Pamiętacie wierszyk, który Steven Moffat napisał na odejście Jedenastego? Tak, ten strasznie zapadający w pamięć czterowers, który Clara znalazła w świątecznym crackerze w Czasie Doktora („The Time of the Doctor”):

And now it’s time for one last bow
Like all your other selves
Eleven’s hour is over now
The clock is striking twelve’s.

Już na ostatni ukłon czas
Każdy z was krótko żyje
Dobiega końca jedenasta
Zegar dwunastą bije.*

Strasznie mi się wtedy spodobał ten wierszyk i metafora zegara wybijającego północ. Oto dochodzimy do kresu, ale ten kres jest tylko początkiem. Oto zgodnie z naturalną koleją rzeczy po jedenastej – Jedenastym, który przecież fabularnie miał być ostatni – następuje jednak dwunasta. Regeneracja jest czymś tak naturalnym, jak upływ czasu, a Doktor jest równocześnie kłaniającym się właśnie ostatni raz aktorem i wszystkimi innymi przed nim. Niewiele rzeczy udało się Stevenowi tak, jak ten wierszyk w tak emocjonalnym odcinku (który oglądałam zresztą, pamiętam dobrze, na polskim BBC u koleżanki, zajadając wzruszenie piernikami w kształcie paluszków rybnych maczanymi w budyniu waniliowym i szczerze powiedziawszy, nagle się zastanawiam, czy uda mi się uczcić tak odświętnie odejście Dwunastego).

Wtedy nikt z nas nie myślał jeszcze, że ta piękna metafora, pozwalająca nam tworzyć wreszcie sprawiedliwe doktorowe kalendarze i zegary z twarzami aktorów zamiast cyferek, upadnie w momencie, gdy ogłoszone zostanie, kto zagra Trzynastą. Oczywiście wiedzieliśmy, że kiedyś to nastąpi, w końcu właśnie Doktor otrzymał kolejny zestaw regeneracji. Teraz jednak, w przededniu kolejnej zmiany (cztery dni!!!) przypomniałam sobie ten wierszyk… i zaskoczyło mnie, jak pięknie fabuła serialu i zaskakujący, mimo wszystko, casting zbiegły się w czasie z końcem ery Dwunastego.

Pisałam już i prelegowałam (a pewnie i napiszę znowu) o tym, jak odczytuję ostatni finał i nadejście Trzynastej. Jeśli wątek Dwunastego był w mojej opinii opowieścią o walce z traumami i szukaniu nadziei, tak wierzę głęboko, że Trzynastej Doktor uda się od tego bagażu uwolnić i jako opowieść o odzyskiwaniu nadziei zamierzam odczytywać ten świąteczny odcinek (czy fabuła pokryje się z moimi wyobrażeniami, to już inna kwestia). I wiecie co, jak to wszystko ładnie mi pasuje. Minęła dwunasta, Doktor Capaldiego, pisany trochę na wysokiej nucie, schyłkowy w swojej bezkompromisowości, zakończył pewną erę, ale hej, po każdym dniu następuje kolejny! Wstaje nowy dzień, nowy scenarzysta, nowe pomysły, Jodie Whittaker przejmuje rolę po dwunastu aktorach i zaczyna tworzyć własną historię i jak to w tym serialu bywa – kończy się czas Doktora, zaczyna się czas Doktor(a).

raport

Myślę też sobie (trochę się pewnie wikłając w tych wszystkich metaforach), że jeśli jakiś fan lub fanka nie chce wchodzić w ten nowy dzień, jeśli woli tkwić uwięziony w tym jednym przedświątecznym dniu, niczym Ósmy i Charley w cudownym Chimes of Midnight (tylko że Doktor oczywiście musi iść do przodu i z każdego czasowego paradoksu się zawsze uwolni), to przecież ma do tego prawo, może pozostać na zawsze w tych wspaniałych przecież, ale minionych czasach. Przypominam sobie jednak, jak wiele ekscytujących przygód nas czeka: przed nami cała nowa seria z nowymi towarzyszami i nie mogę się wprost doczekać, i aż bym chciała tak móc popchnąć wskazówki tego zegara i przyspieszyć czas do jedenastej serii.

A na sam koniec to uświadomiłam sobie, że może i w Wielkiej Brytanii mają tylko dwanaście godzin przed lub po południu, ale my jak najbardziej możemy zakrzyknąć: Dwunasty się kłania ostatni raz, bo oto wybiła trzynasta!

* Tłumaczenie moje, w komentarzach konkurs bez nagród na inną wersję!


Uzależniona od herbaty, pisania i brytyjskich seriali. Kocha ludzi, teatr, wiedzieć więcej. Nie znosi fasolki, seksizmu i źle napisanych dialogów.