Jak powinien wyglądać idealny koniec? Trzecia część wspominek o poprzednich serialowych pożegnaniach i finałach. (Część pierwsza, druga).

Można zaobserwować trend, że napięcie narasta i narasta, a w finale eksploduje – ostatni odcinek musi być ogromny, epicki i pozostawić widzów bez słów. Czy to do was trafia? Co dla was jest najważniejsze w finałach?

Lierre: Sądzę, że ta eskalacja to ślepa uliczka. Było to widać za Daviesa, który chciał pokonać samego siebie i się potknął, nie uniknął tego Moffat, pisząc Ślub River Song. A dla mnie finały mają kończyć wątki i wyjaśniać zagadki, a nie wysadzać wszechświat – oczekuję od nich solidnego pokazania mocno już rozwiniętych bohaterów i opowiedzenia mi takiej historii, żeby czekanie na kolejną serię mnie bolało. Ale w taki miły sposób, na pewno rozumiecie… Podobają mi się finały ciche, skupione na bohaterach, jak chociażby końcówka 10 serii – wprawdzie mamy tam duże tematy, ale akcja rozgrywa się na ograniczonej przestrzeni i największe napięcie budzi nie katastrofa, ale relacje między postaciami.

Taiteilija: Kwestia narastającego i rozsadzającego mózg i serce napięcia jest zarówno czymś pożądanym, jak i potencjalnie zwodniczym. Pożądanym, bo tego właśnie chcemy, a w każdym razie ja tego chcę – chcę przeżywać to, co oglądam, zaangażować się, a takie doświadczenia zapewnić mogą mi, po części, umiejętnie budowane napięcie. Jednak napięcie to musi być proporcjonalne do eksplozji faktycznej. Dysproporcja powoduje zawsze rozczarowanie. Szczególnie gdy napięcie jest wysokie, aż czuć je na skórze, a jego finalne rozładowanie jest banalne, niepełne, rozwiązanie jest zbyt proste, niedopowiedziane czy też przekombinowane. Złoty środek! To jest to, czego potrzebuje dobry finał, po sezonie równomiernie do tego zwieńczenia dążącym. Jak go osiągnąć? Nie mam pojęcia! Niech się głowią mądrzejsi ode mnie! Najwspanialsze dla mnie w finałach jest granie na emocjach widza poprzez wydarzenia, rozwój postaci (ogół jej decyzji, zachowań itd.) oraz muzykę. Oczywiście, uwielbiam zaskakujące rozwiązania, niespodziewane odpowiedzi na niedostrzeżone niejednokrotnie pytania, ale jestem w stanie znieść mniej wyrafinowaną fabułę, jeżeli czuję to, co oglądam, czuję się tego częścią, sympatyzuję z postaciami, kibicuję im czy też modlę się o czyjąś porażkę.

Clever Boy: Uwielbiam, kiedy opada mi szczęka, ale nie znoszę zbytniego przekombinowania. Według mnie finał powinien zamknąć wątki, które pojawiły się w danej serii. Jeśli jest taka potrzeba, to odpowiednio pożegnać odchodzące postacie. Ale chyba najważniejsze jest tutaj rozwiązanie zagadki lub wątku, który ciągnął się przez całą serię. Finałowi zawsze towarzyszą emocje, ale przy trzeciej i szóstej serii coś nie wyszło.

Artur: Oczywiście, że musi tak być! Im większe napięcie, tym lepiej. Pytanie tylko, czego powinno dotyczyć: dla mnie mniejsze znaczenie ma napięcie, jeśli chodzi o plot („O nie, leci tutaj największa od trzech sezonów armia Daleków!”), za to olbrzymie – napięcie dotyczące bohaterów (na przykład: jak Doktor poradzi sobie ze śmiercią Clary?). I chociaż szalenie lubię Daviesa, to muszę powiedzieć, że kładzie on raczej nacisk na to pierwsze (z plotu generuje potem tragedie, angst i emocjonalną dramę i to akurat jest dobre). Chyba tylko w Złym Wilku/Każdy swoją drogą proporcje są takie, jak powinny. Moffatowi za to często dostaje się (albo dostawało, dawno już nie zaglądałem do taga #moffathate na Tumblrze) za to, że swoje fabuły często osnuwa wokół Doktora, który staje się centralnym punktem historii – ale to świetny sposób na to, żeby budować napięcie właśnie w oparciu o emocje postaci, o to, jak zareagują na wszystko, co im się przydarza.

Krótko mówiąc: napięcie i stawki eskalujące w nieskończoność? Tak, jak najbardziej. Ale przede wszystkim dla postaci.

Pegaz: Nie mam nic przeciwko wielkim tematom i wielkim emocjom. Ba, uwielbiam je, zwłaszcza w finałach! Chyba nawet one najbardziej się dla mnie w finałach liczą. Przesadzać jednak twórcy nie powinni. W żadną stronę. Karykaturalnie epicki finał to coś niefajnego, zbyt słabe, niewystarczające finałowe rozwiązania też.

Ewelinkja: Lubię rosnące napięcie i lubię jak w finale jest ogromne BUM, ale… nie lubię przekombinowania. Nie lubię samej akcji dla akcji. Sztucznego pompowania emocji. Wolę, jak finał jest trochę mniej spektakularny, ale za to domyka wszystkie wątki, które powinny zostać zamknięte, pozostawia pod wrażeniem i z lekkim niedosytem.

Wolicie postrzegać finały jako podsumowania czy nowe początki? Co sądzicie o cliffhangerach – sprawiają, że historia pozostaje z wami aż do jej kontynuacji w kolejnej serii czy tylko was frustrują?

Lierre: Nie potrzebuję do szczęścia cliffhangerów. Potrzebuję łącznika – czegoś, co mnie zaintryguje i pozwoli mi ten rok czy dwa lata później płynnie z powrotem wejść do serialowego świata. Nie potrzebuję wyrwania mnie z niego w środku historii, bo wtedy gwałtownie we mnie gaśnie zaangażowanie i trudniej mi się potem na nowo wciągnąć.

Taiteilija: Podsumowania. Zdecydowanie podsumowania. Nienawidzę nowych początków, bo one są zawsze jałowe, nie nasiąknięte znaczeniami, moimi odczuciami, są pustką, polem po bitwie… A cliffhangery? Nie mam o nich zdania. Jeżeli są, to dobrze – sprawiają, że przez tydzień rozważam ewentualne możliwości. Jeżeli ich nie ma? Nie ma ich i już!

Clever Boy: Finał traktuję jak wielką kulminację i podsumowanie. Jasne, można podsunąć jakąś małą wskazówkę dotyczącą kierunku, w którym serial będzie zmierzał w przyszłości. Ale wolę, gdy finał skupia się na rozwiązywaniu zagadki i ujawnieniu tajemnic. Jeśli chodzi o cliffhangery, to Doctor Who nie robi ich takich mocnych, jak inne seriale. Regeneracji nie traktuję już jako cliffhangera, bo jest to dla mnie coś na porządku dziennym w tym serialu. Mieliśmy tajemnicze pojawienie się Donny na pokładzie TARDIS – nic nie mówiące i słabe, tak samo było z Titanikiem. W podobnej formie pojawił się Święty Mikołaj, a teraz Pierwszy Doktor. Jedyny porządny cliffhanger miała siódma seria, jednak totalnie go zaprzepaściła. Pojawienie się tajemniczego Doktora Wojny to była bomba. Ale chyba wszyscy zadawali sobie jedno pytanie – jak Doktor i Clara wyjdą ze strumienia czasu? No i jak się okazało, po prostu sobie wyszli. Tak Moffat dopowiedział w wywiadzie. Wprost… ekhm, cudownie.

K.: Dla mnie ważne jest samo zakończenie serii, tak, ale fajnie, jeśli po zwyczajowej dramie z tym związanej pojawia się jednak jakiś nowy element, jakiś znak, że opowieść będzie kontynuowana, że pojawią się nowe wątki i choć Doktor teraz cierpi, to nie jest koniec świata. To znaczy scenka z Donną mogła być kiepskim cliffhangerem, ale dla mnie to było potrzebne wytchnienie po odejściu Rose, przy poprzednim finale ucieszyło mnie pojawienie Pierwszego, bo zapowiadało nową opowieść, na którą warto czekać.

Artur: Lubię, kiedy dana historia może porządnie wybrzmieć, kiedy mam czas, żeby prześledzić ją całą w myślach jeszcze raz, zastanowić się, jak zakończenie pasuje do wszystkiego, co pojawiło się wcześniej. Małe zahaczki na przyszłość raczej mi w tym nie przeszkadzają, gorzej z cliffhangerami, bo one każą mi rozbudzone emocje odwiesić do szafy i czekać z nimi przez kilka miesięcy albo i ponad rok. Najczęściej rodzą więc frustrację. Na szczęście Doctor Who raczej się w takie manipulacje widzów nie bawi.

Pegaz: Czasami cliffhanger jest czyś fajnym, odpowiadały mi na przykład, przepraszam za lekki offtop, cliffhangery w drugiej i trzeciej serii Sherlocka. Dla mnie finał musi być jednak wyraźnym zakończeniem pewnego etapu. Tak już mam!

Ewelinkja: Finał powinien być podsumowaniem, zamknięciem wątków – po prostu finałem. Lubię jednak jak w finale dostajemy jakieś niewielkie wskazówki co do tego co będzie działo się dalej, jak będzie wyglądać serial. Nie musi być to wielki cliffhanger, bo to nie zawsze wychodzi dobrze.

Ostatnio Steven Moffat wypowiedział się, że serie Doctor Who mogłyby po prostu ukazywać się w całości na iPlayerze BBC, tak jak dzieje się z serialami produkowanymi dla innych platform, takich jak Netflix czy Amazon. Wolelibyście takie rozwiązanie od regularnej emisji? Wolicie długie oczekiwanie na kolejne odcinki, snucie domysłów i teorii, czy chcielibyście dostać całą serię naraz, by dobiec do finału we własnym, szybszym niż regularna emisja tempie?

Lierre: Nie, nie chciałabym tego. Pewnie Moffat ma rację, że to nieuniknione, ale największą radość czerpię z wypatrywania nowych strzępków informacji i snucia teorii z innymi – nic tak nie spaja fandomu, jak dzielona ciekawość. Każdy odcinek ma czas na wybrzmienie, jest czas, by go zanalizować, omówić, obejrzeć ponownie, przetłumaczyć ;), nacieszyć się nim lub ponarzekać, trochę odpocząć i zacząć się cieszyć na myśl o następnym. Już wolałabym odcinki co dwa tygodnie albo raz w miesiącu…

Taiteilija: Być może jestem staroświecka, być może jestem masochistką i lubię katować się czekaniem, ale nie chciałabym tego. Cały ten rytuał czekania, odsłaniania kart wszystkim fanom w tym samym czasie jest czymś niesamowicie integrującym społeczność, która milczy (albo i nie) w oczekiwaniu na to, co nastąpi. Tradycja wspólnego czekania i związana z nim magia zniknęłaby, gdyby każdy oglądał serial w swoim tempie, sam, w swojej norze. I do tego spoilery… One mogłyby być znacznie bardziej dokuczliwym problemem, gdyby dostępna była cała seria od razu.

Clever Boy: Akurat w przypadku Doctor Who bardzo bym tego nie chciał. Według mnie odcinków i tak jest bardzo mało (a teraz będzie tylko dziesięć :( ), więc obejrzałbym wszystko w jeden dzień. Lubię robić sobie maratony, jednak przy DW czekanie na kolejny odcinek, rozmowa z fandomem, snucie teorii – to coś, co kocham. Szkoda tylko, że te przerwy między seriami są ostatnie takie długie. W tym przypadku musielibyśmy czekać jeszcze dłużej. Dodatkowo od razu pojawiłyby się spoilery, a niestety coraz ciężej ich unikać (chociaż je lubię). Stanowczo nie.

K.: Zgadzam się z przedmówcami. Zresztą dla mnie przyjemność w oglądaniu Doctor Who na pewno nie leży głównie w pożeraniu jednej epickiej, rozpisanej na wiele odcinków historii, ale na smakowaniu tych pojedynczych doktorowych przygód, tak że nawet gdy zaczynałam oglądać New Who i byłam w serialu absolutnie zakochana, nie oglądałam raczej więcej niż dwóch-trzech odcinków naraz. Bardzo bym nie chciała, żeby zaczęto kłaść nacisk na serię jako całość i tak ją wydawać, bo ta różnorodność i gatunkowa, i stylistyczna między pojedynczymi odcinkami jest czymś, co strasznie mnie urzeka.

Artur: Taki sposób oglądania sprzyja patrzeniu na sezon jako całość – kiedy rozmawiamy o netfliksowych serialach Marvela, rzadko się zdarza omawianie konkretnych odcinków. I chociaż po części wynika to z ich większej serializacji, z tego, że prezentują one spójną całość i to o wiele bardziej zunifikowaną niż Doctor Who, to myślę, że wypuszczanie całego sezonu naraz też się do tego przyczynia. A w Doctor Who każdy odcinek jest inny, każdy opowiada tak naprawdę inną historię (nawet jeśli pojawiają się sezonowe wątki) i bardzo mi się podoba to, że każda ma tydzień, żeby wybrzmieć, żeby fala dyskusji mogła się przetoczyć, zanim zajmiemy się kolejnym odcinkiem.

Pegaz: Takie rozwiązanie ma swoje plusy, ale nie umiem powiązać go z tym konkretnym serialem. Zbyt wiele czasu spędziłam już czekając na kolejne serie, odcinki i powroty ulubionych postaci, by wyobrazić sobie taką zmianę. Czekanie to koszmar, ale i część mojego bycia fanką. Plus odcinek jest czymś bardziej wow, kiedy tak na niego czekam.

Ewelinkja: Powiem tak… jakby tak zrobili, to obejrzałabym w jeden dzień i po zabawie. Nie umiałabym się powstrzymać. A jednak wolę czekać. Ta nutka niecierpliwości, czas na domysły, przemyślenie tego co się wydarzyło czy powtórzenie odcinka zanim będę mogła zobaczyć kolejny są dla mnie bardzo ważne. To buduje nastrój i przywiązanie do serialu.


Zapraszamy do kontynuowania dyskusji w komentarzach!