Kwestia perspektywy, czyli jakich bohaterek nam brakuje

Rok temu ósmego marca odważaliśmy się nieśmiało spekulować o tym, co zmieniłoby się, gdyby Doktora zagrała aktorka. Teraz, kiedy czekamy niecierpliwie na Trzynastą Doktor Jodie Whittaker, a ostatnie serie serialu oferowały nam pełen przekrój interesujących i skomplikowanych bohaterek, można by pomyśleć, że serial nie może stać się bardziej feministyczny. A w każdym razie – że ciężko mu coś zarzucić.

To z pewnością w dużej mierze zasługa Stevena Moffata, który jak niewielu scenarzystów nieustannie weryfikuje swoje podejście do reprezentacji i pisania kobiecych bohaterek. Równocześnie jak niewielu scenarzystów był z tego pisania mocno rozliczany, a przypięta mu jeszcze w okolicach szóstej serii łatka seksisty została z nim już do końca jego ery – moim zdaniem bardzo niesłusznie. Ale wiecie co? Faktycznie jest jeden problem ze Stevenem Moffatem, którego przy całej mojej sympatii nie mogę do końca zignorować. Otóż Steven Moffat, panie i panowie, nie jest kobietą (!).

Tak, jak kobietami nie byli: Russell T Davies i dwudziestu trzech innych scenarzystów, których imiona zajęłyby osobny akapit i którzy pisali odcinki Doctor Who po 2005 roku. Wielu z nich stworzyło świetne historie, inni mieli swoje problemy, no i w końcu dali nam całą plejadę przecudownych towarzyszek i powracających postaci. Wszelkie ich zasługi dla feminizmu serialu bledną jednak odrobinę, jeśli uświadomimy sobie, że przy takiej liczbie mniej lub bardziej znanych męskich scenarzystów, kobiet wśród piszących Doctor Who znajdziemy dokładnie cztery (4). Pierwsza z nich, Helen Raynor, jako jedyna pisała odcinki za ery RTD (zawdzięczamy jej dalekowe odcinki z trzeciej serii oraz odcinki o Sontaranach z serii czwartej). Pozostałe trzy: Catherine Tregenna (Kobieta, która przeżyła („The Woman Who Lived”)), Sarah Dollard ((Zmierz się z krukiem („Face the Raven”) oraz Cienki lód („Thin Ice”)) i Rona Munro (Pożeracze światła („The Eaters of Light”), Munro napisała też odcinek klasyków) pisały odcinki dla Dwunastego Doktora, przy czym zauważcie, że żadna z nich nie odpowiada za więcej niż dwie historie. Dane te oznaczają także, że za ery Jedenastego wśród scenarzystów nie znajdziemy ani jednej kobiety (…co właściwie wiele wyjaśnia). Zaskoczeni?

No dobrze, być może w tym momencie myślicie: ale przecież w ten serial od strony kamery zaangażowane jest tyle kobiet, w końcu Rachel Talalay… Też miałam nadzieję, że wśród reżyserów – rzadziej wymienianych, mniej widocznych, znajdziemy więcej kobiecych nazwisk. Ach, naiwna ja! Reżyserek pracujących przy serialu po wznowieniu w 2005 roku znajdziemy także dokładnie cztery. Rachel Talalay, której zawdzięczamy wszystkie przewspaniałe finały Dwunastego, jest pierwszą kobietą zatrudnioną do tego zadania od czasów Catherine Morshead, która nakręciła świetny Wybór Amy („Amy’s Choice”) z serii piątej. Zanim się porządnie oburzę, pozwólcie jeszcze, że odpowiem na jedną podstępną myśl – może kobiety są po prostu gorszymi reżyserami, a taka Talalaly to tylko wyjątek od reguły… ? Pamiętacie Mrugnięcie („Blink”), dla wielu najlepszy odcinek Doctor Who w historii (no, może po Darze niebios („Heaven Sent”) reżyserowanym przez… ah, wait)? Odpowiadała za niego Hettie MacDonald – ta sama, która wróciła w serii dziewiątej z oniryczną scenerią nowego Skaro. Druga reżyserka, która pojawiła się za ery RTD, Alice Troughton (nie z tych Troughtonów) odpowiada natomiast za Północ („Midnight”) – jeden z najlepszych, najbardziej klimatycznych i zdecydowanie najtrudniejszych do wyreżyserowania odcinków.

Mamy jeszcze producentki wykonawcze – tu z pewnością nie da się przecenić zasług Julie Gardner, Beth Willis, Caroline Skinner oraz Faith Penhale. Żadna z nich nie nadzorowała jednak serialu samodzielnie, a ich nazwiska padają bardzo rzadko przy dyskusjach na temat kształtu poszczególnych serii. Znowu czwórka (choć trzeba przyznać, że przy dotychczasowej liczbie producentów wykonawczych to solidne 33%), zaczynam tu dostrzegać pewien niepokojący wzór. Czyżby producentki BBC aż tak bały się porównań z Verity Lambert?

A może musimy przyznać po prostu, że kobietom ciężej się przebić w branży filmowej? W niedawnym wywiadzie uwagę na ten problem zwracała Rachel Talalay. Zobrazowała go prostym pytaniem: umiałabyś z pamięci wymienić kobiecą operatorkę? Po czym sama przyznała, że mogłaby mieć z tym problem. Kiedy w jakiejś grupie zawodowej osoby jednej płci są wyjątkiem, a te, które się pojawiają, odbijają się wciąż od kolejnych drzwi, ciężko mówić o ich złej woli. Zwłaszcza że w przeciwieństwie do mężczyzn, scenopisarki, aktorki i reżyserki wciąż oceniane są w dużej mierze przez pryzmat płci – widać to na przykład przy okazji tego, jak w fandomie oceniana bywa Lauren S. Hissrich, showrunnerka serialowego Wiedźmina. Zresztą nie sięgając daleko – ilość seksistowskich komentarzy, jakie można było przeczytać przy okazji wyboru Jodie Whittaker do tytułowej roli w Doctor Who, była nieznośna. Dlatego w tytule artykułu pada słowo bohaterki – bo każda z wymienionych wyżej pań zdawała sobie sprawę z tego, że wchodząc do branży tak bardzo zdominowanej przez mężczyzn (i to chcąc pisać i reżyserować serial science fiction, a nie komedie romantyczne), musi przygotować się na „robienie swojego” wbrew ogólnie przyjętym normom i ryzykując dodatkową krytykę.

W tym miejscu należy jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Nie chodzi o to, aby tylko mówić kobietom, że mogą pisać seriale fantastyczne, a potem narzekać na ich niedobór. Znowu powtarzając za Rachel Talalay – jedyne rozwiązanie to zatrudniać kobiety na tego typu stanowiskach. Nawet najlepsze scenarzystki nie przebiją się samodzielnie do większych projektów, musi być ktoś, kto zaprosi je na rozmowę. I ta odpowiedzialność nie powinna naprawdę pozostawać na tych czterech na krzyż paniach, które w branży już są, ale na męskich producentach i producentach wykonawczych. Steven Moffat wyraźnie zaczął to zauważać w drugiej połowie swojej ery, ponoć Chris Chibnall zaprosił do współpracy przynajmniej kilka scenarzystek. Mam wielkie nadzieje z tym związane, przede wszystkim dlatego, że przy całym zaufaniu do Chibnalla i tego, jak pisze bohaterki, chciałabym bardzo, żeby na pierwszą serię „kobiecej” Doktor w jakimkolwiek stopniu wpływały same kobiety.

Jest bowiem wiele rzeczy, które mogą pójść nie tak w następnej serii. Oczywiście wierzę, że tak nie będzie i wiem, że mężczyźni mogą pisać wspaniałe kobiece bohaterki (choć umówmy się, generalnie kobietom jakoś lepiej wychodzi pisanie postaci męskich niż vice versa). Ale jeśli promujemy serial jako postępowy i feministyczny, to musimy pamiętać, że fakt, iż ponad tysiącletniego kosmitę zagra aktorka, nie sprawia, że w serialu pojawi się nagle kobieca czy na problemy kobiet nastawiona perspektywa. Taką zapewnić może jedynie pisanie z owej kobiecej perspektywy. Uwierzcie mi, to nie przypadek, że najwięcej oskarżeń o seksizm pojawiło w okresie, gdy dla serialu nie pisała i nie kręciła ani jedna osoba płci żeńskiej. Przy całej dobrej woli męskich scenarzystów, nie mogą obejść prostego faktu, że ukształtowało ich całkiem inne doświadczenie. Jeśli nowa seria ma być czymś nowym, świeżym i promowana jest zmianą płci głównego bohatera, to rewolucja musi się dokonać także po drugiej stronie kamery.

Kobieta w roli Doktora i co jeszcze? – pytają niektórzy z niepokojem. Przewaga kobiet (i osób niebinarnych!) wśród piszących kolejne serie byłaby miła. Więcej kobiet za kamerą także. Następna showrunnerka powinna być kobietą i nie przyjmuję argumentów przeciwko. A potem? Potem może będziemy mogli wreszcie mówić o tym, że to najlepsza osoba wybierana jest do danego zadania. Zapamiętajcie powyższe nazwiska, bo niedługo scenarzystek Doctor Who będzie tak wiele, że tak jak teraz w przypadku męskich scenarzystów serialu, ich imiona będą mogły zająć cały osobny akapit.

Daj na ciastko!


Uzależniona od herbaty, pisania i brytyjskich seriali. Kocha ludzi, teatr, wiedzieć więcej. Nie znosi fasolki, seksizmu i źle napisanych dialogów.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who