10 seria już za nami, chwilę po niej ochłonęliśmy. Czas podsumować ostatnie odcinki Dwunastego Doktora. Zacznijmy właśnie od niego. Co sądzicie o Doktorze w ostatniej serii?

Ginny: Zacznę krótko. W tej serii przede wszystkim wreszcie Dwunasty mógł po prostu cieszyć się przygodą. Oczywiście, było tu sporo ciężkich momentów – z kończącym całą serię początkiem jego regeneracji, ale przede wszystkim tym, co wyróżniało go w tej serii, był fakt, że w końcu nie definiowała go jego ponurość. Wręcz przeciwnie. Mimo pogodzenia ze śmiercią, jakie jest widoczne w nim w tej serii (a może właśnie dzięki niemu), Dwunasty najzwyczajniej w świecie pozwala sobie żyć chwilą. I to jest wspaniałe. Jeśli ktoś zacznie więc poznawanie tego dziwacznego kosmity od 10 serii i na jej podstawie wyrobi sobie o nim zdanie, to ja osobiście będę się tylko cieszyć.

Ewelinkja: Dwunasty jest po prostu idealny. W dziesiątej serii całkowicie dojrzewa jako postać. Jest postacią pełną, barwną i w każdym calu dopracowaną. W tej inkarnacji widzę wszystkie cechy, które najbardziej kocham w Doktorze. Jest tajemniczym geniuszem z kosmosu, mądrym, ale roztargnionym, potrafiącym czerpać radość z pomocy innym i przygód kosmitą. Widać jak cierpienie i samotność, którymi jest od wieków przepełniony walczą w nim z jego naturalną wesołością i pragnieniem poznawania świata i lekkomyślnością. Widzimy, jak walczy o swoją najważniejszą przyjaźń, jak kocha i odczuwa porażkę. Dwunasty nie jest tym, który wszystkich kocha, on szanuje każde życie, ale nie uważa, że każdy jest wspaniały – zapadło mi w pamięć, jak powiedział Bill pod koniec Jest jak jest („The Lie of the Land”), że toleruje całą resztę ludzi, dlatego, że pośród siedmiu miliardów jest ktoś taki jak ona. Dwunasty Doktor skupia się na jednostce, na konkretnym człowieku, zauważa jego mocne strony, pozwala mu w siebie uwierzyć i się rozwinąć. To kocham w Doktorze – jak pokazuje innym, że są wartościowi i jak walczy ze swoimi wewnętrznymi demonami. On zawsze robi to, co uważa za właściwe, nawet kiedy sytuacja jest bez wyjścia, tak jak w finale, nie porzuca swoich zasad. No i jeszcze to, jak uwielbia gadać. On po prostu kocha tłumaczyć wszystko wszystkim dookoła i potrafi pięknie mówić. Każda jego przemowa chwyta za serce. Poza tym, kocham jego poczucie humoru, jego inteligentne, sarkastyczne żarciki, bez zadęcia, bez „Patrzcie jaki jestem śmieszny!”. Po prostu ideał.

Pegaz: <tryb podsumowujący> Skłonny do poświęceń, oddany przyjaźni Władca Czasu? Zabawny Władca Czasu? Widzowie lubią takie postaci. Nieidealny Władca Czasu (patrz niektóre reakcje na Nardole’a)? Jeszcze lepiej, idealne postaci są nudne. Dwunasty w 10 serii może się podobać fanom! </tryb podsumowujący>

Artur: Widać ciągłość z tym, jaki Doktor był w dziewiątej serii, ale nowe elementy są dobrze umotywowane i też działają (na przykład lekkomyślność – a to porzuca Skrytkę, a to wrzuca Bill w niebezpieczną sytuację z osobą, która dopiero odbywa staż na stanowisku Doktora). I czuć, że przebył bardzo długą drogę od czasu, gdy pytał Clarę na początku ósmego sezonu, czy jest dobrym człowiekiem. Zupełnie się nie dziwię, że nie chce znowu się zmieniać i ryzykować, że całą tę drogę będzie musiał przechodzić od początku.

Clever Boy: Kocham Dwunastego Doktora, a w tej serii chyba najbardziej. Nigdy nie przeszkadzała mi ta jego oschłość lub często pojawiające się wredne żarty. Gdy patrzę na Doktora z 10 serii, widzę tę chęć do odbycia kolejnych przygód. Zapewne minęło bardzo dużo czasu odkąd Doktor pożegnał się z River i Clarą. Bardzo dobrze, że rusza dalej, bez zbędnych dramatów. Kiedy patrzę na tę ciekawość, uśmiech, czasem strach lub zaskoczenie, jestem szczęśliwy, bo czuję, jakby postać odżyła po raz kolejny. Ktokolwiek skreślał Dwunastego, powinien zobaczyć tę serię i jestem przekonany, że zmieni zdanie, co do jego postaci.

Jak oceniacie występ Petera Capaldiego?

Ginny: Był wyśmienity. Nie miał może momentu aż tak wybijającego się ponad wszystkie inne odcinki, jak jego przemowa w Inwersji Zygonów („The Zygon Inversion”), ale dostał sporo wspaniałych mniejszych, równie ważnych przemów, w których mógł się wykazać – osobiście uwielbiam, kiedy wpada w ton gawędziarza. To wychodzi po prostu idealnie. Tak bardzo pasuje do jego Doktora. Aż żal, że nie było mu dane więcej opowiadać. Właściwie jednak należą mu się owacje za całokształt występu w tej serii. Można oczywiście narzekać na jego poprzednie serie, gdzie scenariusze niekoniecznie tworzyły spójny obraz Dwunastego, nie dając mu zabłysnąć. Zawsze jednak on sam grał świetnie, ale też, jego wybitna gra połączona z tym, jak napisana została jego postać w 10 serii ukazuje cały potencjał tego aktora w tej roli.

Ewelinkja: O Capaldim mogłabym pisać bez końca. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego geniuszu aktorskiego. W 10 serii za każdym razem myślałam, że już nie da rady, żeby zachwycił mnie jeszcze bardziej, a on pojawiał się w następnym odcinku i działa się magia. Kocham jego wspaniałe włosy i szalone brwi, jego sposób poruszania się, mimikę, gesty. U niego wszystko ze sobą współgra, jest spójne i widać, że on naprawdę, całym sobą JEST Doktorem. W finale przeszedł już samego siebie. Patrzyłam na jego twarz i widziałam dokładnie, co dzieje się w głowie Doktora. Widać było cały ten ból, walkę i cierpienie. Widać było, że umiera i miałam serce ściśnięte raz w gardle, a raz w okolicach żołądka, wiedząc jak bardzo cierpi, zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

10 seria to nie tylko cierpienie i Capaldi mógł się wykazać także pokazując radość Doktora i niezwykłą, głęboką miłość do Missy. Oczywiście nie chodzi o miłość romantyczną, tylko o ten rodzaj miłości, który moim zdaniem jest o wiele trudniejszy do zagrania. On po prostu doskonale czuje postać Doktora.

Ginny: Chodzi ci o ten rodzaj miłości, który jest przyjaźnią. I tak, Peter Capaldi gra tę przyjaźń wyśmienicie. Na pewno pomaga tu fakt, że oboje z Michelle Gomez są przyjaciółmi w prawdziwym życiu, ale też przyjaźń Doktora i Missy jest o wiele bardziej skomplikowana przez moralne wybory obu tych postaci – i to już jest na pewno wyzwanie aktorskie (dla obojga), żeby zagrać tę relację tak, żeby wyszła naprawdę wiarygodnie.

Pegaz: Jestem fanką aktorstwa Petera Capaldiego i uważam, że trzymał przy okazji dziesiątej serii poziom. Przyznaję, parę razy coś mi nie do końca zagrało w jego kreacji (sic!), ale całkiem możliwe, że szukam dziury w całym, albo w tych momentach mój gust pragnął po prostu czegoś innego (bardzo przepraszam osoby wstrząśnięte moim wyznaniem). Całościowo naprawdę robiący wrażenie występ.

Artur: Szczerze mówiąc, jestem tylko umiarkowanym fanem momentów zaprojektowanych jako wielkie popisy aktorskie – zdarza się, że tak mocno przyciągają uwagę widzów, że zdają się aż krzyczeć: „Patrzcie, jak ja gram!”. W tej serii miałem takie uczucie podczas przemowy z Upadku Doktora („The Doctor Falls”) – to nie są koniecznie złe momenty, ale zdecydowanie wolę Capaldiego w momentach mniej ostentacyjnych. Tak czy inaczej – był dobry. W końcu to Peter Capaldi.

Clever Boy: Ja właśnie lubię ten moment w Upadku Doktora, ale ja mam słabość do przemów i takich momentów. Według mnie gra aktorska Petera w finale była prześwietna. Dla mnie Capaldi zawsze był na wysokim poziomie i nie wyobrażałem sobie, żeby mogło być inaczej. I cieszy mnie to, jakiego Doktora zobaczyliśmy w tej serii, to też pozwoliło Capaldiemu podejść do roli w inny sposób. I to było cudowne.

10 seria to również dwójka towarzyszy. Zacznijmy od Bill. Jak oceniacie jej postać? Myślicie, że Pearl Mackie udźwignęła ciężar, jakim jest granie towarzyszki Doktora?

Ginny: Muszę powiedzieć jedno: najzwyczajniej w świecie uwielbiam Bill. I tak sobie myślę, że może nawet jest ona moją ulubioną towarzyszką Doktora. Tak jak w Clarze bardzo dużo mi nie zagrało, tak jak lubiłam Amy i Rory’ego i Rose, jak uwielbiam Donnę, a Marthę doceniam w czwartej serii, tak Bill wniosła z sobą pewien oddech, świeżość i w ogromnej mierze to dzięki niej z taką przyjemnością oglądałam tę serię. A tak bardzo obawiałam się, że zostanę nią zawiedziona. Bill jest jednak akurat tym typem postaci, jakich od pewnego czasu bardzo potrzebuję, więc jestem tym bardziej wdzięczna Stevenowi Moffatowi i jego grupie scenarzystów, że napisali ją właśnie taką.

A Pearl Mackie? Poradziła sobie wyśmienicie. Naprawdę nie docenić jej gry aktorskiej, kiedy nie jest się zaślepionym rasizmem, czy homofobią, uważam za niemożliwe. Jasne, można nie polubić samej postaci – w końcu każdy z nas ma inne gusta – ale Mackie gra Bill w taki sposób, że trudno jest nie uwierzyć w jej prawdziwość. W jej emocje, myśli, w to co mówi i jak mówi i co i jak robi… Chcę więcej Bill.

Ewelinkja: Ja także ją uwielbiam. Niesamowicie sympatyczna i zdolna dziewczyna, która może pod skrzydłami Doktora rozwinąć się i nabrać przekonania o własnej wyjątkowości. Niesamowicie podoba mi się w Bill, że broni swojego życia prywatnego. Nie oddaje go całego Doktorowi. Mówi otwarcie, że są takie momenty, w których nie ma miejsca dla Doktora. Jest bardzo sympatyczna, otwarta, pełna energii.

Pearl Mackie jest świetną aktorką. Bardzo podobała mi się jej gra. Ma świetną mimikę i fajnie gra ciałem. Nie można nie wspomnieć o odcinku finałowym. Ten ogrom emocji, które pokazała, naprawdę mnie zachwycił. Stworzyła wspaniałą kreację aktorską i niezależnie od tego, czy ktoś jej postać polubił, trzeba przyznać, że jest bardzo zdolna i udźwignęła ciężar roli towarzyszki Doktora.

Pegaz: Nie mam nic do zarzucenia Pearl Mackie i bardzo polubiłam Bill! Na chwilę obecną zajmuje, ex aequo z Clarą, pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu towarzyszy. Bardzo szybko coś zaskoczyło i spojrzałam na nią z sympatią. Ma w sobie taką specyficzną energię, jest otwarta, polubiłam jej zaraźliwy uśmiech.

Artur: Pearl Mackie to rewelacyjna aktorka, a Bill wyraźnie odróżnia się na tle poprzednich towarzyszek – głównie, w moim odczuciu, ponieważ o wiele bardziej otwarcie okazuje swoje emocje niż Amy czy Clara. Mam też nadzieję, że zapoczątkuje trwalszy trend w tworzeniu bardziej zróżnicowanych postaci towarzyszek. Dobrze pokazuje, że pewne stałe elementy serialu czyni to o wiele świeższymi (na przykład interakcje w przeszłości!).

Clever Boy: Polubiłem Bill. Na pewno na jej korzyść przemawia to, że była kimś świeżym i nowym. Clara spędziła zbyt dużo czasu na pokładzie TARDIS i nie mogłem się doczekać zmiany. Podoba mi się gra aktorska Pearl. Lubię jej mimikę oraz komentarze odnoszące się do akcji, która właśnie się dzieje.

Jaki jest wasz ulubiony moment Bill oraz która chwila z nią wam się najmniej podobała?

Ginny: Wszystkie są moje ulubione? No dobrze, jeśli mam wybrać, to uwielbiam początek drugiego odcinka o Mnichach, gdy tak zwyczajnie opowiada Penny o Doktorze i wszystkich szalonych przygodach, jakie z nim miała. I może sobie Steven Moffat wykoncypował, że Penny ostatecznie, kiedy skonfrontowana z tym, że to o czym opowiada Bill, nie ma ochoty brać udziału w niczym takim, ale ja się na tę interpretację absolutnie nie zgadzam. To byłby nieznośny wzorzec. Jeśli tak na to patrzeć, najpierw mamy Clarę, która nie chce opowiedzieć Danny’emu o Doktorze, bo boi się, że mu się to nie spodoba. I, okazuje się, że ma rację. Potem mielibyśmy Bill, która opowiada Penny, a Penny jest okej do momentu. Ostatecznie jednak wychodziłoby na to, że albo przygody z Doktorem, albo miłość (w sumie z Heather Bill też zaczyna chodzić w momencie, gdy opuszcza Doktora!). Na takie dictum mogę powiedzieć jedno: niech pan spada, panie Moffat.

Artur: Tak po prawdzie – odnosząc się do tego, co pisze Ginny – to najpierw mamy Amy, której cała historia opowiada o tym, że Doktor Who i miłość jak najbardziej mogą iść ze sobą w parze (choć ostatecznie istotniejsza jest miłość).

Ginny: Ale jednak duży nacisk w tych seriach kładziony jest na to, kogo wybierze Amy. Rory’ego czy Doktora. Miłość czy przygodę. I w końcu Amy wybiera. Ba, nawet sam Steven Moffat powtarzał nieraz, że Rory to nie towarzysz pełną gębą. Że on jest na TARDIS tylko dla Amy. Zresztą Rory’ego nie ma go nawet w momencie, w którym Dwunasty Doktor przypomina sobie wszystkich towarzyszy z New Who – w tym Vastrę i Jenny, czy Sarah Jane, która wystąpiła w ledwie jednym odcinku nowych serii. Ba przypomina sobie nawet Clarę*! Przy kolejnych towarzyszkach zaś Moffat już zupełnie odziera nas ze złudzeń, że można łączyć miłość i podróże na TARDIS.

*Dla jasności: uwielbiam to, że pojawiają się tam i Sarah Jane, i Vastra, i Jenny, i Jack. Rozumiem, dlaczego Clara się pojawia i kupuję to emocjonalnie. Jestem jednak zła o to, że nie ma tam Rory’ego. Że on się najwyraźniej jednak aż tak nie liczy dla Doktora.

Clever Boy: Ja też tego nie rozumiem. Tylko jego mi w tym momencie brakowało…

Artur: Zniknięcie Penny mi nie przeszkadzało, bo mamy w przypadku Bill do czynienia z osobą młodą i te związki, które obserwujemy na ekranie (czy to z Heather, czy z Penny) to dopiero początkowe spotkania, nic poważnego. W dodatku Penny, jak może sugerować Extremis, nie czuje się zbyt komfortowo, umawiając się z kobietami. W pełni więc akceptuję, że mogły ją odstraszyć nawet nie same przygody, ale wtargnięcie obcych ludzi w bardzo delikatnym momencie. Za to przygody i miłość (a przynajmniej zauroczenie) łączą się dla Bill w postaci Heather.

Przechodząc zaś do pytania – dla mnie momentem, w którym Pearl zabłysnęła najmocniej, było zdecydowanie Jest jak jest („The Lie of the Land”). Ujmę to tak: chyba nikt na poważnie nie zakładał, że Dwunasty Doktor przejdzie regenerację w 2/3 sezonu… A jednak oglądając scenę konfrontacji między Bill a Doktorem PRAWIE uwierzyłem, że to właśnie ma się wydarzyć. „Nie, nie zrobią tego… prawda? Chyba? A może jednak?”. Podobne uczucia miałem podczas sceny kulminacyjnej, gdy wydawało się, że Bill umrze, przezwyciężając wpływy Mnichów. Obie te sceny mocno mnie wzruszyły i była to w całości zasługa Pearl Mackie (i to dzięki niej odcinek wylądował ostatecznie bliżej środka rankingu niż końca). Dzięki niej serial znów zaczął szarpać mnie za serce, co w ostatnich latach zdarzało się dość rzadko – Karen Gillan grała zbyt oszczędnie, a Clara była po prostu bardzo powściągliwą, opanowaną postacią. Pod tym względem Bill wypadła bardzo świeżo i dała mi coś nowego.

Nie było chyba sceny z jej udziałem, która mi się nie podobała – żałuję tylko może, że nie pociągnięto trochę bardziej wątku jej konfrontacji z wiktoriańską mentalnością w Cesarzowej Marsa („Empress of Mars”).

Ewelinkja: Słabych momentów nie zapamiętałam, dlatego pewnie ich nie było. Natomiast najlepsze momenty jest mi ciężko wybrać, bo tak wiele mi się podobało… Zacznę od finału, o którym już wcześniej wspomniałam. Pokazywanie Bill jako jej samej, a tylko chwilami jako Cybermana, to był genialny zabieg. Ogromnie mnie to wzruszyło, bo Pearl zagrała to świetnie i cała ta świadomość, że tam w środku tego „blaszaka” jest żywa i czująca istota ludzka, było niesamowite. Bardzo podobała mi się jej rozmowa z mamą w Jest jak jest. Taka piękna, pełna emocji scena. Poza tym na wyróżnienie zasługuje też moment, w którym Doktor oznajmia jej, że przeszedł na stronę Mnichów, a ona postanawia go zastrzelić… Bardzo mi się podobało też, jak w Pożeraczach światła („The Eaters of Light”) przygotowała grunt pod rozwiązanie sytuacji, kiedy była rozdzielona z Doktorem i doskonale go reprezentowała w rozmowach z Rzymianami.

Pegaz: Ulubiony moment? Kurczę, chyba nie potrafię wybrać (to akurat dobrze)! Najmniej ulubiony? Ujmę to tak: czasami lepiej nie ratować postaci, niż ją ratować. Co dotyczy też tych bohaterów, których lubię/bardzo lubię/uwielbiam. Chwilami żałuję, że Bill okazała się być nietypowym Cybermanem. Przykro mi także, mimo wszystko, że pod koniec finału jej kiepska sytuacja się mocno poprawiła. Czy jestem zła?

Clever Boy: Mam dwa ulubione momenty. Pierwsze wejście do TARDIS było przecudowne. Ruch kamery, ta ciemność, która powoli się rozświetlała – to było piękne. Cała rozmowa z Doktorem po pierwszym wejściu na pokład jest czymś, co zapadło mi w pamięć. Lubię także zakończenie jej historii (nie znamy jeszcze pełnego zakończenia, bo przed nami Twice Upon a Time – Moffat, proszę nie zniszcz tego!), jest po prostu przepiękne i aż się wzruszam gdy o tym myślę. Nie przypominam sobie jakiś słabych scen, chociaż drażniło mnie to, że kilka razy w rozmowach podkreślano, że jest homoseksualna (mimo zapewnień, że tak nie będzie – samo w sobie jest ok, a nie lubię kiedy ktoś o czymś zapewnia, a rzeczywistość jest zupełnie inna).

W TARDIS obecny był oczywiście także Nardole. Co sądzicie o tej postaci? Uważacie, że była potrzebna czy zbędna?

Ginny: Nardole zdecydowanie nie odegrał aż takiej roli jak Bill, ale absolutnie nie powiedziałbym, że jest na TARDIS zbędny. Myślę, że ma sporo potencjału, który  spokojnie można by wykorzystać w kolejnych seriach. Choć nie ma go bardzo dużo widać też, że to wielowymiarowa postać – taka, którą chętniej poznałoby się lepiej. I taka, która nadawała starej dynamice Doktor-towarzyszka świeżości (tym bardziej, że na linii tej trójki nie ma mowy o żadnym romansie).

Ewelinkja: Ja po prostu kocham Nardole’a. Nie będę za bardzo obiektywna, bo w tym przypadku skumulowały się moja sympatia do postaci oraz uwielbienie dla grającego ją aktora. Jest niesamowity! Intrygujący i tajemniczy. Na początku jest głosem sumienia Doktora. Bardzo stara się, żeby Doktor dotrzymał złożonej obietnicy, ale niestety w starciu z charakterem Dwunastego jest skazany na porażkę. Podoba mi się jego relacja z Doktorem i Bill. Jego ogromnym plusem jako towarzysza jest to, że nie jest człowiekiem i ma ogromną wiedzę na temat kosmosu i TARDIS, no i oczywiście wie, gdzie są herbatniki. Kocham jego zrzędzenie, humory i to jak okazuje niezadowolenie. Poza tym zawsze robi to, co do niego należy, potrafi wiele zrobić i ciągle zaskakuje. Boję się, że będą chcieli wykorzystać furtkę, którą Moffat stworzył i zobaczymy kiedyś Nardole’a z inną twarzą. Oczywiście marzę o tym, żeby go jeszcze zobaczyć, ale z twarzą Matta Lucasa. Ta postać ma jeszcze wiele do zaoferowania i dużo chciałabym jeszcze się o nim dowiedzieć. Był genialną przeciwwagą dla Bill jako nowej towarzyszki, która dopiero wchodzi w świat Doktora i świetnie pasował do załogi TARDIS. Bardzo chciałabym się dowiedzieć nieco więcej o kilku sprawach dotyczących Nardole’a. Powiedział w serialu parę intrygujących rzeczy, ale też sam Matt mówił w wywiadach coś, co cały czas trzyma mnie w niepewności i tłucze mi się z tyłu głowy (na przykład, kiedy w Aftershow mówi o Władcach Czasu: „Mamy rzeczy do zrobienia. Mamy światy do uratowania”). Więcej Nardole’a!

Pegaz: Fajnie, że w TARDIS pojawił się towarzysz niebędący Ziemianką/Ziemianinem. Nardole okazał się być kimś więcej, niż się spodziewałam, ma więcej barw (rozumiecie, co mam na myśli?). Lubię go! Jest zabawny, ale nie tylko zabawny.

Artur: Nardole miał swoje momenty (najlepszy to dla mnie zdecydowanie besztanie Doktora Who na końcu Tlenu („Oxygen”)), ale wydaje mi się, że do końca pozostał elementem marginalnym – ciągle miałem wrażenie, że mamy do czynienia raczej z iluzją głębi niż z faktycznie pełnokrwistym bohaterem o bogatym wnętrzu. Co niekoniecznie jest wadą, bo każde jego pojawienie się na ekranie zaliczam na plus – ale sprawiło to, że nie przywiązałem się do tego bohatera aż tak, jak inni wypowiadający się tutaj.

Clever Boy: Polubiłem Nardole’a. Szkoda, że było go tak mało i często był spychany na bok. Zdecydowanie nie był zbędny, ale mogłoby go być więcej, o wiele więcej.

A jak oceniacie grę Matta Lucasa? Chcielibyście żeby jeszcze powrócił do serialu?

Ginny: Z tym co wiemy o Nardole’u, możliwe jest, by postać wróciła do serialu z inną twarzą. Ja jednak nie chciałabym jeszcze rozstawać się z Mattem Lucasem. Tak jak w odcinku świątecznym z River był ot, komicznym elementem, tak później zarysował naprawdę interesującą postać – na tyle interesującą, że naprawdę chcę zobaczyć więcej jego interpretacji Nardole’a. Może w większej historii poświęconej jemu samemu. Ale też… „regeneracja” Nardole’a w kobietę? Czemu nie.

Ewelinkja: Już o tym wspomniałam. Marzę o tym, żeby go jeszcze zobaczyć. Uwielbiam Matta Lucasa, uważam, że jest świetnym aktorem. Doskonale wykorzystuje swoje charakterystyczne warunki fizyczne do stworzenia postaci. Dostał możliwość zagrania postaci tajemniczej i niejednoznacznej. Nie jest tylko śmiesznym, niepozornym, sympatycznym grubaskiem. Ma ukryte talenty i sporą wiedzę, które pokazuje, jakby mimochodem. Poza tym, no błagam was, jego mimika jest genialna! To, co dzieje się z jego twarzą, jest cudowne.

Pegaz: Było fajnie! Nie wiem jednak, czy życzyłabym sobie jego powrotu. Wątek Nardole’a w serii 10 zakończył się przecież w ładnym stylu. Może lepiej zostawić tę historię niedopowiedzianą?

Artur: Matt Lucas jest bardzo dobrym aktorem ze świetnym komediowym timingiem, ale chciałbym powrotu Nardole’a tylko, gdyby dostał pełnoprawny, rozbudowany wątek. Wiązałoby się to moim zdaniem z przebudową podobną do tej, jaką przeszła Donna – więc trudno mi sobie wyobrazić, jak ten bohater wówczas by funkcjonował w fabule. W pewnym sensie byłby już trochę inną postacią. Uważam jednak, że na zasadzie humanoidalnego K9 (widziałem takie porównania) dobrze działał w jednej serii i to wystarczy.

Clever Boy: Matt zagrał świetnie, uwielbiałem komediowe sytuacje, także te bardziej poważne. Szkoda, że jego potencjał nie został do końca wykorzystany. Liczę, że Nardole powróci jeszcze na nasze ekrany. Dostał smutne zakończenie – może i będzie na tej farmie z Hazran i dzieciakami, ale w końcu Cybermeni mogą dotrzeć również na piętro, w którym się ukrywają. Chociaż może warto wierzyć, że tak się nie stanie?

Druga część naszego podsumowania już niedługo. A jak wy odpowiedzielibyście na powyższe pytania? Jak oceniacie Nardole’a i Bill?