W poprzedniej części wywiadu Steven Moffat opowiadał o tym, jak wygląda jego życie po rezygnacji ze swojej wymarzonej pracy. Teraz uchyli rąbka tajemnicy, jakie kolejne wyzwania sobie stawia i co z pracy nad Doctor Who na zawsze pozostanie w jego życiu.

Zdobyłeś wiele nagród i uznania w czasie swojej kariery. W jaki sposób sprawiasz, żeby nie uderzyło ci to do głowy? Trzymasz swoje ego w ryzach?

Nie sądzę, żebym miał takie ego. Myślę o nagrodach nie jako podsycaczach ego, ale jako pewnego rodzaju zapewnieniu przeciwko wygłodniałej dziurze mojej niepewności. Myślę, że kiedy przejdziesz na emeryturę i już nigdy więcej niczego nie napiszesz, wtedy możesz poczuć się pewnie. Mówią, że jesteś tylko tak dobry, jak twój ostatni projekt, ale myślę, że to nazbyt optymistyczne. Bardziej poprawne byłoby: jesteś tylko tak dobry, jak twój następny projekt. Więc ciągle się martwię. Nie spotkałem nigdy autora, który nie martwiłby się nieustannie. Próbuję przypomnieć sobie osobę bezsprzecznie odnoszącą sukcesy, która byłaby egoistyczna. Egoistyczni ludzie mają tendencję do bycia dupkami, który nigdy nic nie zrobili. Spotykasz ludzi odnoszących sukcesy i prawdopodobnie będą trochę neurotyczni. Więc nie mam problemu z trzymaniem ego w ryzach, ale mam problem z trzymaniem w ryzach mojej niepewności. Mojego strachu, paranoi i paniki. Choć nie aż tak bardzo w tej chwili, ponieważ nie stoję twarzą w twarz z porażką. Kiedy pracowałem nad Doctor Who, czułem, że mój nos jest przyciśnięty do następnej katastrofy.

Przydarzyło ci się tak wiele katastrof? Jeden czy dwa odcinki były dość okropne, ale poza tym wychodziły naprawdę świetne.

Nie stworzyłem serialu, który uznałbym za katastrofę. Ale też nie stworzyłem takiego, o którym nie myślałem, że nią będzie. Każdy jeden w pewnym momencie zmierzał ku przepaści.

Gdzie trzymasz swoje nagrody?

W salonie, na wystawce. Do diabła z tym. Nie mam z tym problemu. Uważam, że powinno się mieć z tego przyjemność.

Co zrobiłeś ze swoją nagrodą Radio Times Hall of Fame?

Moje biuro jest właśnie w remoncie, więc postawię ją w nim. Byłem nią zachwycony. Uwielbiam fakt, że w ciągu tych wszystkich lat miałem najwięcej okładek – z Doctor Who i Sherlocka.

Wcześniej w tym roku, podczas Radio Times Festival, przez dziewięćdziesiąt minut na scenie byliście z Frankiem Skinnerem pełni humoru i pasji. Zawsze świetnie sobie radzisz na tych wydarzeniach, ale dwa lata temu powiedziałeś mi, że jesteś nieśmiały. Czy Doctor Who i związane z nią dziennikarskie zamieszanie pomogło ci przemóc swoją nieśmiałość?

Nieśmiałość to coś zupełnie innego od nieumiejętności publicznego mówienia. To inna umiejętność. Potrafię dobrze wyrażać swoje myśli i być zabawny, więc mogę robić te dwie rzeczy. Nie obawiam się też aż tak bardzo stawania przed publicznością. Jeśli spodziewają się kogoś, kto jest świetny – wtedy bym się obawiał, ale jeśli spodziewają się tylko jakiegoś pisarza, mogę prawdopodobnie podołać ich najśmielszym oczekiwaniom. Ale jeśli chodzi o biznes związany z chodzeniem na przyjęcia i rozmawianiem z dużą liczbą ludzi, których nie znam, to wymaga o wiele więcej wysiłku. Są okresy, kiedy sobie z tym nie radzę i po prostu podążam za Sue. Lubię, kiedy jest tam dużo ludzi, których znam. Jeśli pojawiam się na przyjęciu jako producent wykonawczy Doctor Who albo Sherlocka, wtedy mogę łatwo zmienić ton głosu i przetrwać, żartując. Wyobrażam sobie, że to dlatego wielu ludzi uważa, że jestem nieziemsko arogancki, ale ja zupełnie taki nie jestem i najchętniej zostałbym w tle.

Jedną z zalet świata Doctor Who są dla mnie wspaniałe przyjaźnie jakie się pojawiają gdzieś po drodze – czy ty też takie zdobyłeś i z kim utrzymujesz kontakt?

To dla mnie działa na różnych poziomach, ponieważ są ludzie, z którymi bardzo mocno się zaprzyjaźniłem dlatego że pracowaliśmy przy tym serialu i to naprawdę silne przyjaźnie. Przyjaźnimy się mocno z Mattem i Peterem. Właściwie wszyscy aktorzy są bardzo dobrymi przyjaciółmi. Ale ponieważ od bardzo dawna jestem fanem Doctor Who, wciąż spotykam gości takich jak Tom Spilsbury i mnóstwo tragicznie starzejących się fanów serialu. Kiedy się spotykamy, to bardziej jak odcinek Last of the Summer Wine. Ale to całkiem zabawne, bo zmieniam się wtedy z powrotem w fana w żałobie. Nie jestem wtedy producentem wykonawczym albo byłym producentem wykonawczym.

Więc całkiem łatwo pozostawać w kontakcie z Mattem, mimo że pracuje przy innych rzeczach.

Trudniej teraz być z nim w kontakcie, bo ja byłem niesamowicie zajęty Doctor Who, a on lata tam i z powrotem, będąc niesamowicie przystojnym i chodząc z najpiękniejszą kobietą świata [Lily James]. Ja dostałem Cardiff, a on to wszystko. Ale zawsze, kiedy się spotykamy, jest wspaniale. Widziałem go zresztą niedawno w Los Angeles i jest w świetnej formie. To świetny facet.

Co robisz, żeby odpocząć?

Oglądam Doctor Who. Właściwie naprawdę sporo oglądałem. Jeżdżę wokół parku Richmond. Ciągle to robię. Jestem najstarszym, najwolniejszym, najchwiejniejszym kolarzem w parku Richmond. Naprawdę to kocham.

Przestajesz myśleć o pracy, kiedy to robisz czy pozwalasz płynąć kreatywnym sokom?

Czasem jestem kreatywny, czasem myślę tylko: „Czy nie jest tu pięknie?”. Czasem słucham podcastu albo jakiejś muzyki. Potrafię teraz zrobić dwa okrążenia pod rząd i jestem z tego całkiem dumny. Jako starzejący się gość.

Czy masz rutynę pisania albo rytuał, od którego musisz zacząć pracę?

Właściwie nie. Ponieważ mam ograniczone życie członka rodziny. Wstaję, Sue idzie do pracy, a ja do swojego biura w domu. Siedzę tam od mniej więcej ósmej do mniej więcej siódmej. W moich dniach pracy nad Doctor Who i Sherlockiem te godziny były wypełnione paniką i pisaniem na czas. Obserwacją gnania. Obecnie pracuję wolniej nad moją sztuką. Ale tak wygląda mój dzień pracy.

Co robisz, kiedy utkniesz w miejscu?

Dużo różnych rzeczy. Chodzę na spacery, jeżdżę na rowerze. Czytam coś naprawdę dobrego, co mnie ekscytuje. Nie ma nic lepszego niż znaleźć książkę, którą naprawdę chcesz przeczytać. Sam nigdy tego nie robię, ale Mark owszem – kiedy utknie, bierze kąpiel. Z kubkiem herbaty. Myślę, że warto to odnotować, jest znany z tego, że bierze kąpiel częściej niż raz dziennie.

Jaki promyk nadziei możesz oferować fanom Sherlocka?

Byłem właśnie na konwencie Sherlocka i powiedziałem im, że jestem bezrobotny i tani, więc to nie ja jestem tu problemem. Wszyscy inni są zajęci. Dość ogólnie zakładam, że kiedyś jeszcze go zrobimy. Nie sądzę, żeby to było wkrótce. Myślę, że czeka nas dłuższa przerwa. Wciąż jest tak ogromnie i nieproporcjonalnie popularny. Jest wystarczająco popularny w Wielkiej Brytanii, ale kiedy spojrzysz na cały świat, to niedorzeczne. Jest masywny, więc mam nadzieję, zawsze będzie na niego zapotrzebowanie. I nie ma górnego limitu odnośnie tego, jak długo możemy go robić. Holmes i Watson mogą mieć sześćdziesiąt albo siedemdziesiąt lat. Więc myślę, że jeszcze go zrobimy, ale mogę się zupełnie mylić. My wszyscy go kochamy i lubimy siebie nawzajem. To mały zespół bardzo miłych ludzi.

Lata temu wciągnięto cię do Hollywood i pracowałeś ze Stevenem Spielbergiem – myślisz, że to może się jeszcze powtórzyć?

Prawdopodobnie nie. Ostatnich parę lat to był bardzo pracowity czas, który także bardzo dobrze nas ustawił. Więc nie przejmuję się wielkimi ambicjami ani zarabianiem tony pieniędzy. To dwie rzeczy, które mnie nie obchodzą. Lubię robić nowe rzeczy. Nigdy nie napisałem sztuki, więc piszę sztukę. Chciałbym pisać opowiadania. Nigdy nie pisałem powieści, więc piszę powieść. [Mówi jaką, ale jeszcze tego nie ogłoszono.]

Warto też pamiętać, że moje dwa największe sukcesy wydarzyły się, ponieważ goniłem swoje własne, niedorzeczne pasje. I pamiętajmy, że jeszcze niedawno Doctor Who i Sherlock nie były synonimami łatwego sukcesu.

Podążanie za moimi geekowskimi pasjami było tym, co dla mnie zadziałało. Poddanie się mojemu dziecinnemu entuzjazmowi, by napisać Dziecko bez wnętrza („The Empty Child”) dla Russella było prawdopodobnie najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłem w mojej karierze.

Źródło: Radio Times


Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają współpracy.