Nie jesteśmy sami – recenzja Posłuchaj („Listen”)

Jeśli miałbym szukać pierwszego odcinka, po którym wiedziałem, że do roli Doktora wybrana została odpowiednia osoba, to byłby to odcinek Posłuchaj („Listen”), który w mojej opinii jest najlepszą historią, jaka została przedstawiona w New Who. Do zapewnienia strachu niepotrzebni byli Dalekowie, Płaczące Anioły, Cybermeni czy Cisza. Tutaj czynnikiem, którego funkcją było straszenie widzów, była wyobraźnia. Odcinek ten dotykał takich tematów jak fobie i strach przed ciemnością oraz samotnością. Uważam, że wyszło to doskonale, a sam temat wciąż chodzi mi po głowie, chociaż od premiery tego odcinka minęły już trzy lata. Ostatnio go sobie powtórzyłem, co natchnęło mnie do napisania tego felietonu.

Pytanie: dlaczego mówimy na głos, gdy wiemy, że jesteśmy sami? Hipoteza: ponieważ wiemy, że nie jesteśmy.

Dwunasty to mój ulubiony Doktor. Peter Capaldi w tej roli wypadł wyśmienicie, a szczególnie uwielbiam go za jego przemowy. Zarówno te kierowane do innej osoby, jak chociażby antywojenna mowa z inwersji Zygonów („The Zygon Inversion”), jak i te kierowane do widza, pełniące funkcję narracji. Wstępniak do Listen to bardzo klimatyczne wprowadzenie do tego, co będzie się działo w odcinku, wskazujące, że będzie to historia inna niż wszystkie.

No ale skończę te zachwyty nad tym, jaki to Dwunasty jest wspaniały, bo nie o tym ma być ten artykuł. Listen to czwarty odcinek ósmej serii, a za jego scenariusz odpowiada Steven Moffat. Odcinek ten cenię za przedstawienie wizji, która jak najbardziej może być rzeczywista. Gdy widzę walki z przeróżnymi potworami, to zdaję sobie sprawę, że to tylko fikcja i że jakkolwiek historia nie byłaby wybitna, to się nie zdarzyło. Natomiast z Listen jest inaczej. W historii tutaj przedstawionej istnieje najgroźniejszy przeciwnik, jakiego można sobie wyobrazić – nasza psychika.

Pytanie: dlaczego nie istnieje perfekcyjne maskowanie? Odpowiedź: skąd mielibyśmy o nim wiedzieć?

W dalszej części Doktor uzupełnia: „logicznie rzecz ujmując, jeśli ewolucja wykształciła istotę, której zasadniczą umiejętnością jest ukrywanie się, skąd mielibyśmy wiedzieć o jej istnieniu?” – zresztą, nie ma co tutaj kopiować całej sceny, wrzucę lepiej Doktora o tym opowiadającego:

To pytanie chodziło mi po głowie do końca odcinka, wtedy jeszcze ciągle wyczekiwałem odpowiedzi. Nie dostałem jej i zostało mi to do samodzielnej interpretacji. Od dawna boję się ciemności i temat tego epizodu idealnie pasował do mnie. Często szukam, gdy jest ciemno, czegoś nieprzyjaznego, doszukuję się rzeczy, które chyba nie istnieją. Po seansie byłem  przerażony. Moje ulubione historie Doctor Who to te, które mają w sobie nutkę grozy. Tak było też i tutaj. Odcinek trzymał mnie w napięciu przez cały seans, a później strach zamienił się w refleksję.

Jak pewnie pamiętacie, ostatecznie nie odpowiedziano, czy rzeczywiście ktoś taki istnieje. Przedstawiono natomiast co innego – sen, który podobno miał każdy z nas, w którym wstajemy z łóżka i coś chwyta nas za nogę. Wprawdzie ja tego nie pamiętam (czy byłem dziwnym dzieckiem, skoro nigdy nie bałem się, że coś jest pod moim łóżkiem?), ale w odcinku miało to miejsce. Scena z małym Doktorem, którego Clara chwyciła za nogę, to jeden z jej lepszych momentów w całym swoim występie w serialu. Pokazano, że to, o czym rozważał Doktor, naprawdę się wydarzyło, ale nie był to żaden ewolucyjnie dostosowany organizm, a Clara.

Pytanie: czy to rozwiązuje temat odcinka?

Odpowiedź: nie, aczkolwiek przedstawia coś innego – naszym największym wrogiem jest wyobraźnia. Doktor wymyślił sobie, że chwycił go ewolucyjnie przystosowany organizm, podczas gdy była to jego towarzyszka. Interpretować to można na różne sposoby, jednak najbardziej trafnym jest to, że wyobraźnia może powodować największe problemy. Wyolbrzymianie czegoś, co nie ma dużego znaczenia. Strach przed czymś, co prawdopodobnie nie istnieje. Przerażenie wywoływane otworzeniem się drzwi, które było pewnie spowodowane przez przeciąg. Nie bez powodu mówi się, że zdrowie psychiczne jest jeszcze ważniejsze niż fizyczne.

No bo jak mamy funkcjonować prawidłowo, jeżeli ciągle się czegoś boimy? Jeśli ciągle żyjemy w stresie na myśl o jakiejś czynności, jeśli nie jesteśmy w stanie myśleć o czymkolwiek innym? Clara w swojej genialnej przemowie mówi małemu Doktorowi, że zawsze będzie się bać. Mówi mu jednak, że strach jest supermocą, to dzięki niemu jesteśmy szybsi, sprytniejsi i silniejsi.

A jeśli niczego tam nie ma? Może nigdy niczego nie było? Ani pod łóżkiem, ani za drzwiami. Może to tylko wielki i zły Władca Czasu nie chce przyznać, że boi się ciemności?

Doctor Who często dotyka aktualnych problemów w społeczeństwie, a niewątpliwie takim jest strach przed ciemnością i samotnością. Czy naprawdę jesteśmy sami? A może nigdy nie jesteśmy? Skoro w lesie zwierzęta mogą stać się praktycznie niewidzialne dla człowieka, to dlaczego nie mogłyby istnieć istoty, które chowają się w tak doskonały sposób, że niemożliwe jest je zauważyć? Czy to wszystko ma sens? A może to tylko szukanie na siłę elementów, dzięki którym miałbym się bać? Jakkolwiek nie interpretowałbym tego odcinka, to jednak muszę przyznać, że nie ma drugiego, który zrobiłby na mnie takie wrażenie. Chociaż genialnych historii było wiele, to bez zastanowienia jako najlepszą podam właśnie tę.

Cytat, którego użyłem w nagłówku tej części artykułu, to według mnie najlepsze podsumowanie tego odcinka – to wszystko to może być tylko wytwór wyobraźni. Nawet najsilniejsi, ci, którzy wydawałoby się, że wiedzą wszystko i niczego się nie boją, jednak mają jakieś lęki. Ta świadomość może dawać nadzieję. Pokazać, że Doktor wykorzystuje strach jako broń, przekształca go w to, dzięki czemu staje się lepszą osobą. Nie ma znaczenia, czy coś czai się pod twoim łóżkiem lub w mroku, jeśli tylko wiesz, że masz prawo się tego bać.

Podsumowując – strach to nic złego. Każdy się boi, nawet najodważniejsi. Trzeba potrafić to zaakceptować, nauczyć się z nim żyć. To jeden z instynktów przetrwania, to normalne, że się boimy. Dlaczego więc tak bardzo staramy się to ukryć? Aby nie ujawniać swojej słabości? A może nie powinniśmy ignorować strachu, zamiast tego zdawać sobie sprawę, że on jest przy nas obecny i że musimy go zaakceptować? Może rzeczywiście nigdy nie jesteśmy sami – w sensie metafizycznym. Ten strach, wytwór naszej wyobraźni, może cały czas jest przy nas. Może to dlatego czasem mówimy na głos, chociaż jesteśmy sami – żebyśmy się nie bali, bo może obawiamy się, że nam ktoś odpowie?

Tylko jak w takim wypadku interpretować wydarzenia w sierocińcu? Jak powinniśmy odebrać to, co działo się w pokoju Danny’ego? Wybryk kolegów? A może rzeczywiście ktoś tam był w pokoju? Z początku żałowałem, że Moffat nie podał nam rozwiązania tego problemu, jednak po ponownym seansie odebrałem to jako zaletę, ponieważ skłoniło mnie to do refleksji, a to doprowadziło mnie do tego miejsca. Czy strach to tylko strach? A może strach rzeczywiście ma fizyczną formę, tylko po prostu niezauważalną dla ludzi? Temat ten pozostawiam już do waszej interpretacji. Dajcie znać w komentarzach, co o tym sądzicie.

Daj na ciastko!