Lekcja historii: refleksje o odcinku „Rosa”

Pierwszą część tego tekstu piszę na kilka dni przed premierą odcinka.

Już od bardzo wczesnego etapu promocji 11 serii wiedzieliśmy, że znajdzie się w niej odcinek poświęcony Rosie Parks. Uderzyło mnie to pełną mocą – kiedy już doczytałam sobie, kim właściwie była Rosa Parks; bo muszę się wam przyznać, drodzy czytelnicy, z odrobiną wstydu oraz odrobiną niezadowolenia z systemu edukacji, że w życiu tego imienia nie słyszałam. Wiedziałam, oczywiście, o segregacji rasowej w USA, domyślałam się zatem, z założenia, że istniał ktoś taki jak ona, musiał istnieć – ale nigdy nie znałam imion, poza Martinem Lutherem Kingiem. Smutne, prawda? Niby nie potrzeba nazwiska, by uhonorować czyjąś pamięć, a jednak czegoś brakuje. Pamiętacie, by nie odbiegać zbyt daleko od Doktora, przedostatnią scenę Północy („Midnight”)?

– Jak miała na imię? Ta stewardessa… Jak miała na imię?

– Nie wiem. Nigdy nie spytałem.

Moment ciszy, wymowny, przejmujący.

Ze wszystkich nowinek z planu, ta jedna wciąż krążyła mi po głowie, odbijając się echem możliwych scenariuszy. Już widzę te komentarze, myślałam zgryźliwie, posiadając zero wiary w poziom internetowych dyskusji. Jak odcinek będzie zły, ktoś się poczuje dotknięty, może nawet słusznie. Jak odcinek będzie dobry, to i tak masa osób się poczuje urażona, że ktoś im wtyka pod nos politykę… A potem zaczęłam się zastanawiać, jak ja się poczuję. I pierwszą myślą, którą udało mi się sformułować, była przemożna nadzieja, że będzie to odcinek „czysto” historyczny – fabularyzowany, oczywiście, ale żadnych kosmitów, żadnego SF oprócz kobiety w niebieskiej budce i trójki ludzi mających okazję dotknąć historii. Innej niż zwykle w tego typu sytuacjach; jak bardzo Rosa odetnie się na tle standardowych kostiumowych przygodówek! Żadnych malowniczych pejzaży, pięknych księżniczek, dzielnych rycerzy i wesołych piratów, żadnych legendarnych bohaterów pokroju Odyseusza czy Robina Hooda, żadnych ikon zachodniej kultury jak Shakespeare albo van Gogh. Tylko Rosa, prawie nieznane nam imię, i kawałek historii o wiele nam bliższy – choć nas, redaktorów i czytelników Gallifrey.pl, raczej osobiście nie dotknął, to wciąż kształtuje świat, w którym żyjemy. Pomyślcie – Rosa Parks zmarła w 2005 roku. Wciąż żyją ludzie, którzy Rosę Parks widzieli na własne oczy, choćby jako dzieci, idące ulicą z matką za rękę, siedzące na kolanach rodziców pod tabliczką: miejsca dla kolorowych. Przypomina mi się, jak siedziałam w kinie, oglądając Ukryte działania, i nagle uświadomiłam sobie, że o rany, to było tak niedawno! Niby to wiedziałam, ale dopiero zestawienie obrazu segregacji rasowej z lotem na Księżyc uświadomiło mi dobitnie, że o rany, to było tak niedawno. Czasami trzeba być czegoś nauczonym od nowa…

I tak oto dostajemy odcinek historyczny spełniający swoją pierwotną funkcję – edukacyjną. Nauczy nas historii z ostatnich kartek podręczników, tych, do których nigdy nie docieramy, bo nasz nauczyciel tłucze rozbicie dzielnicowe i poczet pierwszych królów przez trzy lata, a nigdy nie mówi nam o tym, co w skali dziejów ludzkości wydarzyło się ledwie wczoraj – ba, może nawet dzisiaj, parę godzin temu. Ludzie wciąż krzyczą, wciąż maszerują ulicami, ich kroki jeszcze brzmią, tamte i teraźniejsze. Czy aby nie za głośno? Czy to nie zbyt poważny temat na niedzielne popołudnie, na serial tak bardzo, w gruncie rzeczy, niepoważny, gdzie w odcinku z wojną światową w tytule występują gumowe potwory puszczające wiatry, a zbrojne ramię opresyjnego reżimu stanowi robot posklejany z cukierków? Czy takiemu serialowi wypada zabierać się za tak poważny i ważny temat? Nie zrozumcie mnie źle. Poruszanie trudnych problemów społecznych stanowi zacną tradycję science fiction; mniej więcej w tym samym okresie, gdy powstawał Doctor Who, przez świat przetoczyła się Nowa Fala i dotychczas głównie pulpowy gatunek nabrał wyższych aspiracji. Rosa z pewnością nie byłaby też pierwszą historią zestawiającą klasyczny repertuar SF, podróże w czasie i przestrzeni, kontakt z obcymi itd., z wątkiem rasizmu, a nawet konkretnie zinstytucjonalizowanej dyskryminacji Afroamerykanów – na myśl przychodzi chociażby słynny odcinek Star Treka: Stacji kosmicznej, Far Beyond the Stars (który, nawiasem mówiąc, gorąco polecam). Słowem, da się. Nie twierdzę zatem, że Doctor Who nie będzie w stanie podołać tematowi lub że mu nie wolno w ogóle się za niego zabierać – pozwólcie mi jednak mieć pewne obawy. I związaną z nimi nadzieję: tym razem żadnych kosmitów, żadnych robotów, żadnych niebieskich macek. Ciężko mi ubrać to w słowa, ale wydaje mi się niezmiernie ważne, by było jasne ponad wszelką wątpliwość, że zarówno potworami, jak i bohaterami w tej konkretnej historii są tylko i wyłącznie ludzie.

Z tym życzeniem zasiadam do oglądania. Godzinę później mogę powiedzieć bez wahania: zostało ono spełnione. Nie uniknęliśmy wprawdzie pewnej dawki „twardego” science fiction, walizki pełnej obcej technologii i paru strzałów z lasera, a pościg naszych bohaterów za Krasko i wywołanymi przez niego usterkami w historii przyćmił nieco ten realizm, który pragnęłam zobaczyć, to jednak udało się zachować właściwy przekaz. Dostaliśmy, mimo wszystko, najbliższy współczesny odpowiednik klasycznego odcinka historycznego, takiego z najwcześniejszych lat serialu: sylwetka postaci, sypanie datami i faktami jak z rękawa, i trudna lekcja dla towarzyszy, uwikłanych w wydarzenia, które muszą stać się ich udziałem, nawet jeśli czasami woleliby, by pozostały kartką w podręczniku, który w każdej chwili można zamknąć i odłożyć na półkę. Był to odcinek z dużym ładunkiem emocjonalnym, podkreślonym od pierwszej minuty świetną ścieżką dźwiękową (ta piosenka pod koniec wprawdzie niezbyt mi pasowała, wolałabym utwór instrumentalny lub z epoki, ale poza tym myślę, że jak się rozkręci, Segun Akinola zostanie godnym następcą Murraya Golda). Nie był to odcinek idealny, niestety, a szkoda;  ale może był wystarczająco dobry?

Wyobrażałam sobie zakończenie w stylu finałowej sceny w Vincencie i Doktorze, krótką podróż w TARDIS, skrawek świetlanej przyszłości, będącej celem i promykiem nadziei. Z perspektywy odcinka rozumiem, dlaczego taka scena się tam nie znalazła; dość już było anachronizmów wokół biednej Rosy. Zresztą, może to i lepiej; jaką przyszłość by wybrać, by nie popaść w ślepy na wciąż istniejące problemy optymizm? Jak słyszeliśmy w krótkiej, może nieco łopatologicznej, ale niestety prawdziwej rozmowie Ryana z Yaz pod oknem tamtego motelu, XXI wiek nie jest wcale pod względem równouprawnienia idealny, choć lepszy od poprzedniego. Ba, nawet w odległej przyszłości trafiają się ludzie tacy jak Krasko, opętani irracjonalną nienawiścią, która powinna była wymrzeć przed stuleciami. Nie oznacza to jednak, że cała walka była na próżno; tak długo, jak Krasko i jemu podobni będą jednostkami, a nie instytucją, tak długo było warto, na tak długo Rosa Parks zwyciężyła. Oby to było na zawsze. A jeśli nie, cóż… pozostaje się sprzeciwić. Przeszłości nie wolno nam tknąć, ale przyszłość jest w naszych rękach – z takim morałem Doctor Who kończył zawsze, także tym razem; i jeśli ten morał został zachowany, to chyba można uznać, że Rosa była odcinkiem wystarczająco dobrym.

Daj na ciastko!


Zagorzała fanka klasyków oraz Expanded Universe, serce oddała Trzeciemu, a duszę przez Ósmego zaprzedała Big Finish. Wbrew obiegowej opinii, ma jeszcze życie poza Doktorem. W przyszłości chce zostać Kuzynką w Faction Paradox.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who