Moja Koalicja z Zagładą – Doom Coalition w perspektywie

Mówiły jaskółki, że niedobre są spółki, a za koalicję trafisz na policję. Władcy Czasu, ci źli szczególnie, chyba nigdy nie słyszeli tego typu ludowych mądrości. Przez kilka dobrych lat i szesnaście segmentów Ósmy Doktor mierzył się bowiem z członkami złowrogiej Koalicji Zagłady*, a piszący te słowa, zapoznając się z zapisem tegoż starcia, hopsał sobie poprzez różne elementy koła emocji Plutchika. Tak więc, zanim świat naszego ulubionego Władcy Czasu opanuje Żarłoczność**, zapraszam was na opowieść o trzech „Z” – zagładach, zbrodniarzach i zegarach!

Doom Coalition to, kolejna po The Eight Doctor Adventures i Dark Eyes, seria przygód Ósmego Doktora produkcji Big Finish. Centralnym antagonistą, jakiego spotyka tu nasz bohater jest Jedenastka – niebezpieczny kryminalista z Gallifrey, cierpiący na niezwykłą chorobę: po każdej regeneracji (a przeszedł ich dziesięć) jego dawna osobowość nie znika, zastąpiona przez nową, ale pozostaje w umyśle mężczyzny, gotowa „uruchomić się” w losowym momencie. Takie rozdwojenie jaźni… razy pięć. Iście w stylu Władców Czasu, nie sądzicie? Jak tymczasem dowiadujemy się w początkowych minutach pierwszej części słuchowiska, nasz łotr ujęty został niegdyś przez Siódmego Doktora i jego „Rrrrrrrr”, a potem osadzony w więzieniu Cytadeli Gallifrey. Teraz, w ósmym wcieleniu, Doktor zostaje wezwany na rodzinną planetę i przybywa nań ze swoją towarzyszką, Liv Chenką***. Jedenastka wydostał się bowiem ze swojej celi i planuje opuścić Gallifrey. Trzymający w napięciu, doskonały pierwszy segment, przywodzący na myśl Milczenie owiec, zwieńczony zostaje, rzecz jasna, pomyślną ucieczką czarnego charakteru z jego ojczystej planety. Doktor i Liv niezwłocznie ruszają w pościg, a my, słuchacze, wiedzący, że Jedenastka knuje coś wielkiego, czekamy, aby poznać szczegóły jego planu. To sobie poczekamy…

Zdjęcie przedstawiające aktora grającego Jedenastkę.
Chcemy informacji, Numerze Sze… to znaczy Jedenaście!

Kolejne dwa segmenty nie zawierają bowiem jego postaci niemal wcale. Są monstra na jego usługach, są pułapki, które po sobie pozostawił, ale nie on osobiście. Efekt tego jest taki, że mimowolnie kręciłem kichawą na rzeczy, które mniej lub bardziej doceniłbym w innych okolicznościach: Galileusza we własnej osobie, Czerwoną Damę – jednego z najbardziej pomysłowo wymyślonych potworów**** w historii uniwersum, dodam – czy też nową towarzyszkę, Helen Sinclar. W finale ostatniego segmentu pierwszej antologii dochodzi wprawdzie do starcia Doktora i Jedenastki, niestety jest ono dosyć krótkie i pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi.

Ilustracja przedstawiająca koło emocji Plutricha.
Gdyby miała powstać animowana czołówka do Doom Coalition, to wyobrażam ją sobie z tym, wprawionym w wirowy ruch, obrazem jako tłem, po którym leci TARDIS ;)

To chyba dobry moment, by powiedzieć kilka słów o towarzyszkach Doktora, a są one niewątpliwie bardzo mocną stroną całości. Helen, wspomniana i wprowadzona w pierwszej części Doom Coalition nowa postać, może i nie prezentuje szczególnie wyrazistego charakteru, ale jej obecność ma inne zalety: wiele i wielu z nas może się identyfikować z problemami, na jakie napotyka, zanim trafia na Doktora, chociażby. No i jak mało która towarzyszka przeżywa szok kulturowy, że tak to określę. Co bardzo przydaje jej realizmu. Jeśli chodzi o Liv, to tu oszczędzono jej konieczności podejmowania decyzji z cyklu „w lewo źle, w prawo gorzej”, a nacisk położono na relację z Helen. Dla najnowszej towarzyszki Doktora pani Chenka staje się kimś w rodzaju starszej siostry, co ma głębszy sens – w przeciwieństwie do Doktora, jest zwykłym człowiekiem. Tak, z przyszłości i z nabytą podczas czaso-maso wojaży wiedzą, ale jednak zwykłym człowiekiem. Nie aż tak odległym od panny Sinclar, jak Władca Czasu, a jednocześnie na tyle „obytą” w szalonym kosmosie, że umie pomóc i doradzić. A samej Liv z kolei łatwiej wybaczyć sobie dawne błędy (i znieść działającego jej momentami na puder Doktora), mając u boku kogoś w rodzaju Helen. Oczywiście to rozszerzone Whoniversum, nie może się to wszystko skończyć tak prosto i kolorowo, ale to inna rzecz. Bez spoilerów.

Wracając do fabuły, druga antologia nie zaczyna się wcale lepiej, niż skończyła poprzednia, pierwszego segmentu mogłoby wcale nie być. Nie tylko niczego nie wnosi do całej sagi (w przeciwieństwie do wspomnianych już opowieści z części pierwszej) ale nawet nie rozwija w żaden sposób postaci. Reszta Doom Coalition II wprawdzie również nie dała mi tego, czego łaknąłem, wybulając moje ciężko zarobione na wbijaniu angielszczyzny w nieletnie łby pieniądze, czyli występu Jedenastki w ilościach przemysłowych, ale przynajmniej otrzymałem pewien jego substytut: drugiego członka, czy raczej drugą członkinię tytułowej koalicji: Władczynię Czasu o imieniu Caleera. Sama w sobie nie jest tak sprytna i charyzmatyczna jak Jedenastka, ale ma bardziej skomplikowaną (i smutną) historię.

Trzecie spotkanie z Doom Coalition otwiera segment, w którym żaden z poprzednich głównych wątków poruszony nie zostaje, ale słuchając go, nie kręciłem już nosem. Nie mogłem, bo niedługo po rozpoczęciu przekonałem się, że w tymże narządzie węchowym mam tak Jedenastkę, jaki i wszystkie te „napoczęte” tajemnice. Jak, po co, dlaczego? Dwa słowa: John Dorney. Ten aktor i scenarzysta w kwestii doktorowych słuchowisk jest po prostu moim bogiem***** i tu ponownie udowodnił, że nikt w Big Finish mu nie dorówna. To, co w tej krótkiej przygodzie zrobił z postaciami, to… to… to… To coś, na co brakuje mi słów. Tak zwyczajnie brakuje. Szkoda, że inne zapychacze nie są aż tak genialne, ich poziom, w większości dobry, to za mało, żeby zrównoważyć stopniowo narastającą z braku oczekiwanych elementów – czytaj Jedenastki – irytację. Ale nie uprzedzajmy faktów…

Kolejne dwa elementy tej antologii tyczą się rozpoczętego w pierwszym segmencie wątku pewnego, za przeproszeniem, dynksu nazywanego Zegarem Dnia Sądu. Tego motywu nic, niestety, nie ratuje – cała misja szukania kawałków artefaktu jest po prostu nudna. Co więcej, wcześniej tylko podejrzewałem, ale po zapoznaniu się z tą częścią wiem już na pewno: Doom Coalition to w dużej mierze skok na kasę w wykonaniu Big Finish. Mało to bowiem razy w rozmaitych słuchowiskach Doktor przybywał do kryjówki wrogów, aby stwierdzić z przerażeniem „Oni budują [wstaw nazwę losowej machiny zagłady]!”? Z Zegarem można było postąpić tak samo, zamiast poświęcać blisko dwie godziny na wątek usypiająco nudnych poszukiwań jego fragmentów. Tyle że wtedy całe Doom Coalition nie byłoby czterema antologiami, a trzema lub nawet dwoma – bo cała masa innych, równie niepotrzebnych wątków też mogłaby w takim wypadku spokojnie trafić do utylizacji.

Oczywiście żeby słuchacz raz jeszcze dał się wpuścić w maliny i kupił kolejną część, finał trzeciej jest w całości poświęcony głównemu wątkowi, a twórcy nawet demonstrują, że główne zwroty fabularne mieli zaplanowane od samego początku. Tak, tak – pewne, pozornie nic nieznaczące, zdania z początków pierwszej antologii nabierają po zakończeniu trzeciej innego znaczenia. To jest coś, nie mam zamiaru zaprzeczać. Ale i tak mnie wkurza, bo udowadnia, że całość mogłaby być dużo lepsza. Doskonale wiem, że ta piosenka jest pisana dla pieniędzy, jak śpiewał zespół Republika, ale może lepiej skupić się na jakości zamiast na wydojeniu słuchacza z mamony? Wtedy ów słuchacz sam przyniesie rzeczoną w zębach.

Doom Coalition III wieńczy znakomite, największe chyba w całej sadze otwarte zakończenie. Nawiasem mówiąc dam głowę, że mieszkająca jakieś 800 km ode mnie koleżanka (którą, nawiasem mówiąc, pozdrawiam) wyraźnie usłyszała wrzask, który wydałem, odpaliwszy pierwszy segment części następnej. Zero czarnych charakterów, zero ich planu, który wchodził przecież właśnie w zasadniczą fazę. Z pustego to i John Dorney nie naleje; nawet jego geniusz nie był w stanie uratować tej historii, choć dał z siebie wszystko, tworząc coś w stylu The Edge of Destruction z Pierwszym Doktorem. Nie ten czas, nie to miejsce po prostu. Kurczę, zupełnie jak podróż w pewnej niebieskiej budce…

No ale już na poważnie, co dostajemy potem? Segmenty mocno przejściowe, ale nieco mniej, za przeproszeniem, zapychające. Członkowie Koalicji Zagłady po jednej stronie i sojusznicy Doktora po drugiej szykują się do ostatecznej konfrontacji. Są potężne artefakty, podstępy, szarpanie w zazdrości za włosy… Prawie nie widać tego, że genialny Jedenastka spadł do rangi nieledwie pionka w rękach szefa Koalicji. Prawie. Ogólnie dużo w tych bliskich kulminacji sagi segmentach jest fanserwisu w postaci znanych z innych przygód Doktora person. Wśród nich są tacy moi ulubieńcy, jak chociażby Płaczące Anioły czy kardynał Ollistra. Tę ostatnią widzimy – czy raczej słyszymy – we wcześniejszym niż dotąd wcieleniu. Jeszcze nie jest Kojotem Wilusiem z Gallifrey, którego geniaaalnych planów w stylu „Pozwolić się porwać Sontaranom” wcielenia Doktora uwikłane w Wojnę Czasu miały po kokardę. Jej „koalicyjny” koncept trochę trzeszczy w szwach, ale założenia ma nawet dobre, zwłaszcza w porównaniu z innymi jej występami. No i plan ów jest bardzo… dziwaczny w skrajnie doktorowy sposób, że tak to nazwę.

Skoro Dziewiąty Doktor mówił, że może zregenerować w istotę o dwóch głowach, to żadne krzyki i płacze mnie nie przekonają, że wyżej zilustrowana przemiana Ollistry nie mogła mieć miejsca :P

Zanim przejdziemy do finału antologii, kilka słów o pewnej postaci, która towarzyszy Doktorowi i dziewczynom od drugiej części. Ta postać to nie kto inny jak… River Song we własnej osobie! Da da daaaaaaaa! Zapytacie zapewne, czemu w takim razie wspominam o niej dopiero teraz. Konia bowiem z rzędem temu, kto dostrzeże, jaki wpływ na poziom fabuły ma umieszczenie w niej akurat jej. Nudne segmenty nadal są nudne, mimo że bierze w nich udział, a swoją świetność prezentuje tylko w tych i tak dobrych, szczególnie finałowych. Choć można się zastanawiać, czy sposób, w jaki przechytrzyła przywódcę Koalicji – celowo nie piszę, kto to – wynika z jej sprytu czy z jego głupoty… Ogółem nie można wprawdzie z czystym sumieniem powiedzieć, że wciśnięto ją w te wszystkie przygody na siłę, przeciwnie, ma swoje miejsce i swój udział w całej tej czaso-maso kołomyi, ale jej kamuflaże i wyszukane gambity czasami ocierają się o ten sam rodzaj fanserwisu, o którym już wspominałem. Przy okazji, zakończenie jej wątku nie zgrywa się z serialem ani w ogóle z niczym, więc pewnie duet jej i Ósmego Doktora jeszcze zobaczymy. Ponownie, nie, żebym na to narzekał, lubię River.

Żałoba po wydarzeniach z Trenzalore czy o jeden seans filmu z Whoopi Goldberg za dużo? Wybierzcie sami ;)

Finał jest dobry. Po prostu dobry. Nasz dobry znajomy Jedenastka nie odpuszcza po solidnym dlań poprzednim segmencie (gdzie był może nie powalająco sprytny, ale naprawdę diaboliczny) i tu nawet bardziej demonstruje, jaki jest świetny. Nie można wprawdzie powiedzieć, że tak świetny, jak na samym początku cyklu, to se ne vrati, jak mawia Krecik, ale świetny. No dobra, Krecik tak nie mawia, ale odchodzę od tematu. Jedenastka. W ostatnim segmencie raz jeszcze przypomina nam, że jest prawdziwym psychopatą na poziomie Milczenia owiec i jest to wielkie. A raczej byłoby, gdyby miało jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Powstrzymać trzeba na dobrą sprawę nie jego (Big Finish i chęć dojenia, część druga), a szefa i twórcę Koalicji Zagłady, króla sztampy. Poważnie, jedyne, co w nim dobre, to plan. Którego przyczyny niepowodzenia odgadnąć można już w poprzedniej części, ale to wina charakteru postaci, nie samego planu. W ogóle to całkiem rozwaliło mnie to, że w jednej z wypowiedzi nasz boss użył co do słowa pewnego najbardziej oklepanego terminu ze słownika czarnych charakterów. Albo ze strony TV Tropes. No ale na szczęście finał miał też inne, lepsze elementy: aktywnego jak nigdy Doktora z masą pomysłów, dzielne i użyteczne towarzyszki, czy nawet, raz jeszcze, fabularne akcenty, po których inaczej możemy patrzeć na sceny z przeszłości serii. Ogólnie rzecz biorąc samego zakończenia słuchało mi się przyjemnie, ale też nie miałem już jakichś wygórowanych oczekiwań, nakarmiłem się trochę fanserwisowym fast-foodem, jakim były moje ulubione postaci wciśnięte na siłę do przedostatnego segmentu. Od czasu do czasu można…

No i co, chyba już nie ma nic do dodania, to jest właśnie Doom Coalition. Po trosze pierwszorzędna porcja rozrywki – przygody, jakie przeżywa tu Doktor, są naprawdę różnorodne i wciągające: od ścigania groźnego zbiega przez próby odkrycia, w jaki sposób ludzie z małego miasteczka zaczęli odbierać wiadomości od zmarłych bliskich, po walkę o wydostanie się ze statku zakotwiczonego w samym środku nicości. Po trosze jednak to także najbardziej bezczelny skok na kasę, jaki widziałem w wykonaniu Big Finish. W wielu z tych, nawet dobrych historii, twórcy wydają się drwić sobie ze słuchacza. Nie, tutaj też nie dostaniesz wątku głównego, kup część następną. To w oczach słuchaczy zaniża jakość poszczególnych opowieści, nawet, jeśli na to nie zasługują. Już Dark Eyes miało pewne objawy takiej polityki w pojawiającym się od części drugiej wątku „Eminencji”, ale nie w takim stopniu. No i zakończyło się, zamykając, co należy. A co mamy w finale Doom Coalition? Kupcie Żarłoczność, żeby się przekonać, co dalej z najlepszą postacią, którą świadomie zepchnęliśmy na margines! Żarłoczni to wy jesteście, Big Finish. Chociaż utalentowani.

♫ Now listen closely
Here’s a little lesson in trickery
This is going down in history! ♫

* Koalicja Zagłady – Doom Coalition (ang.).
** Żarłoczność – ravenous (ang.). Taki tytuł nosi najnowsze słuchowisko z Ósmym Doktorem, fabularna kontynuacja Doom Coalition.
*** Persona ta doskonale jest znana fanom wspomnianej już wcześniej serii Dark Eyes. To taka w gruncie rzeczy dobra kobitka, która jednak musiała podjąć kilka mocno niedobrych decyzji.
**** Będącego jednocześnie czymś duuużo więcej, ale nie psuję zabawy.
***** Wprawdzie raz spartolił, i to tak, że aż się wióry sypały, ale nikt nie jest idealny.

Daj na ciastko!


Nauczyciel języka angielskiego, mól książkowy i oczywiście whovianin.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who