Pierwsza połowa roku obfitowała dla nas w wydarzenia, w których braliśmy udział lub które współorganizowaliśmy. Wakacje będą spokojniejsze, nadrabiamy więc zaległe relacje. Zaczynamy od majowego SerialConu.

SerialCon to konwent trochę inny niż wszystkie. Dlatego majowy weekend duża część naszej redakcji spędziła w krakowskiej Artetece – dyskutując o serialach, rozmawiając ze scenarzystami, a przede wszystkim świetnie się bawiąc.

Owly: Ja na SerialConie byłam trochę z doskoku, bo opiekowałam się jednym z gości (chociaż muszę przyznać, że jak zobaczyłam pierwszą wersję programu, to prawie poprosiłam o zmianę przydziału na pilnowanie sal). To, co zdążyłam zobaczyć, bardzo mi się podobało, zwłaszcza że pamiętam zeszłoroczną edycję. W porównaniu z nią nastąpił duży postęp i to się konwentowi chwali.

Jakbym miała określić trzy rzeczy, które dla mnie definiują tegoroczny SerialCon, byłyby to: tłumaczenie mojemu gościowi  – lingwiście – znaczenia prawie wszystkich napotkanych przez niego polskich słów, rozdawanie krówek (wszyscy twierdzili, że są pyszne – bo były) i moment, kiedy usłyszałam od Andrew Scotta, że mam lovely name. To też wszystkie momenty, kiedy powstrzymywałam się od rzucania tekstów o Doktorze w obecności Jamesa Morana i Toby’ego Whithouse’a (nie do końca mi to wyszło, ale Toby się sam nadstawił i jak zauważył, że lustro powoduje, że winda wydaje się większa… It’s bigger on the inside po prostu samo cisnęło mi się na usta). A taki notes z życzeniami dla Petera Capaldiego ktoś kojarzy? To tenże jest już na wyspach, dzięki uprzejmości Toby’ego. Któregoś dnia przy odbiorze gości z hotelu padło,  że ktoś z obecnych tam nie oglądał Doktora Who. Od słowa do słowa Whithouse dowiedział się o Whomanikonie i życzeniach, po czym zaproponował, że dostarczy notes Peterowi, bo pracuje z jego żoną i w sumie to są przyjaciółmi

Hmm, do czego ja się jeszcze mogę ludziom przyznać… O, ponarzekam. Najgorszym dla mnie momentem było wstawanie po szóstej, żeby o 7:40 odebrać gościa z hotelu i zawieźć na lotnisko (kto ten plan układał i czym mu zaszkodziliśmy?). Żeby sytuację jeszcze pogorszyć, wstawałam po jakichś dwóch godzinach snu, które zdążyłam upchnąć między docieraniem do centrum Krakowa a powrotem z bankietu o trzeciej nad ranem. Bankiet jednak częściowo rekompensuje fakt pobudki o tak nieludzkiej godzinie (ale tylko częściowo, wstawanie o takich godzinach powinno zostać zakazane), bo rozmowa z Tomem de Ville na temat naszych ulubionych Doktorów, tego, jak bardzo podekscytowani jesteśmy faktem poznania scenarzystów Doctora Who i fangirlowanie Davida Tennanta to coś niezapomnianego (przynajmniej dla mnie). We wspomnienia z konwentu wliczają się również wszystkie uśmiechy od naszych gości, które potwierdzały, że dobrze wykonywałam swoją pracę (albo się cieszyli, bo wiedzieli że moja obecność równa się krówkom. Wolę uważać, że jednak to pierwsze), pożegnalne uściski (przytulił mnie Toby Whithouse, deal with it) i zestaw autografów ukazujący piękną historię, kto komu dogryzał. SerialCon to też moja pierwsza w życiu prelekcja. Podobno nie wyszła źle, nie wywalili mnie z redakcji za profanację, nawet pozwolili zrobić kolejną (na Smokonie). Cały konwent uważam za udany, takie wspomnienia są bezcenne. Brak mi słów, żeby opisać, jak bardzo podziwiam organizatorów i koordynatorów. Jesteście cudowni.

Lakhy: To ja może krótko i z nieco innej perspektywy. :) Z SerialConem jestem od jego samych początków i aż miło się patrzy, jak się ta mała „imprezka” rozrosła w ciągu tych czterech lat. To wydarzenie ma to do siebie, że jest czymś pomiędzy konwentem fanowskim a konferencją naukową – od tego pierwszego biorąc atmosferę, a od drugiej ciekawe podejście do omawianych tematów. Dlatego każdą edycję SerialConu za każdym razem witam z radością i zaciekawieniem. W tym roku nie było inaczej – ledwo otwierając oczy po chwili snu (wszak było tuż po Pyrkonie, a wiadomo – tam się nie sypia), pobiegłam do krakowskiej Arteteki (swoją drogą, uwielbiam ten budynek – jest wręcz stworzony do rozrastających się konwentów), by posłuchać i podyskutować o serialach, a może nawet spotkać kilku fajnych ludzi. Poziom prelekcji, których udało mi się wysłuchać, jak się można było tego spodziewać, był bardzo wysoki – prelegenci zawsze mówili z pasją i tym szczególnym błyskiem w oku, po którym można rozpoznać fana dzielącego się czymś, co go pasjonuje. Niestety nie na wszystkim, co sobie upatrzyłam, udało mi się być, ale to tylko dobrze świadczy o ofercie programowej. Dobrze też świadczy liczba (szalona jak na standardy polskich konwentów) gości, a przede wszystkim gości z zagranicy. Każde whoviańskie serce radowało się na myśl, że będzie można na żywo zobaczyć i posłuchać Jamesa Morana i Toby’ego Whithouse’a (takie odwiedziny nie zdarzają się często – kogo nie było, niech żałuje). A radość była tym większa, że wszystko odbywało się w tej przesympatycznej atmosferze wspólnego fanowania i dzielenia się radością z tego, że nie jesteśmy sami w naszym serialowym szaleństwie. Taki to dobry konwent był.

K.: Ha, ja też SerialCon przeżyłam na oparach niedospania po nocy spędzonej na lotnisku, gdyż ledwie dzień wcześniej byłam jeszcze w Londynie, zobaczyć na żywo Davida Tennanta i ja totalnie nie planowałam, że mniej niż dwadzieścia cztery godziny po otrzymaniu autografu od Dziesiątego Doktora będę rozmawiać z Tobym Whithouse’em, który napisał jedne z moich absolutnie przeukochanych odcinków Doktora i który mówił tak ciekawe i inspirujące rzeczy na temat pisania, tworzenia bohaterów i reprezentacji, że o mały włos zapomniałam do reszty angielskiego (zapomniałam za to, jak się korzysta z zegarka, ale na to spuśćmy zasłonę milczenia).

Ledwie się po tym pozbierałam, wyciągnięto mnie siłą perswazji na osławiony już przez Owly bankiet i szczerze powiedziawszy, to było tak dziwne uczucie, zobaczyć wszystkich tych sławnych ludzi naraz w Krakowie i być zbyt zmęczonym, żeby nawet porządnie fangirlować (choć szczerze powiedziawszy, na widok Andrew Scotta trochę mnie wcięło).

Następnego dnia odrobinę bardziej przytomna miałam za to okazję poczuć atmosferę samego konwentu, który zaczął się od od takiego małego święta fanów seriali, a obecnie jest ogromną, profesjonalną imprezą, na której i tak znajdzie się miejsce na dyskusje nad fabułami, bohaterami i fandomem i tym wszystkim, co fanowskiemu sercu drogie. To takie miłe, patrzeć, jak ogromny festiwal filmowy sygnuje swoim logiem rozmowy z twórcami także polskich seriali, prelekcje o popkulturze czy dyskusje na temat shippowania i uczestnictwa w fandomie. Oglądanie seriali już od dawna nie powinno być uznawane za marnowanie czasu, a każdemu, kto wciąż uważa, że daleko im do książek, filmu czy jakiejkolwiek formy sztuki, polecałabym dowolny punkt programu na SerialConie. To, co jako fani potrafimy wyciągnąć z naszych ukochanych tytułów, jest absolutnie niesamowite i nigdy nie przestanie mnie zadziwiać i uważam, że spotkanie się z twórcami na takich wydarzeniach to minimum tego, na co za to całe zaangażowanie zasługujemy. Arteteka to miejsce, w którym zawsze się dobrze czuję, organizatorzy i wolontariusze byli przekochani i chyba nic mi nie pozostaje dodać poza tym, że nie mogę się już doczekać kolejnej edycji. Mam nadzieję, że się tam spotkamy!

Lierre: Ja tylko dodam od siebie – nie będę oceniać SerialConu, skoro przy nim pracowałam – że to była taka cudowna okazja do przekraczania (własnych) granic – trudno się powstrzymać przed zadaniem pytania gościom podczas panelu, gdy tyle ich się nasuwa! Albo przed zaciągnięciem Toby’ego Whithouse’a w ciemny zaułek w ustronne miejsce do biura, by przeprowadzić z nim ekskluzywny wywiad. Choć pod względem komunikacji serce skradł mi James Moran. To tak niesamowicie, niewiarygodnie sympatyczny, lekko ironiczny, przezabawny człowiek! Chibnall, weźże go do pisania jedenastej serii, co? Niebawem będziemy mieć więc dla was dla precedensowe materiały – bo to był historyczny moment, po raz pierwszy redakcja Gallifrey dorwała się do źródeł i miała okazję przeprowadzić prawdziwe wywiady z twórcami! Mam nadzieję, że się wam spodobają.

Mieliśmy też okazję zorganizować panel dyskusyjny z gośćmi (tu się doskonale sprawdziła Loë w roli prowadzącej) i spotkanie z Tobym Whithouse’em (które poprowadziła zmęczona, ale i tak wspaniała K.), wpaść na ten sam bankiet, co serialconowi goście i Andrew Scott (domyślam się, że czytanie o tym może być irytujące, ale… widzicie, czasami warto się zaangażować. Zazdrośćcie więc sobie do woli!) i doskonale się bawić. Dla mnie szczególnie super były trzy panele, które prowadziłam (a im bardziej byłam zmęczona i nieprzygotowana, tym lepiej, jak mi się zdaje, wychodziły :D) – o fenomenie Sherlocka Holmesa, o fanatycznych fanach seriali i o shippingu – miałam rewelacyjnych rozmówców, z którymi mogłabym tak dyskutować godzinami. Panel o fanach na pewno doczeka się kontynuacji – na jakimś innym konwencie albo za rok…

Powiem więc jeszcze tylko, że jestem bardzo dumna z SerialConu – też jestem z nim od samego początku i sprawia mi satysfakcję obserwowanie, jak rośnie. Niech żyje i prosperuje!


Wkrótce opublikujemy kolejne materiały z SerialConu – nasze wywiady i notki o punktach programu z udziałem whoviańskich gości. :)


Uzależniona od herbaty, pisania i brytyjskich seriali. Kocha ludzi, teatr, wiedzieć więcej. Nie znosi fasolki, seksizmu i źle napisanych dialogów.