Steven Moffat: odpoczniemy na emeryturze (część 2)

W wywiadzie dla Doctor Who: The Fan Show Steven Moffat opowiedział o tym, czym kieruje się przy kreowaniu potworów i powracających postaci, o miłości, a wreszcie o przejęciu funkcji showrunnera.

Wcześniej przedstawiliśmy pierwszą część wywiadu z byłym producentem wykonawczym serialu – możecie ją przeczytać tutaj. Zapraszamy na część drugą!

Jest wiele innych [niż Płaczące Anioły] zwykłych rzeczy, które zmieniłeś w strachy – w tym cienie, szczeliny w ścianach, tykające zegary, bałwany, stwory chowające się pod łóżkiem czy w kąciku oka… Jak na serial, który utrzymujesz w konwencji show dla dzieci, zdarzało ci się go wprowadzać w zdecydowanie strasznie miejsca. Jak utrzymujesz równowagę?

Po pierwsze: ten rodzaj strachu należy do pokoju dziecięcego; to groza dzieciństwa, nie dorosłości. Ja się boję pójścia do dentysty i mojego lekarza rodzinnego, który będzie mi zaglądał w gardło. To są rzeczy, które przerażają mnie. Nie potwory. Nie boję się ciemności, nie boję się cieni. Te wszystkie rzeczy mi teraz nie przeszkadzają. Ale jeśli chodzi o Doctor Who – tam należy patrzeć z perspektywy pokoju dziecięcego, tego, co straszyło nas jako dzieci.

Sposób, w jaki dziecko zapełnia zwyczajność wokół siebie! Nie tylko strachami, ale i zdumieniem i podekscytowaniem. Starych ludzi postrzega jako mądrych i fascynujących, szczeliny w ścianach jako portale do innych światów, posągi jako ludzi, którzy chcą ich dopaść. Dzieci widzą magię, tajemnice, przerażenie i radość – wszędzie. I w jakimś stopniu jest to sposób, w jaki Doktor patrzy na wszechświat. Ale to również klucz do pisania tego serialu. Ponieważ akcja Doctor Who, tak naprawdę, nie odbywa się w przestrzeni kosmicznej, jak Star Trek czy Star Wars. Ona ma miejsce pod naszymi łóżkami, w kącie naszych wielkich szaf, w naszych szkołach, w lasach, przez które musimy przejść po drodze do domu. To tam mieszka Doktor.

Kadr z odcinka Listen: potwór spod łóżka

Twoja druga historia dla Russella to Dziewczyna w kominku („The Girl in the Fireplace”). Był to także pierwszy raz, kiedy pisałeś o miłości z góry skazanej na niepowodzenie – do tego motywu wracałeś też później wielokrotnie, z River Song. Co jest takiego w miłości przesądzonej, niedocenionej lub ograniczonej przez przeszkody takie jak czas, co tak do ciebie przemawia?

Uwielbiam pokręcone historie miłosne, nie wiem czemu. W zakochiwaniu się w kimś coś się kryje. Kiedy prawdziwie się zakochujemy, to pojawia się pierwsze – czasem przerażające, czasem oświecające – spostrzeżenie, że teraz już wiemy, kim jesteśmy. Wiemy, gdzie pasujemy. Widzimy: o, jestem tą osobą, która kocha tamtą, to właśnie to oznacza: tu pasuję. Uważam, że napisać postać, która nigdy się nie zakochuje, to stworzyć bohatera, który nigdy nie zrozumie, kim jest. Który nigdy nie dostrzega odbicia samego siebie w oczach drugiej osoby i nie widzi w nich przebaczenia. I myślę, że jeśli się tego nie napisze, to się tego nie zrozumiało. Ponieważ nie sądzę, żebyśmy mogli się zrozumieć bez tego.

Ale, tak jak mówię, większość historii miłosnych się kończy. A znaczna część z nich dobiega końca zanim uczynią to jej bohaterowie. Wszyscy mamy swój katalog cierpień złamanego serca, ale i radości, czyż nie? I wszyscy definiowaliśmy siebie i uczyliśmy się o sobie w tych właśnie momentach. Zatem stworzyć postać, która nie doświadczyłby takiej chwili…

Aczkolwiek historia miłosna może wyglądać i tak: on zakochuje się w Rose na swój doktorowy sposób, ale trzyma się od niej z daleka, ponieważ wie, że nie może sobie na to pozwolić. I wyjaśnia, dlaczego nie może. A potem doświadcza tego groteskowego, sadystycznego poniżenia, musząc patrzeć, jak jego ludzki klon z nią odchodzi. No kurczę! „Nie jestem nawet bohaterem mojej własnej historii miłosnej, jak to się stało?!”. A tu mamy madame de Pompadour w Dziewczynie w kominku – romans na przyjęciu, chwilowa sprawa, która mogłaby być czymś o wiele większym, jak można by się spodziewać, ale nim nie jest. To jest miłość, która się nie wydarza.

W tym momencie chyba powinniśmy porozmawiać o River, granej przez wspaniałą Alex Kingston, którą wprowadziłeś w twojej czwartej i ostatniej historii, zanim przejąłeś pozycję showrunnera. Miałeś dla niej plan, gdy pisałeś Ciszę w bibliotece / Las zmarłych („Silence in the Library”/„Forest of the Dead”)?

Na pewno nie. Przeczytałem The Time-Traveller’s Wife. A potem pisałem Dziewczynę w kominku i, pamiętam, powiedziałem Russellowi coś dokładnie takiego: powinniśmy zrobić coś w nastroju i stylu The Time-Traveller’s Wife. Skupiałem się więc na tym, ale nie był to – chyba że w jakiś podświadomy sposób – mój pomysł na River. Poza tym, że wyszło o wiele bliżej, oczywiście.

River powstała z dwóch rzeczy. Po pierwsze: potrzebowałem Doktora i Donny w Bibliotece i potrzebowałem archeologa, który by przyszedł i połączył z nimi siły. Ale nie chciałem robić tego numeru z Doktorem, gdzie jest zamknięty. Bo pierwszą rzeczą, którą się robi, gdy się go spotyka, to zamknięcie go. To właśnie robiono w klasycznych seriach: uwięzić go na jeden odcinek. Nie chciałem tego robić. Mieliśmy wizytówkę psychiczną, tak przemyślnie stworzoną przez Russella właśnie po to, by go przed tym uratować. Ale myślę, że nie ma takiej wizytówki, która powiedziałaby, że to w porządku, że jestem w Bibliotece, która jest zapieczętowana od stu lat. Nie ma papieru, który by to powiedział. Więc pomyślałem: a co, jeśli on zna jednego z archeologów…? O Boże, to takie słabe! „Cóż za zbieg oko- O Jeff, co tam u ciebie?” – „Aye, kolego!”. Ale chwila, a gdyby to był ktoś, kogo jeszcze nie spotkał…? To byłoby nieco mylące. A jeśli to jakaś seksowna kobieta? Która nagle go traktuje tak, jakby była jego żoną? A to, oczywiście, już ciągnie całą historię. Oczywiście wszystko jest podrzędne wobec River.

Druga sprawa, dzięki której powstała ta postać, może nie jest historią, którą chcielibyście usłyszeć, ale Russell i ja mieliśmy fazę wymyślania tytułów Doctor Who z wrednymi skrótami, żeby wkręcać ludzi na czatach internetowych. I tak wpadłem na „koniec River Song”, a on [Russell] na to: „Co to River Song?”. Powiedziałem: „Po prostu nazwę kogoś River Song! [śmiech] I lepiej, żeby zginęła!”. Takim sposobem znaleźliśmy skrótowiec! A także tytuł. Pamiętam, jak siedziałem w pociągu z Julie i Russellem, mówiąc: „Cóż, początkowo nazwałem ten odcinek «Koniec River Song»” i Julie stwierdziła: „O, to całkiem niezłe”. Ale odpowiedziałem: „Tak naprawdę to nie możemy tego użyć”. Myślę, że po dziś dzień Julie nie zrozumiała, o co nam chodziło, gdy z Russellem oświadczyliśmy, że zdecydowanie nie możemy użyć tej nazwy.

Wspominając twój czas w serialu, można chyba stwierdzić, że darzysz sympatią silne i tajemnicze kobiety. Skąd ta skłonność do pisania postaci takich jak Missy, River Song, Kovarian czy madame Vastra?

Co za dziwne połączenie! Nie wiem… Nie jestem pewien, czy tak rzeczywiście jest. Po pierwsze, jeśli wprowadzamy kogoś, kto ma być na równi z Doktorem, to lepiej, żeby ta osoba była mu równa pod każdym względem. Zatem pewna doza siły i tajemniczości jest dobra. Ponieważ on taki jest. Ale nie wiem, czy mam taką skłonność. To znaczy, tam jest też mnóstwo kobiecych postaci, które zupełnie takie nie są, więc… Silne i tajemnicze kobiety, silni i tajemniczy mężczyźni – po prostu silne i tajemnicze postaci. Jeśli opowiadamy o kimś, kto taki właśnie jest, wszyscy myślą: „Oo, to ciekawe”. Ale gdy to ktoś przystępny i przyjazny, powiedzą: „Meh. Więc to sitcom”. Wiecie, o co chodzi. Ale nie sądzę, żeby to był jakiś mój szczególny fetysz.

Russell postanowił się wycofać podczas produkcji czwartej serii i zaproponował ci mailowo pracę w okresie pisania Ciszy w bibliotece/Lasu zmarłych. Co to oznaczało dla ciebie, wieloletniego fana Doctor Who?

Och, emocjonujące. To było emocjonujące. Szczerze mówiąc, brałem to raczej za pewnik. Kłamałem na ten temat przez cały czas, ale czułem, że Russell odejdzie. Jeszcze jakiś czas przed tym, zanim wiedziałem, że odchodzi. Miałem pewność, że zrobi czwartą serię. Ale nie chciałem o tym myśleć. Nie chciałem myśleć o odejściu Russella. Byłem naprawdę szczęśliwy, pracując co roku przy Doctor Who, zajmując się innymi moimi projektami i wracając do Doktora. Byłem prawdziwie, ogromnie szczęśliwy w tym okresie mojego życia. To była złota era, ekscytująca. Uwielbiałem ją. Nie chciałem, by się skończyła. Pamiętam, jak powiedziałem Russellowi – zupełnie szczerze – coś w stylu: „Jeśli to, że pisałbym więcej odcinków, sprawiłoby, że będzie ci łatwiej zostać, to zrobię więcej odcinków”. A on stwierdził (może kłamał, ale tak powiedział): „Tak, to właściwie by sprawiło, że byłoby mi łatwiej, ale i tak odchodzę”. Może pomyślał po prostu: „Więcej odcinków od Moffata, zmywam się stąd!”, ale lubię myśleć, że mówił prawdę.

Nie cieszyłem się więc w ogóle na nadejście tej chwili, tak naprawdę trochę bałem się jego odejścia. A potem ludzie zaczęli do mnie mówić jakimiś zaszyfrowanymi wiadomościami, które ignorowałem. Tak kochałem ten czas i mój związek z serialem, że tego nie widziałem. Myślę, że musiałem to wypierać. Pamiętam, jak Jane próbowała mi powiedzieć podczas czytania Rejsu potępieńców („Voyage of the Damned”): „Musimy się spotkać i omówić następne pięć lat”, a ja nie załapałem. Powiedziałem do Sue: „Myślę, że mnie lubią w tym BBC. Pięcioletnia współpraca, to fantastyczne!”. A potem Julie usiadła ze mną w alejce i rzekła: „My odchodzimy, zrobimy te odcinki specjalne, a potem nas NIE BĘDZIE”. Odparłem coś w stylu: „Och, mhm…”, wydaje mi się, że wtedy miałem takiego kaca, że nie dotarło do mnie, kiedy ona bardzo cierpliwie dodała: „…a POTEM…”.

A potem otrzymałem tego wyjątkowego maila. Byłem w samolocie do Grecji, żeby omówić grecką wersję Każdego z każdym („Coupling”). Poważnie. Grecką wersję Każdego z każdym. Sue i ja sprzedawaliśmy prawa do Każdego z każdym wszędzie, gdzie mieliśmy ochotę pojechać. Żeby dostać darmową wycieczkę. Mawialiśmy: „Tak, kwota to jedna sprawa, ale chcemy bezpłatnej wycieczki, miłego hotelu i polecenia kilku restauracji – potem możecie zrobić swoją wersję Każdego z każdym. No więc lecieliśmy tam, kiedy dostałem tego maila i podałem go do Sue, a ona na to [warczący głos:]: „Uch… wiedziałam. Wiedziałam, że zaproponują ci tę pracę”. Stwierdziłem: „Przynajmniej jestem zdrowy!” [śmiech]

W październiku 2007 roku ogłoszono, że napiszesz scenariusz do Przygód Tintina Stevena Spielberga, a w maju 2008 – że zajmiesz miejsce Russella w Doctor Who. Wreszcie w sierpniu 2008 potwierdzono, że razem z Markiem Gatissem stworzycie współczesną wersję Sherlocka Holmesa. Poza tym miałeś już wtedy dwójkę małych dzieci. Czy to był najbardziej skomplikowany rok w twoim życiu?

Och, tak. To było około dziesięciu lat temu. […] Pamiętam, że byłem bardzo, bardzo podekscytowany. Przypominam też sobie zdanie sobie sprawy, że nie ma sposobu, by to zadziałało. I chociaż nie mówiłem o tym za wiele, był też wtedy na tapecie jeszcze jeden serial, Adam and Eve, który dopiero co dostał zielone światło. Sue zrobiła planer na ścianie, pokazując, co oznaczałoby robienie tych trzech seriali naraz. Stwierdziłem: „Nie mogę. To po prostu niemożliwe. Nie mogę zrobić wszystkich trzech. Jednemu z nich muszę powiedzieć «nie»”. Żaden z nich nie mógł funkcjonować na zasadzie: „Hej, ty, idź i to zrób”. Musiałem być w pełni zaangażowany i zniszczyłbym wszystkie trzy, więc oznajmiłem, że nie mogę tego zrobić. Najszybciej, jak tylko się dało, poszliśmy z Markiem do BBC przedstawić nasz pomysł na Sherlocka pod hasłem: „Sherlock Holmes we współczesności”. Mieliśmy przygotowaną całą wielką prezentację, a oni stwierdzili: „Tak, tak, zrobimy to”. Odparłem: „Możemy i tak przedstawić nasz pomysł? Bo jest super!”. I tak zrobiliśmy. W czasie prezentacji wyszło na jaw, że przejmuję Doctor Who. Mark jeszcze o tym nie wiedział, więc powiedział: „O wow, gratulacje”, a kiedy już wyszliśmy, dodał: „To wspaniale, jestem zachwycony, że przejmujesz Doctor Who. Do tego Sherlock i jeszcze inne rzeczy…”. Odpowiedziałem mu: „Tak. Myślę, że odpoczniemy na emeryturze”.


W następnej części wywiadu Steven Moffat opowie o zmianach i nowościach, jakie wprowadził do Doctor Who, o tym, jak ważna dla serialu jest obsada, a także dlaczego jego historie są takie… timey wimey. Bądźcie czujni!

Źródło: DoctorWhoTV

Daj na ciastko!


Studentka filologii fińskiej, miłośniczka języków, przecinków i kotów, u której nadmiary wolnego czasu się nie istnieją – w przeciwieństwie do seriali, książek i muzyki popijanych hektolitrami herbaty. Wielbi na kolanach Witkacego. Kiedy już podnosi się z podłogi, zdarza jej się prowadzić też swój blog. Kocha wszystkich Doktorów, ale w przepaść najchętniej rzuciłaby się za duetem Dziesiątego z Donną, względnie za duetem Dziesiątego z Dziesiątym.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who