Nasze podsumowanie 11 serii

Z lekkiego już dystansu podsumowujemy zbiorowo 11 serię – na razie skupiając się na całokształcie i cechach, które odróżniają nowe odcinki od wcześniejszych. Po przeczytaniu podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach!


1. Sporo było dyskusji i przewidywań, w jakim kierunku rozwinie się serial pod rządami Chrisa Chibnalla i z Jodie Whittaker w głównej roli. Pamiętacie, jakie było wasze wyobrażenie 11 serii? Czy udało wam się coś przewidzieć? Jak się ma rzeczywistość do waszej wizji?

Lierre: Spodziewałam się minimalistycznych historii i zejścia z tonu – i to dostałam. Spodziewałam się różnorodności wśród bohaterów i braku klisz – tego nie dostałam w stopniu, który by mnie zadowolił. Spodziewałam się ciekawych postaci na pierwszym planie i skomplikowanych relacji między nimi – to dostałam tylko po części, ale z ciekawością patrzę w przyszłość. Spodziewałam się zaangażowania w sprawy współczesnego świata i to dostałam – więcej niż się spodziewałam, ale nie zawsze w stronę, którą uważam za właściwą. Wreszcie spodziewałam się adresowania kwestii zmiany płci w bardzo określony sposób: z uznaniem, że to coś, co trochę Doktor utrudnia życie – zwłaszcza gdy cofa się do przeszłości – ale ogólnie na nią nie wpływa. I to dostałam, choć rozczarowująca jest niska sprawczość; trudno się opędzić od poczucia, że Trzynasta może mniej niż jej poprzednie inkarnacje. To bardzo rozczarowujące.

Ginny: Pamiętam, że moje wyobrażenie 11 serii było zupełnie inne. Większe, bardziej kosmiczne, pokazujące wszechświat w szerokiej perspektywie. Tymczasem dostaliśmy serię skupioną raczej na jednostkowych historiach, z kosmosem – tym ziemskim i tym pozaziemskim – jedynie zaznaczonym. Nawet gdy podpowiadającym większe narracje, to się na nich nieskupiającym.

Taiteilija: O, tak, zgadzam się z wypowiedzią Ginny – spodziewałam się właśnie wszechświata. Z tymi nowymi kamerami, ale i zupełnie nową perspektywą, nowych twórców, pokazanie obcych cywilizacji, ich kultur, międzyplanetarnych więzi mogłoby być naprawdę niesamowite! Jakżeby to mogło wzbogacić nasze rozumienie Whoniversum! Mogę mieć nadzieję na przyszłość. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej hermeneutyczna i mam poczucie pewnego niedosytu, niewykorzystanego potencjału, ale, hej, ta podróż jeszcze trwa! Czekam na kolejny sezon!

Ewa: Przyznam, że w przeciwieństwie do was nie miałam jakichś szczególnych wyobrażeń 11 serii. Liczyłam, że polubię nową Doktor – tak jak polubiłam Jodie Whittaker w jej innych wcieleniach – i się nie zawiodłam. Miałam też nadzieję na porządny rozwój postaci, i tu się jednak rozczarowałam. O ile w Broadchurch, z którym głównie kojarzyłam Chibnalla, zdarzały się absurdalne rozwiązania fabularne, to rozwój bohaterów i relacji między nimi były zrobione naprawdę dobrze. Tu odniosłam wrażenie, że o ile Chibnall umie w ciekawe, dobrze napisane postacie kobiece, o tyle nie do końca wie, co z nimi zrobić. Tak że polubiłam Trzynastą, ale nie polubiłam jej arcu, bo go po prostu nie ma. Póki co znacznie ciekawsze rzeczy dzieją się z nią w twórczości fanowskiej.

Inka: Też spodziewałam się głównie przygód „kosmicznych”, na innych planetach. A było dość… przyziemnie. No i zdecydowanie wolę, gdy sezon ma jakiś łączący wątek, głębszą intrygę. Mam wrażenie, że i tutaj pokutuje to, co w większości filmów z żeńskimi głównymi bohaterkami: jakby scenariusz starał się wynagrodzić lata zaniedbań, więc teraz kobieca bohaterka jest nieomylna. A szkoda, bo widać, że z Doktor można wiele więcej wykrzesać.

Alternauta: Tak jak trzy z moich przedmówczyń, spodziewałem się więcej wszechświata. Radosnego wszechświata, co trzeba tu zaznaczyć. Trzynasta, która odzyskała nadzieję i niesie ją różnym światom, niezależnie od rasy, kultury i czasu. Miałem też nadzieję na dużo biegania. Słowem – na wszystko to, co radził Trzynastej Dwunasty. Może też dzięki niemałej ilości zieleni w filmiku ujawniajacym, który to kolor właśnie symbolizuje nadzieję. Faktycznie było znacznie bardziej kameralnie niż się nastawiałem. I trochę mało tego wszechświata było – mam tu na myśli kosmitów, wśród których zdecydowanie zbyt dużo humanoidalnych istot. Zgodzę się z Inką, ja też lubię, kiedy sezon ma łączący wątek. Inny niż rozwój postaci i relacji między nimi. Czuć wtedy, że serial jest jednolity, a nie jest czymś, czego nie trzeba nawet oglądać w kolejności. Zgodzę się też, że ostatnio można zauważyć pewną tendencję w części filmów, gdzie główna postać to kobieta coś w rodzaju zadośćuczynienia kobiecej widowni. Jednak nie odniosłem wrażenia, że Doktor jest aż tak bardzo nieomylna. Jej raczej umykały rzeczy, które tak starej i doświadczonej istocie nie powinny umykać. Wracając do 11 serii jako takiej, spodziewałem się zmian, ale nie aż tylu – trzymałem kciuki, żeby Murray Gold został chociaż jedną serię dłużej. Efekt był taki, że nieco obawiałem się tej serii. Zmiany zmianami, ale zbyt duża ich ilość też nie wychodzi na dobre. A jak wyszło? Różnie, o czym zapewne wspomnę poniżej.

Mandalkor: Odpowiedź na to pytanie zmusiła mnie do refleksji, gdyż zastanawiam się, czy mój odbiór 11 serii nie był czasem tak dobry ze względu na kompletny brak jakichkolwiek spekulacji i oczekiwań. Ewentualnie to, żeby nie skupiono się w niej za bardzo na kobiecości Doktor, zatracając esencję tej postaci, ale do rozwiązania tej wątpliwości wystarczyło  sumie ,,oh brilliant!’’.

Fizzade: Szczerze mówiąc, bałam się Chibnalla. Za rządów Moffata bywały kiepskie odcinki, ale nigdy nie były to te spod jego pióra. Gdy ogłoszono, że Chibnall przejmuje stery, przyjrzałam się jego dorobkowi w Doctor Who i szczerze – nie ucieszyłam się. Odcinek Dinozaury na statku kosmicznym („Dinosaurs on a Spaceship”) nie jest odcinkiem, do którego bym wracała. Odcinki z Sylurianami i Potęga trójki („The Power of Three”) były w porządku, ale niestety nie widziałam w nich tego błysku geniuszu, który tak mnie porwał w twórczości Moffata. Choć czekałam na 11 sezon z mieszanymi uczuciami, bardzo cieszyłam się, że Jodie Whittaker będzie Doktor, bo lubię tę aktorkę. Muszę przyznać, że sezon okazał się lepszy, niż przypuszczałam. Był też inny – tu zgadzam się z przedmówcami, czuć było tę przyziemność, większy nacisk położony na emocje, wszystko wydawało się bardzo ziemskie i realne.

2. Jak oceniacie 11 serię jako całość, a które pojedyncze historie zapadły wam najbardziej w pamięć? Czy rzeczywiście nie było story arcu? A może widzieliście jakąś linię łączącą kolejne odcinki?

Lierre: Jakimś tam story arkiem był wątek kosmicznej agresji i imperium Stenza, ale było to za słabo eksplorowane. Za wątek łączący całość można by było uznać też antykapitalizm i wartości humanistyczne, ale mamy odcinek Kerblam, więc tak średnio. Trochę szkoda – początkowo myślałam, że brak linii narracyjnej będzie odświeżający, ale jednak przede wszystkim utrudnił zaangażowanie się, bo nie było zagadek do rozwiązania i nie było czego wypatrywać. Ostatecznie jako całość seria nie zapisuje się w pamięci zbyt mocno, niestety; pojedyncze odcinki były wybitne, ale nie łączyły się na tyle, by tę wybitność wyciągnąć piętro wyżej. Jeśli chodzi o odcinki, które najbardziej zapadły mi w pamięć, to Kobieta, która spadła na Ziemię (znowu pierwszy odcinek mnie zachwycił najbardziej – podobnie miałam z Dwunastym! To odrobinę frustrujące), Rosa, Łowcy czarownic i Przyjdzie potwór i cię zje.

Ginny: Jako całość ta seria była okej. Nie mniej, ale i nie więcej. Nie było tu właściwie odcinków-fajerwerków, tak typowych dla ery Moffata i zdecydowanie zbyt wiele napisał sam Chibnall, który nie jest genialnym scenarzystą science fiction. Ale też o żadnym z odcinków nie potrafię raczej powiedzieć, żeby był słaby. Najmocniej zapadły mi w pamięć Demony Pendżabu („Demons of the Punjab”) i Przyjdzie potwór i cię zje („It Takes You Away”).

Taiteilija: Moim zdaniem, Chibnall z obietnicy powrotu do historii w stylu klasycznych story arców się, niestety, nie wywiązał. Była to raczej kolejna seria (po 10) pełna krótkich przygód. Co samo w sobie nie jest złe! Kocham pojedyncze historie! Choć może kręgosłup fabularny by się przydał (jak w serii 10, która mimo podobnej konstrukcji jednak miała tę spójność)? Trudno mi stwierdzić – ponowne obejrzenie 11 serii niewątpliwie pomogłoby mi zdecydować. Duży nacisk kładziony na treści edukacyjne, skierowane bardziej do młodszej widowni, duża ekipa w TARDIS – to wszystko przypominało mi o klasycznych sezonach serialu, do których (ze względu na Piątego) mam sentyment. Nie była to najbardziej porywająca seria, pełna wybuchów, jednak niewątpliwie była to seria silnie moralizatorska. Nie zabrakło w niej jednak tego, co znane: technobełkotu, gumowego Ptinga (jaki piękny kampowy stworek!) oraz zwariowanej improwizacji bohaterów w momentach krytycznych.

Archie: Zgadzam się z tym, że osobne historie same w sobie były fajne (zwłaszcza te rozgrywające się w przeszłości). Brakowało mi jednak większego skupienia się na postaciach, zwłaszcza Doktor, przyznam też, że żaden z odcinków nie był dla mnie na tyle emocjonujący, bym miała do niego wracać. Podoba mi się jednak sposób prowadzenia kilku postaci historycznych i cieszę się, że pewne wątki zostały poruszone (Rosa Parks!). Nie mogę powiedzieć, że ta seria mnie zawiodła, ale ogólnie rzecz biorąc miałam wrażenie pewnej płaskości tego wszystkiego, braku skupienia na jakimś konkretnym elemencie. Było fajnie, było dużo biegania, ale nie ukrywam, że odrobinę się zawiodłam.

Ewa: To, co chyba najbardziej zapamiętam z 11 serii, to mnóstwo świetnych, momentami wybitnych momentów – jak końcówka Demonów Pendżabu czy konfrontacja między Doktor a królem Jakubem w Łowcach czarownic – które nie zawsze składały się w świetną całość. Tak jakby zabrakło ostatniego szlifu, rzeczywiście je spajającego – i na poziomie pojedynczych odcinków, i całej serii. Dobrze to widać chociażby w jej konstrukcji: pierwsze cztery odcinki to właściwie jedna historia, od pierwszej akcji nowej Doktor i poznania towarzyszy aka przyjaciół, przez odnalezienie TARDIS i pierwszą podróż w przeszłość, po powrót na Ziemię do właściwych czasów i świadomą decyzję Ryana, Grahama i Yaz, by kontynuować podróże z Doktor. Potem mamy pięć odcinków, które spaja właściwie wyłącznie rozwój relacji między Grahamem i Ryanem, a na koniec dostajemy finał nawiązujący do pierwszych dwóch odcinków. I choć nie było w tej serii odcinka, który jakoś bardzo mi się nie podobał, to nie do końca mi się to składa w całość.

Inka: O każdym odcinku mogłabym powiedzieć coś pozytywnego, jednak, z drugiej strony, nie były one też niezapomniane. Wzruszyła mnie końcówka Demonów Pendżabu, bo świetnie pokazuje to, co w dzisiejszym świecie mnie bardzo uwiera.

Alternauta: Sam sezon jako taki był nierówny. Pierwsza połowa słaba i niezachęcajaca do dalszego oglądania, później zrobiło się lepiej – prawdopodobnie głównie dlatego, że odcinki pisał ktoś inny niż Chibnall. Były dużo lepsze sezony, lecz wcale nie uważam, że Doctor Who umarł. Zdecydowanie najlepsze były Demony Pendżabu oraz Łowcy czarownic (zwłaszcza za świetną rozmowę z królem Jakubem) oraz odcinek noworoczny. Są to odcinki, które spokojnie mógłbym obejrzeć jeszcze raz, a także polecić osobom nieprzekonanym do tej serii. Tym, co łączyło odcinki, był motyw rodziny. Każdy z odcinków ukazał inny aspekt i formę takiej relacji. Rodzina, która umarła. Rodzina, która nas porzuciła. Rodzina, która jest dla nas surowa. Rodzina, którą chcemy mieć na przekór uprzedzeniom. Rodzina, którą mogło się mieć, lecz poświęciło się to dla innych celów. Rodzina, która jest okrutna nawet dla własnej rodziny. Rodzina, która nas wspiera i akceptuje. Rodzina, która jest nią mimo braku więzów krwi. Rodzina, której mimo wszystko się nie odpycha. To wszystko było w tej serii i nie powiem, sam pomysł na coś takiego mi się podoba, jednak wolałbym oprócz tego faktycznie jakiś metaplot. Nie musi to być nic epickiego jak u Moffata – może być Tim Shaw. Jednak Stenza pojawili się w 1, 2 i 10 odcinku. To niezbyt pasuje mi na wątek prowadzony przez cały sezon.

Mandalkor: 11 seria jako całość była bardzo solidną produkcją. Spójne było przedstawienie postaci i ich relacji. Również od strony technicznej wszystko grało. Nowe kamery, styl ujęć, muzyka. Nie jestem specjalistą, ale jak dla mnie nie ma się do czego przyczepić. Gorzej ze scenariuszami. O ile całościowo był to według mnie sezon dobry, to było w nim kilka historii, które nie zapadają mocno w pamięć. Przypomina mi to nieco sezon ósmy, który jako początek ery Dwunastego również miał mieszane oceny. Nie chcę tu jakoś specjalnie usprawiedliwiać twórców, ale wydaje mi się, że oba te sezony udowadniają, że im potrzeba rozgrzewki poregeneracyjnej. Znalezienie własnego stylu, pomysłu etc. Łatwiej będzie myślę ocenić sezon, gdy zakończy się era Trzynastki i będziemy mieć wgląd we wszystkie etapy rozwoju postaci i ekipy twórczej. Myślę, że brak wątku przewodniego (chyba, że uznamy za niego motyw rodziny?), takiego, jak znamy z czasów Moffata, jednak daje się we znaki. Jesteśmy po prostu przyzwyczajeni do czegoś innego. Powrót do moralizatorskiej i edukacyjnej strony serialu, powrót tłumu w TARDIS, stylistyka czołówki oraz poniekąd odcinki stricte historyczne. Wszystko, co wróciło z czasów klasyków, uważam za duży plus. Spodziewałem się więcej, ale i tak jestem zadowolony. O każdym z odcinków wypowiedziałem się osobno, tu więc tylko podkreślę, że do czołówki moich ulubionych odcinków dostają się Postanowienie noworoczne (,,Resolution’’), Demony Pendżabu („Demons of Punjab”) Kobieta, która spadła na Ziemię (,,The Woman Who Fell to Earth’’), i Przyjdzie potwór i cię zje („It Takes You Away”).

Fizzade: Serię 11 uznaję za przyzwoitą, ale bez fajerwerków. Rosa była według mnie najlepszym odcinkiem, oglądając ostatnią scenę odczuwałam emocje razem z bohaterami. Jeśli chodzi o story arc, to dla mnie był tym wątek żałoby Grahama po stracie żony, tęsknota i wreszcie pogodzenie się z tym. Nie podobał mi się za to w ogóle oponent Doktor, Tim Shaw, a sposób, w jaki poradził sobie z nim Graham i Ryan, był zbyt łatwy i poprawny. Największym i najmniej przyjemnym zaskoczeniem był według mnie brak widocznego finału serii. Obejrzałam 10 odcinek i od razu zaczęłam szukać informacji o kolejnym, gdy nagle się dowiedziałam, że… to był finał. Serio?

3. Jak ma się 11 seria do poprzednich? Które elementy są w niej kontynuowane, a jakie porzucono bądź zastąpiono nowymi pomysłami? Które zmiany oceniacie pozytywnie, a które były, waszym zdaniem, złym pomysłem?

Lierre: Trzynasta jest cudownie spójna ze swoimi poprzednimi inkarnacjami – ani przez moment nie miałam wątpliwości, że widzę tę samą postać. Nie wiem, jak oni to robią, ale to jest super. Trochę szkoda, że było tak mało znajomych elementów – myślę, że gdyby np. Dalek pojawił się w środku serii, a nie na samym końcu, mielibyśmy wśród fanów trochę mniej marudzenia. Rozumiem chęć odcięcia się i budowania własnej wizji, ale chyba nie tego potrzebowali fani. Podobnie jak niektórym przedmówcom przy poprzednich pytaniach, bardzo podobały mi się odniesienia do klasycznych serii, jak te niemal-wyłącznie-historyczne odcinki czy tłumek w TARDIS.

Ginny: Najwięcej powiązań pomiędzy poprzednimi seriami New Who a tą widzę w samej Doktor. W tym, jak wypływają w niej elementy charakteru Dwunastego, Dziesiątego, Jedenastego, powiedzmy także, że Ósmego zaliczając go do New Who i jak zarazem jest zupełnie inną Doktor. Same odcinki na pewno są mniej nastawione na zaskakiwanie widza i na wymyślanie genialnych planów – nie miałam poczucia, że mamy tu sytuacje bez wyjścia, ale Doktor od dawna ma obmyślony plan, jak naprawić sytuację. I choć z jednej strony rozumiem potrzebę Chibnalla, by poprowadzić Doktor inaczej, to z drugiej nie jestem pewna, czy akurat zmiana w tym kierunku jest odpowiednią.

Ewa: Pełna zgoda, główne powiązanie to Doktor. Ja akurat nie do końca widzę w niej poprzedników, co więcej, to dzięki niej zaczęłam lepiej dostrzegać ich wady (co nie znaczy, że ona ich nie ma), ale zdecydowanie to jest nasza ulubiona Władczyni Czasu i widać to od pierwszej sceny z jej udziałem! Cała reszta jest inna niż w ostatnich latach i ja te zmiany oceniam akurat na plus. Nie wszystko się w tej serii udało, ale doceniam dążenie Chibnalla do robienia Doctor Who po swojemu – spokojniej, poważniej, bardziej introspekcyjnie. To, co mnie rzeczywiście razi, to wspomniany już brak spójności, sama zmiana klimatu jest w porządku.

Inka: Podobały mi się te momenty, w których Doktor przypominała sobie, że teraz jest kobietą i to sprawia, że inaczej ją traktują. Wtedy lepiej widać było jej silny charakter, a także to, że ma w sobie doświadczenia poprzedników i rzeczywiście to następne życie tej samej postaci.

Alternauta: Zgodzę się co do Doktor. Ja osobiście widziałem w niej najwięcej Dziesiątego. Nowe wnętrze TARDIS jest bardzo ładne, choć niestety dopiero w Resolution było dane mu prezentować się jak trzeba. Początkowo sprawiało wrażenie dużo ciaśniejszego. Można zauważyć, że sezon był dużo spokojniejszy niż poprzednie. Niestety sprawiło to, że w niektórych momentach odcinki były po prostu za spokojne – nudne i nieco usypiające.

Mandalkor: Podobieństwa, hmmm… Muszę zgodzić się z poprzednikami, jedynie Doktor wydaje się być jakimkolwiek łącznikiem z poprzednimi seriami (i nie mówię bynajmniej o smaczkach i nawiązaniach). Chyba że uwzględniamy erę klasyczną, bo jak już wspomniałem, każdy powrót do korzeni uważam za duży plus. Cieszę się, że wszystko jest inne, ale czy wyszło to serialowi na dobre? Jeszcze nie wiem, dajcie mi się przyzwyczaić.

4. Chris Chibnall zgromadził wokół siebie zupełnie nową ekipę scenarzystów i reżyserów. Które z nowych nazwisk już się wam zapisały w pamięci? Czyj powrót w kolejnych seriach wam się marzy? (Na razie do serii 12 potwierdzony jest tylko Ed Hime).

Lierre: Ogromnie mnie ucieszyła wieść o powrocie Eda Hime’a – to chyba najjaśniejszy punkt wśród scenarzystów 11 serii, Przyjdzie potwór i cię zje to była ekscytująca fabuła, bardzo świeża, to byłby doskonały kierunek dla serialu. Bardzo mi się podobały też scenariusze Malorie Blackman (Rosa) i Vinaya Patela (Demony Pendżabu). Mam też wielką nadzieję na powrót Pete’a McTighe’a, bo choć Kerblam to było na pewnym poziomie rozczarowanie, to jednak odcinek napisany był rewelacyjnie. Joy Wilkinson, autorka Łowców czarownic, to też pierwsza liga i obyśmy to nazwisko widywali jak najczęściej. Z całym szacunkiem do Chibnalla – niektóre jego odcinki były super, inne mniej – wolałabym chyba, żeby skupił się na zapewnieniu spójności następnej serii, a nie pisaniu poszczególnych historii. Z reżyserów prawdziwym artystą jest Jamie Childs (Kobieta…, Przyjdzie potwór i cię zje, Demony Pendżabu), bardzo mi się też podobała reżyseria Sallie Aprahamian i Jennifer Perrott. Z przyjemnością nauczyłam się tych nazwisk.

Ginny: Scenarzysta, który zapadł mi w tej serii w pamięć najbardziej, to sam Chris Chibnall, jednak nie dlatego, żeby jego odcinki były najlepsze w serii. Choć pisze sprawnie, brak mu (czy może jego zakończeniom) pewnej iskry. Niestety, zdziwiło mnie, ile odcinków napisał on sam, kiedy w promocji serialu podkreślano jego nową ekipę i nacisk na pokój scenarzystów. Z pozostałych właściwie pamiętam dziś tylko Vinaya Patela i na pewno chętnie obejrzę inne odcinki serialu, które wyjdą spod jego ręki.

Ewa: Racja, Chibnall jako scenarzysta póki co rozczarowuje. Na mnie największe wrażenie zrobił duet Jennifer Perrott (reżyseria) i Joy Wilkinson (scenariusz) odpowiedzialny za Łowców czarownic, oraz, ze scenarzystów, już przywołani Hime i Patel. Chętnie też zobaczę jeszcze coś spod ręki Jamiego Childsa, który wyreżyserował aż trzy odcinki – Kerblam!, Przyjdzie potwór i cię zje oraz finałową Bitwę o Ranskoor Av Kolos.

Alternatuta: Żaden z odcinków w tej serii nie był wybitny – tym samym nie zapamiętałem żadnego nowego nazwiska poza Vinayem Patelem (możliwe, że to dzięki zbiegowi okoliczności, który sprawił, że jemu przydarzyła się podobna historia co w odcinku, który napisał). Wiem jednak, na czyj powrót nie będę czekał – Chibnalla. Za dużo docinków. Gdyby poprzestał na 1, 2 i 10 odcinku, byłoby dużo lepiej. Zrehabilitował się też trochę odcinkiem noworocznym. Ten odcinek był bardziej doktorowy niż większość jego odcinków z tej serii. Cieszę się, że wraca Ed Hime. Ba, ucieszę się z powrotu każdego, kto tworzył odcinki z drugiej połowy sezonu poza 10.

Mandalkor: Przyznam się bez bicia, nie zwróciłem uwagi na nazwiska scenarzystów, a nawet jakbym zwrócił, to musiałyby się powtarzać tyle razy, ile imiona aktorów pierwszoplanowych i showrunnera, żebym ich zapamiętał. Przepraszam scenarzystów, nie mam dobrej pamięci do nazwisk (a jeśli pamiętam to mylę je). Wiem tylko tyle, że nie-Chibnallowe odcinki były dużo, dużo lepsze.

5. Co sądzicie o stronie technicznej – zdjęciach, efektach specjalnych, muzyce? Czy 11 seria to też zmiana estetyki serialu?

Lierre: Kocham muzykę Seguna Akinoli – jest niesamowicie interesująca, różnorodna i minimalistyczna w taki najlepszy sposób – nie przytłacza, ale można się w nią zagłębić. To bardzo miła odmiana. Co do strony wizualnej, po szumnych zapewnieniach o super nowej ekipie od efektów i wypaśnych kamerach spodziewałam się rewelacji, ale chyba było trochę gorzej niż pod koniec czasów Moffata – a przynajmniej były momenty, kiedy się od nich krzywiłam (np. w Kerblam w scenie zjazdu do podziemi czy podczas ujęć kosmosu, które powinny być szerokie i oszałamiająco piękne, a były krótkie i raczej sugerowały coś niż pokazywały). Wielka szkoda.

Ginny: Zacznę od muzyki, bo ta jest wspaniała. Często niknie w tle i (poza piosenką towarzyszącą Rosie Parks), nie przytłacza sobą obrazu, ale potem nagle zaczynam ją słyszeć i mam takie „łał”. Tak jak całkiem lubię muzykę Murraya Golda, a im dalej w jego serie wchodzimy, tym wyraźniej widać jego rozwój, tak Segun Akinola tworzy lepiej, inaczej, kreatywniej w sposób, który idealnie pasuje do Doctor Who. Jeśli gdzieś w tej serii mam to poczucie przestrzeni i otwartości na kosmos, którego po niej oczekiwałam to na pewno w tej muzyce. Jeśli chodzi o efekty specjalne, to mam wrażenie, że tych było raczej niewiele, a kiedy już były, to stanowiły bardziej tło, przestrzeń rozgrywania się odcinków, nie zaś element, na którym skupiałyby się postaci. Niewiele też było tu protetyki – większość obcych była humanoidalna i to trochę rozczarowywało. Wizualnie na plus na pewno zapadł mi w pamięć „statek” T’zim-Sha i TARDIS. Zdjęciom musiałabym się zapewne mocniej przyjrzeć, choć na pewno często mieliśmy w tej serii bliskie zbliżenia na twarze postaci. Było jednak także parę szerszych ujęć – tu szczególnie pamiętam to z Kerblam! gdzie Yaz, Ryan i Charlie idą w tym podziemnym parkingu, choć muszę przyznać, że wiele jego wizualnej urody buduje towarzysząca mu muzyka. Wyróżniały się też ujęcia w odcinku o wiedźmach, ale nie widzę wśród reżyserów nikogo pokroju Rachel Talalay.

Ewa: Tak, muzyka! Naprawdę bardzo się powstrzymywałam, by nie zachwycać się nią w każdym podsumowaniu! Niby Akinola tworzy coś nieprzeszkadzającego i trzeba się trochę skupić, by go usłyszeć, ale jak się już usłyszy, to długo nie wychodzi z głowy. Moje trzy ulubione motywy to te z Tsurangańskiej szarady, Kerblam! i Demonów Pendżabu. Mamy też dużą zmianę w estetyce serii. Jest ładniej, gładziej, bardziej pocztówkowo, powiedziałabym wręcz, że momentami patetycznie. Lubię ładne obrazki, tak że do mnie to przemawia, z drugiej strony ucieszyło mnie pojawienie się Ptinga czy solitraktu, bo tej wizualnej powagi było chwilami trochę za dużo.

Inka: Miałam napisać, że w tej serii było właśnie tak ładnie, gładko, wręcz pastelowo momentami. Tylko, w przeciwieństwie do Ewy, mi to przeszkadzało, wolę trochę chropowatości, niedoskonałości. Tutaj nawet wszyscy bohaterowie byli tacy… śliczni. Może jestem turpistką. ;)

Alternauta: Zdecydowanie widać zmianę w tej serii. Większość ujęć można by spokojnie powiesić na ścianie w formie estetycznych plakatów. Najbardziej przemawiały do mnie miejsca z Demonów Pendżabu i Łowców czarownic. Efekty specjalne też się zmieniły. Niestety, mimo szumnych zapowiedzi, to raczej nie były najlepsze. Było to widać zwłaszcza w Kerblam!, w scenie z jazdą po taśmie transportowej. Sceny z bardziej widocznym greenscreenem nie widziałem od dawna. Zgodzę się też z Ginny, że za mało niehumanoidalnych kosmitów było w tej serii. Ba, część kompletnie nie wymagała praktycznie żadnej charakteryzacji, bo wyglądali jak ludzie. Chociaż patrząc na jakość efektów specjalnych, jakie dostaliśmy, to może i lepiej, że takich kosmitów nie było.

Mandalkor: O tym również wspominałem, zmiana strony stylistycznej serialu jest duża i bardzo dobra. Zdjęcia – cudowne. Muzyka? Dajcie mi wypowiedzieć się jeszcze raz po przesłuchaniu płyty, ale rzuca się w uszy, że jest inna i jest dobra. Efekty specjalne, hmmm… Nie ma za bardzo jak ocenić ich jakości, gdy ich prawie nie ma. W sensie, wybuchy, są ok, kosmos itp. również, ale nie oszukujmy się. Kosmici, to jest sedno efektów specjalnych w SF, a mieliśmy ich raczej mało. W sensie tych nieludzkich. Takich z mackami, czułkami, śluzem, czy… zębami na twarzy?

The Witchfinders

6. Bohaterowie w 11 serii przemierzają zupełnie nowe ścieżki. Który pomysł na miejsce i czas akcji najbardziej do was trafił?

Lierre: Odcinek o Indiach to był dla mnie strzał w dziesiątkę – nic więcej mi nie trzeba. No, może jakiś starożytny Egipt od czasu do czasu… Odwiedziny u Rosy Parks to też pomysł, przy którym zawsze muszę się uszczypnąć, by się upewnić, że to naprawdę się wydarzyło. Re-we-lac-ja. Bardzo podobała mi się też kosmiczna karetka w Tsurangańskiej szaradzie i opuszczony norweski domek.

Ginny: Solitrakt. Ten koncept wygrywa w przedbiegach, jako najbardziej absurdalny i niedorzecznie piękny. Oraz Pendżab w okresie podziału – jako historia, o której się nie mówi, a która opowiedzenia wymaga.

Taiteilija: Niesamowicie podobał mi się odcinek Łowcy czarownic, jeżeli chodzi o czas akcji. Zawsze z jakiegoś niewyjaśnionego powodu pociągały mnie odcinki osadzone nie w dalekiej przyszłości, ale w przeszłości, a kwestia bezrozumnego palenia czarownic, która przecież znaczy karty dziejów dymem i krzykami niewinnych kobiet, to coś, do czego Doktor niewątpliwie powinna się odnieść, z czym, choćby w mikroskali, powinna zawalczyć. Choć żałuję, że nie był to jednak odcinek, którego zwieńczenie sugerowałoby, że to Doktor, za sprawą sprytnych manipulacji, położyła temu procederowi kres.

Ewa: Kocham odcinki historyczne w tej serii, ale najbardziej trafił do mnie pomysł kosmicznej karetki w Tsurangańskiej szaradzie. Po prostu urzekło mnie, że nawet w ciemnym, trapionym wojnami LXVII wieku kosmos przemierzają kosmiczne ambulanse i pomagają wszystkim istotom, które wpadną w tarapaty!

Alternauta:  Zgadzam się z Taiteiliją – Łowcy czarownic trafili do mnie, ze względu na czas (lubię przeszłość w tym serialu), a także poruszenie kwestii palenia czarownic. Jest to problem, który w pewnym sensie jest do dzisiaj aktualny i to do mnie przemówiło. Tak samo Pendżab – powody te same co u Ginny.

Mandalkor: Miejce? Solitrakt – choć to coś więcej niż miejsce! Czas akcji? Historia – w sensie w ogóle, że odcinki dzieją się faktycznie w przeszłości z fabułą skupiającą się na wydarzeniach historycznych. Ulubiony pomysł? Ludzie jako ,,potwory tygodnia’’. Po co nam źli kosmici, skoro można pokazać, że potwory są wśród nas.

7. Porozmawiajmy o wadach: co w 11 serii nie wyszło i dlaczego? Co dało się zrobić lepiej?

Lierre: Szczerze – nie wiem, dlaczego pewne rzeczy w 11 serii nie wyszły, bo twórcy mieli, przynajmniej z mojej perspektywy i przy mojej wiedzy, wszelkie środki, by zrobić coś fenomenalnego. Najbardziej jednak irytowała mnie jedna rzecz: zakończenia. Cukierkowy i ckliwy epilog Demonów Pendżabu niemal zniechęcił mnie do tego, wymarzonego dla mnie, odcinka. Kerblam i Łowcy czarownic mają na końcu klasyczne doktorowe scenki, ale za krótkie, nie mają czasu wybrzmieć. Modlitwa na końcu Tsurangańskiej szarady była lekko żenująca – mam alergię na patos. Podobały mi się bardzo chyba tylko zakończenia Kobiety… i Przyjdzie potwór i cię zje. Poza tym, jeśli chodzi o wady 11 serii, to jak już wszyscy wspominaliśmy: niespójna konstrukcja całej serii, za słabe pisanie bohaterów, za mało napięcia między nimi, lekko kulejące efekty specjalne i punkt kulminacyjny Kerblam, serio, dlaczego…

Ginny: Reprezentacja środowiska LGBTQIAP+, o czym napisałam już felieton, więc tu nie będę się rozpisywać. Poza tym Chris Chibnall napisał za dużo odcinków, a żaden nie zachwycił i po całej tej serii pozostaję w przekonaniu, że o ile to jest dobry scenarzysta obyczajowy, o tyle fantastyka wyraźnie nie jest gatunkiem, który do końca rozumie.

Taiteilija: Wielu odcinkom zabrakło, niestety, pewnej siły rozpędu, pewnego elementu emocjonalnego szoku czy zdziwienia. Czuję niedosyt, czuję niewykorzystane możliwości i pewien rodzaj neutralnego spokoju, a nie, towarzyszące wcześniejszym seriom, podekscytowanie, gorączkę wręcz. Nie wiem, na czym polega ten niedostatek. Być może to kwestia dostosowania serii do młodszej widowni (co zapowiadał przecież Chibnall), a może jest tak, jak pisze Ginny, że Chibnall po prostu nie całkiem radzi sobie z fantastyką? No i druga kwestia – duża liczba postaci w TARDIS ograniczyła jednak silnie czas antenowy każdej z nich i choć w ramach tego skromnego ułamka zrobiono, co się da, by je rozwinąć, to jednak wyczuwalny jest i tu pewien niedobór. Dajmy się jednak temu rozwinąć. To była dopiero pierwsza seria z nową załogą (i tu mam na myśli zarówno postaci, jak i twórców). Sądzę, że druga może być pod tymi względami lepsza.

Ewa: Trochę już o tym pisałam, ale powtórzę: drażni mnie niespójność tej serii jako całości i na poziomie pojedynczych odcinków. Najmocniej to widać chyba w Arachnokapitalizmie w Wielkiej Brytanii, gdzie końcówka jest na tyle nagła, dziwna i niepasująca do charakteru postaci, że miałam wrażenie, że przysnęłam i ominęło mnie całe wyjaśnienie zabawy. Podobnie z Kerblam! – zakończenie ma się nijak do budowanej przez cały odcinek historii. O ile dziwactwa fabularne są w porządku, o tyle postacie postępujące niezgodnie ze swoim charakterem niekoniecznie. Mam ogromną nadzieję, że w 12 serii Chibnall będzie bardziej – i lepiej – czuwał nad tym elementem postaci.

Alternauta: Tak jak pisze Ginny – Chibnall jest zdecydowanie lepszy, jeśli chodzi o historie obyczajowe (patrz Broadchurch, a także świetnie napisana scena z rodziną Yaz z Arachnokapitalizmu) niż science fiction. Byłbym za tym, żeby to on był odpowiedzialny za prowadzenie takich wątków, a fantastykę jednak pozostawił innym. Wydaje mi się też, że jednak team TARDIS w takim składzie jest za duży. Nie sprawdziło się to z tymi postaciami. Postacie były dobrze napisane, ale czasami ginęły trochę we własnym tłumie i często było tak, że jeden z towarzyszy nie miał nic sensownego do roboty i Doktor przydzielała takiemu towarzyszowi zadania niejako na siłę według mnie. Myślę także, że Trzynasta mogła wypaść lepiej. Ze względu na drugą część podsumowania, w której jeszcze będzie mowa o Doktor, to pozwolę sobie na razie na ten temat konkretniej się nie wypowiadać. Ponadto dużo było tutaj takiej bezpiecznej akcji, tzn. właśnie bez tego podekscytowania, zaciekawienia, tak jak to wspomniała Ginny. Powoduje to, że ciężko byłoby mi polecać serię osobom, które zraziły się za sam wybór kobiety czy przestały oglądać jeszcze za czasów Capaldiego. Zgodzę się także z Ewą odnośnie zakończeń Arachnokapitalizmu i Kerblam!, gdzie  w każdym z nich rozwiązanie głównego problemu zbyt odbiegało od tego, jakie powinno być, biorąc pod uwagę resztę odcinka. Nie wyszły także wspomniane wcześniej efekty, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy winna jest temu zmiana ekipy za nie odpowiedzialnej, czy wzięto po prostu ludzi, którzy nie do końca sobie z nimi poradzili i należało wyłożyć na nie trochę więcej pieniędzy.

8. Choć wyniki oglądalności są bardzo dobre i oceny raczej wysokie, sporo było widać negatywnych opinii w grupach i sekcjach komentarzy. Skąd taka ostra krytyka i potrzeba głośnego wyrażania jej? Dlaczego serial niektórym fanom tak bardzo przestał się podobać?

Ginny: Z jednej strony na pewno sporo w tym uprzedzeń i mizoginii, która pojawiłaby się niezależnie od tego, jak dobra byłaby ta seria. Z drugiej – mimo że jest to serial oparty na zmianach – wielu na pewno nie może przeboleć odejścia Stevena Moffata. Z trzeciej zaś, dochodzi fakt, że to nie jest wybitna seria. Jest dość porządna, ale po producencie wykonawczym zapowiadanym jako ten, który ma być odważny, można było spodziewać się więcej.

Taiteilija: Myślę, że to konglomerat bardzo wielu czynników; tęsknota za Moffatem (miał przecież licznych fanów), nowe kamery, a więc całkiem inny, nieco bardziej statyczny odbiór, nowa muzyka, zupełnie odmienna od starej, która nie musi się wszystkim podobać, bo nie wszyscy przepadają za miękkim, przestrzennym ambientem, uprzystępnienie dla młodszej widowni (momentami dość widoczne), ale pewnie jest w tym sporo mizoginii, rasizmu i innych ludzkich bzdur (co dziwne, zważywszy na to, o czym jest od zawsze niemal ten serial!), niechęć do treści edukacyjnych czy symbolicznych, wyraźnych analogii dotyczących współczesnego świata… Zmian było istotnie wiele, jak zawsze, gdy zmienia się załoga twórcza, a ludzie nie lubią zmian (choćby i były one wpisane w sam format serialu). Można by wyliczać długo, ale, moim zdaniem, głównym problemem ludzi jest zbytnie dramatyzowanie, wołanie o pomstę do nieba, płacz i wielkie, złe słowa. Przecież ten serial nieustannie ewoluuje – taka jest jego natura. To oczywiste, że się zmienia. Nie trzeba go, oczywiście, bezkrytycznie uwielbiać, bo ma swoje wady, ale, cóż to za fani, którzy po jednej z wielu zmian w ich niekończącym się ciągu popadają w całkowitą histerię i wieszczą zgubę? Cóż, pozostaje mi wyrazić nadzieję, że to stan przejściowy.

Ewa: Tak bardzo się zgadzam! Ludzie boją się zmian. Na dodatek żyjemy w szalenie emocjonalnych, sprzyjających polaryzacji poglądów, ale też niepremiujących empatii czy racjonalności czasach. Plus pamiętajmy, że ludzie chętniej dają upust negatywnym niż pozytywnym emocjom, stąd dyskusje bywają dość przykre. Moim zdaniem najlepszą odpowiedzią jest pokazywanie na własnym przykładzie, że można rozmawiać inaczej. Choć wiem, że czasami to trudne.

Inka: Zgodzę się z Ewą. Ludzie nie lubią zmian, a tutaj i pierwsza kobieca Doktor i nowy scenarzysta. Ludzie wolą odgrzewane kotlety, bo są bezpieczne. Stosunkowo od niedawna mamy trend, gdzie na ekranach proponuje się różnorodność, a niektórzy nie opuścili jeszcze swoich mentalnych jaskiń, gdzie bohaterem może być tylko biały, heteroseksualny mężczyzna. Ale idzie ku dobremu, czeka nas jeszcze jakiś czas narzekania i wszystko się uspokoi, a filmy i seriale będą oceniane przez inny pryzmat niż „wciskanie na siłę inności”.

Mandalkor: W sumie… Przedmówcy ukradli mi wszystkie argumenty. Nic dodać, nic ująć. Zmiany, zmiany, zmiany!

Alternauta: Ciężko się nie zgodzić ze wszystkimi przedmówcami – główny powód to zmiana. Narzekano również zapewne mocniej niż zawsze przy zmianie Doktora (bo nie oszukujmy się, sam fakt zmiany głównego aktora, do którego przyzwyczailiśmy się od kilku lat, może wywoływać odruchową niechęć do następnego), gdyby Trzynasty był czarnoskórym mężczyzną. A serial zmianami stoi. Niestety albo stety, tym razem było ich więcej niż w poprzednich latach i to pewnie w jakimś stopniu się nagromadziło. Nie wspominając już o tym, że wiele osób nie było w stanie przyjąć faktu, że Doktora może zagrać także kobieta (a czy to zrobi dobrze, to już inna sprawa). Powodów upatrywałbym także w sprawach nie tylko czysto fanowskich. Myślę, że winne może też być polaryzowanie się na świecie poglądów. Można to zauważyć nie tylko w dyskusji fandomowej, ale także na inne tematy (z naszego podwórka zwłaszcza polityka i religia są takimi polaryzującymi tematami). Ludzie zatracają, niestety, zdolność do normalnej rozmowy. Jeśli ktoś myśli inaczej, od razu staje się wrogiem i na pewno jest zły. Pół biedy, kiedy jedna strona sporu tak działa. Gorzej, gdy jest tak z obiema. Wtedy szanse na osiągnięcie porozumienia są niskie. Fandom Doktora powinien to rozumieć, zwłaszcza po odcinku Inwersja Zygonów. Naprawdę nic nie wynieśliśmy z przemowy Dwunastego? Świadczy to o tym, że spodziewamy się, że serial będzie kogoś uczył, wskazywał złe zachowania – sami zaś niekoniecznie przyjmiemy do wiadomości, że może też musimy jakieś wnioski wyciągnąć. A może wyciągamy, lecz stosujemy je wybiórczo. Tak jak np. niektórzy uważający się za wierzących katolików stosują „kochaj bliźniego jak siebie samego” wobec tylko białych ludzi, bo uważają, że czarnoskórzy czy muzułmanie nie są ich bliźnimi – z tego też powodu nie czują dyskomfortu. W końcu nie obrażają bliźnich. Tak samo tu. Z góry zakładamy, że ktoś, kto ma inne zdanie na temat serialu, na pewno nie jest jego „prawdziwym” fanem i na pewno nie chce dla serialu dobrze, a najlepiej to niczego nie rozumie. W związku z tym nie ma sensu z kimś takim sensownie rozmawiać, tylko należy zacząć próbować przekrzyczeć drugiego. W ten sposób nigdzie nie dojdziemy. Dodatkowo na te zmiany nałożyła się raczej słabsza scenariuszowo pierwsza część sezonu – co dodatkowo zniechęcało i mogło wywoływać potrzebę wyrzucenia z siebie negatywnych emocji, a że niektórzy najpierw piszą, potem myślą, to już niestety inna sprawa. Z drugiej strony trzeba też pamiętać, że faktycznie nie każdemu wszystko musi się podobać – im większa zmiana, tym więcej osób może stwierdzić, że to już nie dla nich. A tutaj mieliśmy do czynienia z najbardziej zasadniczą zmianą w historii serialu – a na to nałożył się jeszcze początek ery nowego showrunnera. Logiczne zatem, że niezależnie od mizoginii, rasizmu, homofobii itd. będzie więcej niż zwykle osób, którym kierunek w którym ich ukochany serial poszedł nie będzie się podobać. Sęk w tym, by umieć to zdanie w sposób sensowny wyrazić i zaakceptować, że ktoś takie zdanie może chcieć wyrazić. Cóż, może kiedyś ludzkość się tego nauczy w większym stopniu niż obecnie.

9. Co chcielibyście zobaczyć w 12 serii? Czy macie już jakieś oczekiwania lub marzenia?

Lierre: Bardziej rozbudowane intrygi i skomplikowane relacje między bohaterami; tak pozytywne, jak i negatywne. Więcej nawiązań do całego Whoniversum. A przede wszystkim: więcej odwagi na wszystkich polach.

Ginny: Mniej Chibnalla jako scenarzysty. Naprawdę, niech on zaufa swoim scenarzystom, że potrafią napisać więcej niż po jednym dobrym odcinku. Powrotu Sarah Dollard. A po historiach: więcej przytupu. Po Doktor: więcej działania. I reprezentację LGBTQIAP+ zrobioną dobrze albo zostawioną w spokoju.

Taiteilija: Wspomniane już przeze mnie przedstawienie wszechświata, innych planet, dalsze rozwijanie postaci, więcej zaskoczenia emocjonalnego w odcinkach, ale także powrotów, więcej powrotów do przeszłości! Tęsknię za Mistrzem/Mistrzynią, nie pogardziłabym Władcami Czasu, a więc i Gallifrey oraz nowymi informacjami o młodości Doktor (wtedy jeszcze Doktora), choć to może być płonna nadzieja. No i miło byłoby zobaczyć jeszcze kapitana Jacka; być może trochę zdemitologizować jego postać, uspójnić ją (kapitan Jack w Doctor Who a w Torchwood to niemalże inne postaci, a jego wersja z Torchwood mogłaby świetnie polemizować z postacią Doktor).

Ewa: Będę przekorna: skoro Chibnallowi tak dobrze wychodzą wątki obyczajowe, to poproszę ich więcej! Więcej Doktor i Yaz, więcej herbatek i docinków, i koniecznie Doktor wybierającą sofę do salonu! Marzy mi się spokojny odcinek, gdzie bohaterów nie spotka nic dramatycznego – choć może nadal coś niezwykłego. Plus team TARDIS już jest na tyle duża i samodzielna, że mogliby raz zostawić naszą Władczynię Czasu samą, tak abyśmy mieli szansę dowiedzieć się czegoś więcej o niej i tylko o niej.

Alternauta: Po pierwsze Chibnall powinien mocno zastanowić się, jeśli w 12 serii zechce mu się napisać osobiście tyle odcinków. Zdecydowanie za dużo, a efekt taki, że sporo osób się zniechęciło do oglądania najnowszego sezonu w jego trakcie. Za to tak jak pisze Ewa: powinien zająć się wątkami obyczajowymi i właściwie tylko nimi. Po drugie, zanim obejrzałem odcinek noworoczny, przeczuwałem, że w kolejnym sezonie zostanie wprowadzony wątek ojca Ryana i nie spodziewałem się go już teraz. Chciałbym, żeby za jego zmianą decyzji o pracy na platformie, za jego powrotem, stało coś więcej. Żeby okazało się, że to nie przypadek, że wrócił akurat teraz, kiedy Ryan podróżuje z Doktor, a celowe działanie wymierzone przeciwko Doktor. Ponadto mam nadzieję na więcej Yaz (aczkolwiek według ostatnich informacji z BBC to akurat powinno się spełnić). Zgadzam się z Ginny i Ewą – więcej Doktor, zwłaszcza takiej, która działa samodzielnie. Ponadto chciałbym, żeby nie było sytuacji, w których któryś z towarzyszy jest właściwie niepotrzebny w odcinku. Mam nadzieję także na całkowicie nowego Władcę lub Władczynię Czasu (zwłaszcza, że Gallifrey teraz już powinna faktycznie wrócić, bo chyba była jedną z planet, jakie ukradł Tim Shaw) i ciekawe poruszenie dalej wątku Timeless Child (dalej trzymam kciuki, żeby był to ktoś z rodzeństwa lub rodziny Doktor). Mistrz/Missy też może wrócić, ale zamiast tego powrotu, żeby wspomniany nowy Władca lub Władczyni Czasu okazał/a się powracającą postacią. No i przede wszystkim więcej kosmosu i kosmitów, którzy nie wyglądają jak ludzie. Mam także nadzieję na powrót tego kandydata na prezydenta, nie wiem tylko, czy chciałbym tego już w tej serii czy później. Chciałbym także kolejnych odcinków historycznych mówiących o wydarzeniach, które właściwie się przemilcza lub w jakiś sposób przeinacza. Niech nie wszystkie historie będą takie kameralne i spokojne. Potrzebna jest pod tym kątem równowaga. Chciałbym też dostać porządny straszniejszy odcinek, choć obawiam się, że ze względu na familijność Chibnall może chcieć unikać creepy historii.

Mandalkor: Mniej odcinków pisanych przez Chibnalla. Więcej obcych ras, więcej znanych ras, więcej odcinków historycznych, więcej wnętrza TARDIS, więcej edukacyjności, więcej Doktor. Po prostu, dajcie nam już tą serię, bo można marudzić, można się zachwycać, ale trzeba mieć czym. Choć nie powiem, jeśli mam czekać dłużej za cenę wyższej jakości, to nie będę marudził. Aż tak.


Zapraszamy do dyskusji w komentarzach!

Daj na ciastko!