Ciąg dalszy dyskusji o finałowych odcinkach i pożegnaniach. (Część pierwsza: tutaj).

Która droga do finału była dla was najbardziej emocjonująca? Na rozwiązanie której fabularnej zagadki czekaliście z największą niecierpliwością?

Lierre: Jak wiele osób, mam pewną słabość do story arku Złego Wilka, ale wiecie, jak się ogląda pierwszą serię – miałam wszystko zaspoilerowane. Miło jednak wspominam sposób budowania tego wątku, podobnie jak motyw Harolda Saxona – Russell T Davies był w tym dobry, ale więcej niż dwa razy nie dałoby się tego skutecznie zrobić. Motyw gubienia planet już tak fajnie nie wyszedł. Ogromnie intrygował mnie motyw Zaświatów z ósmej serii, te wstawki z Missy w epilogach odcinków były doskonałe.

Taiteilija: Zagubione planety, tajemniczo pojawiająca się i ewidentnie powracająca Rose… O, tak, chyba mamy zwycięzcę! Sezon czwarty, dążący do finałowych odcinków: Skradziona Ziemia i Koniec podróży („The Stolen Earth”/„Journey’s End”). Szczególnie powrót Rose był dla mnie czymś zajmującym, ponieważ rozstanie z nią było bolesne i, jak mi się wówczas zdawało, permanentne. Te migawki, gdy jej twarz pojawiała się na ekranach za plecami Doktora i krzyczenie: ODWRÓĆ SIĘ! do postaci z serialu, która raczej mnie nie słyszała… Cóż, nie słyszała także i wołania Rose, a co dopiero mojego! Z niecierpliwością czekałam wówczas na finał.

Artur: Tak naprawdę kandydat może być jeden – wygryziona ostatnio z podium ulubionych finałów seria piąta i zagadka szczelin. Pierwszy story arc Moffata – jeszcze zanim zaczęliśmy wszyscy narzekać i wynajdywać rozmaite bolączki i słabości jego stylu scenopisania, siedzieliśmy z otwartymi ustami, patrząc na szczelinę w ścianie pokoju Amelii Pond, gryźliśmy palce, kiedy żołnierze walczący z Płaczącymi Aniołami niknęli w jej blasku, i krzyczeliśmy „COOO??? ALE JAK TO???”, kiedy Doktor wyciągnął z dziury fragment doskonale znanej tabliczki. Wszystko to doprowadziło do sytuacji kompletnie, wydawałoby się, beznadziejnej dla naszych bohaterów, a potem do fantastycznego rozwiązania. Mistrzowski wątek.

Clever Boy: Stawiam tutaj na motyw Missy i zaświatów. Przeglądałem wtedy kilkanaście teorii, sam tworzyłem swoje. Pojawienie się „Nieba” strasznie mnie intrygowało. Oglądałem odcinki wielokrotnie, szukając wskazówek. A zwiastun finału ósmej serii to było mistrzostwo. Pamiętam, jak fandom się zapalił.

K.: Dla mnie to chyba będzie seria czwarta, nie tylko przez powracającą w zaskakujących momentach Rose, ale i przez przewijające się tu i tam nazwy zaginionych planet, które odnajdują się w finale, strasznie fajny foreshadowing.

Dominek: Jak nienawidzę finału trzeciej serii, tak od wątku tajemniczego „pana Saxona” wspominanego przez żonę profesora Lazarusa rozpoczęło się moje zainteresowanie Doctor Who. :) Poza tym ósma seria i Missy. Tyle ciekawych teorii i odrzucenie właściwej (Missy-Mistress-Master) zwieńczone nie tylko rozwiązaniem, ale i niebywale sytym zamknięciem wątków. Lubię też wątek Ciszy, choć troszkę się rozlazł w szwach. Ale tak długo myśleliśmy, że wszystko z tym związane pozostanie na wieki otwarte, że (przynajmniej mnie) niebywale ucieszyła sama zajawka Silence will fall po odcinku rocznicowym.

Pegaz: Hmm, czy mogłam z największą niecierpliwością czekać na rozwiązanie zagadki dotyczącej końca Dziesiątego Doktora (zapuka cztery razy itd.)? Myślę, że tak. To sam początek mojej przygody z serialem, a wątek przyciągnął moją uwagę.

Ewelinkja: Seria ósma i wątek Missy. Tajemnicze zaświaty. Niezwykła kobieta mówiąca o Doktorze „mój chłopak”, a potem nagle armia Cybermenów… Bardzo wysoko jest też wątek szczeliny w piątej serii. Fajny, ciekawy, czasem tylko delikatnie zaznaczony. Jeszcze nie znałam wtedy tak dobrze Moffata i jego stylu pisania i nie oczekiwałam (z przerażeniem) momentu „kiedy to wszystko się sypnie i uśmiech dziecka uratuje świat”, więc oglądało mi się to dobrze.

Które finałowe pożegnanie było dla was najtrudniejsze? Za kim wylaliście najwięcej łez?

Lierre: Za Jedenastym, oczywiście, był moją wielką serialową miłością. I chyba dalej jest, choć dostrzegam w nim coraz więcej wad – nieźle to ujął Artur w swoim niedawnym artykule. Będzie mi ciężko pożegnać Dwunastego, bo napracowałam się mocno nad tym, by go polubić, i jak w końcu mi się udało… Podobnie jak przy Czasie Doktora, mam tylko wielką nadzieję, że jego pożegnalny odcinek mnie nie rozczaruje i nie zirytuje – to by było najgorsze.

Taiteilija: Nigdy nie przestanę płakać wewnętrznie po Dziewiątym Doktorze. NIGDY. Ten przedziwny, smutny kosmita-weteran, skrywający tajemnice i rozterki wykraczające poza ludzkie pojmowanie, dopiero co wrócił do siebie, dopiero co nauczył się na nowo śmiać beztrosko i już musiał odejść, stać się kimś innym, ewoluować. Mimo że Dziewiąty nie żegnał się niespełniony, smutny, to jednak pożegnanie z nim bolało mnie najbardziej ze wszystkich mnogich rozstań w serialu. Cóż, być może o wiele trudniej jest żegnać uśmiech niż łzy; uśmiech, którego się już nigdy nie zobaczy, a który znało się przecież tak krótko.

Artur: Za przedwcześnie odeszłym Dziewiątym, zdecydowanie (choć jednocześnie bardzo trudno jest mi sobie wyobrazić, jak mógłby wyglądać serial, gdyby Eccleston został na kolejną serię), choć raczej metaforycznie. Zupełnie dosłowne – ale szczęśliwe – łzy lały mi się po twarzy w zakończeniu wątku Bill. Pearl Mackie jest fantastyczną aktorką i chociaż zazwyczaj jestem zdecydowanym zwolennikiem czystych kart i całkowitych restartów, żałuję, że raczej nie pojawi się w serialu po odcinku świątecznym.

Clever Boy: To bardzo trudne pytanie. Bo jeśli chodzi o Doctor Who, to strasznie się wciągam i bardzo przeżywam losy postaci. Płakałem, gdy za pierwszym razem odchodziła Rose. Moje serce pękło, gdy Donna traciła pamięć. Ryczałem, gdy Dziesiąty robił rundkę pożegnalną dla towarzyszy. Chyba najbardziej wzruszające było pożegnanie Jedenastego Doktora, bo jakoś jego słowa trafią prosto do serca i były to mega przykre sceny. I ostatnio pękło mi także serce, gdy Missy prawdopodobnie umarła, a także łezki płynęły przy zakończeniu Bill. Nawet nie chce myśleć, co będzie, gdy w te święta pożegnamy mojego ukochanego Dwunastego.

Dominek: Nardole. Po prostu… Nardole. Bo o ile losy znakomitej większości towarzyszy pozostają otwarte, może ich spotkać coś złego, ale i coś dobrego, tak łysonia prędzej czy później załatwią Cybermeni. No i Missy. Ja wiem, to Mistrz, więc wróci, wszak „cały wszechświat wie, że jest niezniszczalny”, ale i tak jej, nazwijmy to umownie, śmierć, to była potwornie smutna scena.

Pegaz: Licząc wszystkie seanse, biorąc pod uwagę te moje wszystkie następujące po sobie obsesje, najbardziej ubolewam jednak nad ostatnimi chwilami nieszczęsnego Dziesiątego Doktora. Czyli mamy silny związek z moją poprzednią odpowiedzią!

Ewelinkja: To nie jest proste pytanie i nie mam odpowiedzi jednoznacznej. Płakałam po Rose. W zasadzie nawet nie po niej, tylko płakałam razem z Dziesiątym, więc to nie do końca to. Wymazanie pamięci Donnie było dla mnie tak ogromną traumą, że do dziś nie mogę się pozbierać. To najgorsze, co mogło się stać. Za pierwszym razem byłam tak zdruzgotana, że nawet nie płakałam, ale kiedy emocje trochę opadły, to ryczałam jak głupia. Następnie Dziesiąty. Płakałam i zawsze będę po nim płakać, mój pierwszy Doktor…

Bardzo kocham Nardole’a i chciałabym go jeszcze spotkać, nie chcę go tracić, zwłaszcza, że jeszcze wiele o nim nie wiemy.
Ale zwyciężczynią w kategorii najtrudniejsze rozstanie jest Missy. Dawno tak nie ryczałam… Wiadomo, że Mistrz powróci, bo nawet karaluchy nie są tak niezniszczalne, ale… Missy, błagam uratuj się jakoś!


Ciąg dalszy nastąpi, ale komentować można od razu! Za kim płakaliście, która zagadka była dla was najbardziej intrygująca?

  • brtk

    Najbardziej zasmuciły mnie pożegnania kolejno: Rose. To był mój pierwszy finał i pierwsze zaskoczenie. Nie sądziłem dotąd, że bohater może od tak zniknąć, a tak się stało. Oczywiście byłem wtedy bardzo, bardzo młody, ale przez tydzień rozpamiętywałem rozdzielenie Rose z Doctorem na dwa inne uniwersa. Następnym razem tak przeżywałem odejście Pondów, jejku to było takie nagłe i wszystko wskazywało, że oni zostaną, a tu na samym końcu… Jeszcze ta wzruszająca scena, gdy skoczyli z budynku, a potem Amy czytająca list, no nie mogłem. Ostatnio wzruszyło mnie symboliczne odejście Bill, chodzi o moment, kiedy została „ulepszona”… To mnie zasmuciło zupełnie inaczej, był to suchy smutek zmieszany z przerażeniem, co musiała wycierpieć, jeszcze ten głos Cybermana, pozbawiony emocji, a jednocześnie tak ich pełny. Nie ważne co Moffat dalej zrobił, dla mnie Bill jaka istniała do tej pory i którą pokochałem odeszła, pozostawiając na moim sercu małą ranę.

  • Marcin Łukasz Lomperta

    Ja tak samo co brtk tylko mógłbym dodać jeszcze Śmierć Clary długo nie wracałem do tego odcinka pękło mi serce gdy zobaczyłem ostateczną śmierć Clary i tam mina Doctora po jej stracie próba jej odzyskania NA MARNE!

  • Pingback: To już jest koniec, czyli o serialowych pożegnaniach (część 3) - Gallifrey.pl - wszystko o serialu Doctor Who()