizyjnych towarzyszy, co się chce. Wszystkie znane mi powieści/opowiadania z Dziewiątym są z Rose (oprócz „What I did on my Christmas Holidays by Sally Sparrow”), wszystkie komiksy też:).

  • Dagon

    A ja nawet sądzę, że gdyby dano dziewiątemu te jeszcze dwa sezony to mógłby być ulubieńcem wielu ludzi, ba! Myślę że byłby jeszcze bardziej znakomity niż go zobaczyliśmy, bo przecież wyobrażmy sobie co by było gdyby Chris by się jeszcze bardziej rozkręcił, skoro już jego pierwszy sezon i ostatni miażdży.

  • Astroni

    Dla mnie to jest zdecydowanie najlepszy Doctor nowych serii – i to się naprawdę bardzo, bardzo rzuca w oczy przy okazjonalnych odwiedzinach pierwszej serii.