Najlepsze pomysły Stevena Moffata

Dawno temu zapytaliśmy was, które elementy wprowadzone do serialu przez Stevena Moffata oceniacie najwyżej. Oto plebiscyt – z krótkimi uzasadnieniami. Co dołożylibyście do tej listy? Za czym najbardziej tęsknicie, teraz, kiedy Moffat przeszedł już do whoviańskiej historii?

1. Nowe potwory: Cisza, Płaczące Anioły, Vashta Nerada itp.

Z pewnością nie jest to dziełem przypadku, że odcinki, w których poznajemy Płaczące Anioły, Ciszę i Vashta Nerada, należą do najbardziej pamiętnych i najlepiej ocenianych. Nie raz i nie dwa widziałam, jak ktoś na pytanie „Od czego zacząć oglądanie Doctor Who?” albo „Jaki odcinek polecić koleżance/cioci/chłopakowi, żeby się nie zniechęcili?”, padała odpowiedź, że oczywiście Mrugnięcie („Blink”). Kiedy sobie przypomnę, jak mi cierpła skóra z powodu mindfucku generowanego przez Ciszę w amerykańskich odcinkach, to aż żałuję, że nie mogę obejrzeć tego po raz drugi tak, żeby było jak po raz pierwszy. Ach, no i nie mogę nie dodać, że chociaż IMHO to River Song i (szczególnie!) Donna robiły największy ładunek emocjonalny w odcinkach bibliotecznych, to jednak bez Vashta Nerada to by na pewno nie było to samo. Bardzo lubię to pogrywanie z publicznością w lęki dziecięce – że dziwność i zło może się czaić pod łóżkiem, w rysie na ścianie, no i w ciemności. (Justyna Figas-Skrzypulec)

2. Żeńska inkarnacja Mistrza

O Missy tyle się mówiło, tyle się ją chwaliło, że mam nieco wątpliwości, czy mogę coś jeszcze o niej nowego powiedzieć. Mówiliśmy przecież o tym, że zmiana płci, faktyczne pokazanie postaci, która zregenerowała w kobietę, to był spory przełom. Przy tym oczywiście zbudowała też przyczółek dla kobiecej inkarnacji Doktora. Pokazano też, że ta przemiana wcale nie musi być wymuszona, a już tym bardziej nienaturalna. Missy zachwyciła właściwie wszystkich i to wcale nie tym, że była kobietą (no cóż, właściwie to Władczynią Czasu), ale tym, jaką kobietą była. Zachowała charakter Mistrza, a jednak w jej charakterze pojawił się jakiś pierwiastek żeński. I był on obecny nie tylko w idealnie skrojonych – tak do budowy ciała, jak i psyche Missy – strojach, które niejako dopełniały postać. Kostiumy w Doctor Who to chyba temat na inną dyskusję, ale o ile właściwie wszystkie postaci, które nie są Doktorem, po prostu noszą ubrania, które fizycznie i charakterologicznie mniej lub bardziej do nich pasują, to Missy jest po prostu wizualnie i psychologicznie spójna. No i wreszcie przemiana psychologiczna. Missy pozostaje jednocześnie wrogiem, ale jest już także i kimś więcej – nie tylko z perspektywy Doktora. Dla widza zostaje postawiona na równi z Doktorem, zaciera się odwieczna dychotomia i klasyczny schemat… A przyszłość staje się kobietą. (PaulaEija)

3. Motywy związane z paradoksami podróży w czasie

W momencie, gdy w odcinku Wielki Wybuch („The Big Bang”) pojawił się Doktor z fezem na głowie i mopem w ręku, choć przed chwilą widziałem go zamykanego w Pandorice, od razu wiedziałem, że szykuje się fantastyczny odcinek. Podobnie się czułem, gdy słuchałem Petera Capaldiego opowiadającego o paradoksie pętli przyczynowej na przykładzie Beethovena. To samo choćby w Mrugnięciu („Blink”), gdzie widzimy napis skierowany do Sally namalowany na ścianie budynku zbudowanego jeszcze przed jej narodzinami. Hej, mamy przecież do czynienia z serialem o podróżniku w czasie, motywy związane z paradoksami takich podróży powinny pojawiać się znacznie częściej! Według mnie jest to bardzo dobry temat do napisania odcinka, zwłaszcza że odchodzi się od niego we współczesnym SF. Doctor Who w tych odcinkach doskonale pokazał, że nie jest to temat, który został już wyczerpany i nadal można stworzyć naprawdę świetną, oryginalną historię wykorzystującą obraz czasu jako misz-maszu czasosplątanych rzeczy. Myślę, że wysiłek umysłowy, jakiego wymaga próba zrozumienia tego, co się właśnie dzieje/stało/odstało/stanie na ekranie, dostarcza niemałej rozrywki. Poza tym każdy się kiedyś zastanawiał, jakby to było, gdyby dało się cofnąć w czasie, czyż nie?

P.S. Paradoksy podróży w czasie to nie jest nowy pomysł Moffata, bo w klasykach (np. świetne The Day of the Daleks z Trzecim) niejednokrotnie się pojawiało, ale on z nich korzystał bardzo kreatywnie. (Mandalkor)

4. Powrót Gallifrey

Bałam się tego powrotu strasznie, bo uwielbiam Gallifrey oraz Władców Czasu i obawiałam się, że będzie nie tak, jak bym chciała (zbyt inaczej niż w klasykach, nie w sposób odświeżający i poszerzający historię, a w sposób wywracający fundamenty do góry nogami i budujący coś mniej satysfakcjonującego). Do Dnia oraz Czasu Doktora mam wiele zastrzeżeń, ale do tego właściwego powrotu, w finale 9 serii, już nie – to było to, na co czekałam. A czekałam, bo szczerze mówiąc, punkt startowy nowej serii z Doktorem jako ostatnim i jedynym Władcą Czasu był interesujący, ale w końcu scenarzyści długo nie wytrzymali, zanim znów zobaczyliśmy najpierw Mistrza, a potem też całą resztę – jak widać, bez nich serial istnieć nie może. Występujących sporadycznie i w tle, nieco tajemniczych, ale zawsze obecnych. (Blownie)

5. Otwarcie nieheteroseksualna towarzyszka

Bill Potts była powiewem świeżości; jej wątek, prostszy niż poplątane fabuły Pondów i Clary, jej bezpośredniość i szczerość – oraz prostota relacji z Doktorem – były rzeczywiście swego rodzaju powrotem do korzeni. Była w niej jednak jedna cecha bardzo nowa: Bill otwarcie mówiła o tym, że interesują ją kobiety, a relacja z dziewczyną, w której się zakochała, była jednym z głównych wątków jej serii. To była moim zdaniem reprezentacja bardzo trafna: orientacja nie była najważniejszą cechą Bill, ale nie pozostawała bez wpływu na nią, a sytuacja zmuszała ją od czasu do czasu do wychodzenia z szafy po raz kolejny (co było w tym wszystkim chyba najbardziej realistyczne). Bardzo dobra reprezentacja grupy rzadko pokazywanej w popkulturze – więc bardzo cenna i jestem za nią bardzo wdzięczna Moffatowi. (Lierre)

6. Doktor Wojny

Po eksplodującej TARDIS, rewelacjach na temat timey-wimey córki towarzyszy i jej małżeństwa z Doktorem oraz ginącej raz za razem towarzyszce przyszła pora na największą bombę: nieznane do tej pory przeszłe wcielenie Doktora! Żeby zrobić coś takiego, trzeba mieć odwagę Lenina albo naprawdę dobre powody, a Moffat miał jedno i drugie. Bo przecież nie chodziło tylko o tanią sensację ani też tylko o ratowanie odcinka rocznicowego, kiedy Christopher Eccleston odmówił powrotu do roli Dziewiątego Doktora – chodziło o to, co znaczy bycie Doktorem, czego Doktor nigdy by nie zrobił i kim musiałby się stać, żeby jednak to zrobić. (Artur)

7. Powroty przeszłych Doktorów

Niby trzeba uważać z paradoksami i nigdy, przenigdy nie można na siebie wpaść, ale co jest fajniejszego od łamania zasad czasoprzestrzeni? Doktor ciągle wpada na swoje młodsze i starsze wersje, działa drużynowo z samym sobą i łapie się za głowę, co też z niego wyrośnie – albo jakim paskudnym osobnikiem był przed wiekami. Moffat zostawiał sobie, całkiem słusznie, takie spotkania na szczególne okazje: 50 rocznicę telewizyjnej premiery i swoje własne pożegnanie. Oba są niezapomniane; wspólne ratowanie Gallifrey w Dniu Doktora było pięknym podsumowaniem pięciu dekad i dziesiątków wieków przygód i pokazało, że Doktor, choć bardzo się zmienia, pozostaje tą samą osobą; Zdarzyło się dwa razy skonfrontowało początek z końcem, ukazując, że zaszła ogromna zmiana na lepsze, ale nie znaczy to, że korzenie należy odrzucić. Zawsze poruszają mnie te spotkania, bo oznaczają wgląd w oba serca naszego ulubionego bohatera. (Lierre)

8 Towarzyszki, które nie porzucają swojego życia, by podróżować z Doktorem

Scenarzyści świetnie pokazali w ten sposób, że życie pełne przygód nie musi oznaczać całkowitego odcięcia się od codzienności – domu/rodziny. Portretowanie towarzyszek w ten sposób to pokazanie kobietom, że będąc żonami/matkami/pracownicami nie muszą rezygnować z siebie. To pokazanie, że chęć samorozwoju i podążanie za własnymi planami/marzeniami/tym, co nas bawi nie musi oznaczać rezygnacji z domu/rodziny/związków itp. Banał? Pewnie tak, ale to dobrze, że od czasu do czasu ktoś o tym przypomina. (DorkaEm)

9. Dobroć („kindness”) jako fundament doktorowości

„Czy jestem dobry?”, pytał Dwunasty Doktor na początku swojego życia. Ostatecznie (choć w języku polskim nie do końca to widać) zdecydował, że ważniejsze niż bycie dobrym (good) jest bycie dobrym (kind) – w takiej dobroci nie ma miejsca na nienawiść, za to nawet największym wrogom można okazać łaskę. Jak pokazał przykład Missy, choć Doktor zapewne się o tym nie dowie, taka postawa może przynieść zaskakujące rezultaty. (Artur)

10. Timey-wimey małżeństwo Doktora

To był zdecydowanie jeden z najciekawszych pomysłów Moffata. Nie wiem, ile razy fantaści wpadali na coś podobnego (z osobistego doświadczenia znam tylko jedną książkę, gdzie taki pomysł się pojawił), ale kiedy mamy do czynienia z tak szalonym podróżnikiem w czasie, to aż dziwne, że nikt nie wpadł na coś takiego wcześniej. Szkoda tylko, że potem Moffat sam się zaczął w tym gubić i sam już nie wiedział, ile ich przygód nam pokazać – wiemy, że Doktor dwukrotnie planował zabrać River do Śpiewających Wież (vide miniodcinki specjalne), a mimo to nie wiemy nadal, kiedy Doktor wyjawił River swoje imię. Niejasne jest też to, dlaczego Jedenasty widział i słyszał River w Imieniu Doktora, jak to w ogóle możliwe. Uważam jednak, że Dwunasty nigdy nie powinien był się spotkać z River Song; to nie powinno być możliwe. (Tomsz)

11. Fundamenty pod wprowadzenie kobiety w roli Doktora

Moffat porozsiewał w swoich seriach mnóstwo wskazówek i drobnych elementów dla swoich następców – by mieli na czym się oprzeć, jeśli zechcą pójść w tę stronę. Chibnall chciał; nie zamierza wprawdzie się z tej decyzji tłumaczyć, ale my, widzowie, dzięki Moffatowi byliśmy na tę zmianę gotowi – wielu z nas wręcz jej oczekiwało. Gdyby nie Missy, regeneracja Generał, Clara Who i wiele mniejszych elementów, często w tle czy wplecionych w dialogi, nie poszłoby z tym może tak gładko. Bardzo przemyślane, subtelne budowanie. (Lierre)

12. Rozważania nad imieniem Doktora

Mamy tu dwa aspekty. Po pierwsze – imię, które znamy, które jest tak naprawdę najważniejsze. Jeszcze bliżej początku ery Moffata co bardziej hardkorowi fani serialu powtarzali, że „Doktor”, nie „Doktor Who”. Moffat jednak pozwolił zejść z tego zadęcia, pokazując, że wcale nie, że to jednak wyglądało inaczej. Po drugie, mamy kwestię imienia, które Doktor ukrywa. Wcześniej w serialu (przynajmniej w New Who) to było ogromne tabu, a choć Moffat nie odrzuca tego tropu całkowicie, to pozwala się sobie z nim bawić. I znów to dobry kierunek, pokazanie w lekki sposób, że imiona nie są aż tak ważne, że ważniejsze jest to, kim jesteśmy i że jeśli imię sobie nadajemy, to pytanie o to, które ktoś inny nadał nam wcześniej, jest co najmniej irytujące i nietaktowne. (Ginny)

13. Towarzyszki, które kontynuują przygody bez Doktora

Kolejne miejsce, w którym serial zachęca widzów (zwłaszcza młodych) do niezależności i pójścia własną drogą. Doktor wykorzystuje ciekawość świata towarzyszek, by popchnąć je do przodu, ale też sam wiele się od nich uczy. Towarzyszki zdecydowanie nie są od niego całkowicie zależne, same decydują o swoim losie i pokazują, że są w stanie sobie poradzić także bez jego pomocy. (DorkaEm)

coleman

14. Małżeństwo na pokładzie TARDIS

W odniesieniu do pierwszej połowy urzędowania Moffata na stanowisku showrunnera używa się często określenia „baśniowa”. Myślę, że nie jest ono do końca trafne; Moffat czerpie raczej z brytyjskiej tradycji literatury dziecięcej. Jednym z charakterystycznych dla niej motywów jest to, że koniec dzieciństwa oznacza również koniec przygód. Całą piątą serię można interpretować jako przedłużone dzieciństwo Amy, która już jako dorosła kobieta przeżywa przygody, które ominęły małą Amelię, kiedy Doktorowi nie udało się po nią wrócić – widać też jej niechęć i obawę wobec dorosłości symbolizowane ucieczką z Doktorem w noc przed swoim ślubem z Rorym. Można by się zatem spodziewać, że zamążpójście będzie oznaczało koniec przygód, i oglądając Wielki wybuch („The Big Bang”) to właśnie przewidywałem. Ciągle pamiętam zdumienie i ekscytację, kiedy Pondowie na samym końcu wskoczyli do TARDIS – razem. Oznaczało to zupełnie nową dynamikę między dwójką towarzyszy oraz między nimi i Doktorem, a także jeden z pierwszych u Moffata przykładów czegoś, co krytyczka Elizabeth Sandifer nazwała narracyjną podmianą: przełamania (i tym samym poddania krytyce) konwencji i schematów opowieści, które są już przestarzałe. Obecność Amy i Rory’ego na pokładzie TARDIS pokazywała, że wejście w dorosłość nie oznacza końca wszystkiego, co ekscytujące w życiu, a wejście w związek małżeński to nie rezygnacja z wolności, tylko zapowiedź nowych przygód. (Artur)

15. Słodko-gorzkie, ale jednak szczęśliwe zakończenia

Konieczny balans po erze Daviesa sięgającej po tragedie tak często, że zmieniają się one czasem w melodramat. I przy okazji budowanie spójnego przekazu etycznego: czasem złe rzeczy się zdarzają, ale życie toczy się dalej i wcale nie kończy na traumie. To taki mądry optymizm, który może i czasem wpada w tani sentymentalizm, ale jednak świetnie pasuje do Doctor Who. (Artur)


Zapraszamy do dzielenia się opiniami w komentarzach!

Daj na ciastko!

One thought on “Najlepsze pomysły Stevena Moffata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *