Oto ósma część wywiadu ze Stevenem Moffatem przeprowadzonego podczas Fairlord Festival of Fiction, który odbył się w dniach 1-4 czerwca.

Moje ulubione historie to te historyczne – Pompeje, Szekspir itp. Jest jakaś epoka historyczna, o której zawsze chciałeś opowiedzieć, ale nie było okazji?

Zazwyczaj unikałem pisania odcinków historycznych, bo potrzebujesz do nich trochę poczytać – nie da się wszystkiego wymyślić. Oczywiście pierwsze scenariusze, które napisałem dla Doctor Who, opowiadały o drugiej wojnie światowej i madame de Pompadour… Musiałem trochę poczytać – szokujące. Ale i tak myślę, że wszystko pomyliłem. To były świetne, naprawdę świetne lokacje, ale ja zawsze byłem raczej takim wyobcowanym dzieciakiem, który chciał tylko, żeby w Doctor Who było więcej statków kosmicznych, lśniącego metalu, robotów i mundurów, i ludzi krzyczących: Niech ktoś powstrzyma te roboty!. Ale bez wątpienia najlepsze odcinki to takie, jak na przykład Vincent i Doktor („Vincent and the Doctor”)…

To też mój ulubiony.

To piękny odcinek. Napisał go Richard Curtis. Wspaniały. Jest za co go lubić, ale ja nigdy nie byłem na tyle zdesperowany, by skazywać się na research.

Skąd się wziął pomysł na Dar niebios („Heaven Sent”), odcinek, w którym pojawia się tylko Doktor?

To solowy odcinek Petera Capaldiego, w którym Doktor jest uwięziony w ogromnym zamku i przebija się przez diamentową ścianę przez 4,5 miliarda lat. Jak to brzmi, co ja sobie myślałem? Zawsze mnie to niepokoiło, gdy widziałem w science fiction teleporty – to wygląda, jakby się wypalało kopię samego siebie. Ale to też dokładnie dzieje się w prawdziwym życiu, w pewnym sensie. Nie jesteś zrobiony z tego samego co siedem lat temu i to nic nie zmienia. Od dawna też miałem pomysł, że za pomocą teleportu można by się naprawiać. Myślałem: Co możemy zrobić z Peterem? Co go wyróżnia? Napisałem wielką przemowę, którą wygłasza w Inwersji Zygonów („The Zygon Inversion”) i doszedłem do wniosku, że jeśli istnieje postać, która mogłaby przez cały odcinek tylko gadać do siebie, to byłby to Doktor. On zawsze mówi do siebie, wszystko jedno, czy ktoś jest obok czy nie. Jeśli ktoś miałby dać radę to zagrać, to byłby to Peter Capaldi. Może się nacierpieć za całą obsadę, wystarczy jedno spojrzenie spod tych brwi. Pomyślałem więc, że to mogłoby się udać. Chciałem też, jak już dziś wspominałem, zrobić coś tak trudnego, że początkowo nie wiedziałbym, jak się za to zabrać, musiałbym więc się z tym pomęczyć, sam do czegoś dojść i czekać z nadzieją, czy się okaże dobre. Nie mówię, że takie wyszło, ale było inne. To jeden z tych odcinków, których nikt nigdy nie skrytykował, bo nikt się nie odważył. Wszyscy myśleli: To bardzo trudny odcinek, nie mogę go skrytykować. Ktoś się nad tym bardzo napracował, brawo. Ale mam nadzieję, że za tydzień już będzie normalnie.

Masz ulubiony odcinek ze swojej epoki w serialu?

O rany… Uwielbiam odcinek Vincent i Doktor. To wspaniały odcinek. Ale jest wiele, które naprawdę lubię. Może wybieram Vincenta, bo to była taka wielka radość, mieć na pokładzie Richarda Curtisa. Ale są też… Dzisiejszy! [3 czerwca]. To mój ulubiony. Idźcie go obejrzeć. Ten, który właśnie leci – rywalizuję z nim. Ja, Mam talent i najnowszy odcinek Doctor Who, co za wyścig. Obejrzyjcie go dziś przed 2 w nocy, wtedy wliczy się do statystyk.

Źródło: Koquillion


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.
  • Alternauta

    Trzeba przyznać, że faktycznie przemowa Dwunastego z „Zygon Inversion” sprawia wrażenie takiego testu, wstępu przed epickim „Heaven Sent”. I też sądzę, że to mogło zadziałać tylko z Capaldim . Z New Who, może jeszcze Tennant dałby radę, Jodie w takim odcinku jakoś nie widziałbym.