To już jest koniec, czyli o serialowych pożegnaniach (część 1)

Nieuchronnie zbliża się czas pożegnań. I powitań, oczywiście, ale przed nowym początkiem czeka nas koniec i wylanie oceanu łez. Zapytałam więc członków redakcji o poprzednie pożegnania – a jako że ich najczęstszą formą są finałowe odcinki kolejnych serii, porozmawialiśmy właśnie o nich. To właśnie w tych odcinkach żegnaliśmy się z kolejnymi inkarnacjami Doktora, to najczęściej w nich po raz ostatni oglądaliśmy towarzyszki i towarzyszy i obserwowaliśmy, jakie rozwiązanie wielkich intryg przygotowali dla nas twórcy.

Zacznijmy więc od skrajności. Który finał był dla was najbardziej satysfakcjonujący, a który najbardziej was rozczarował?

Lierre: Mam z finałami spory problem, bo zazwyczaj mnie rozczarowują. Scenarzyści chcą zakończyć z przytupem i potykają się o własne nogi. Do rozczarowań zaliczyłabym odcinki Zły wilk/Każdy swoją drogą („Bad Wolf”/„The Parting of the Ways”), bo deus ex Rose zupełnie mnie nie przekonało, Armia duchów/Dzień zagłady („Army of Ghosts”/„Doomsday”), bo choć podobało mi się opowiadanie historii przez Rose, to cały dramatyzm rozstania przejadł mi się, zanim naprawdę się zaczął, Koniec czasu („The End of Time”), bo po prostu nie znoszę tych odcinków. Ślub River Song („The Wedding of River Song”), bo miał niezły pomysł, ale pędził przed siebie i nie dał mu wybrzmieć – to powinna była być podwójna historia, jak reszta finałów – i czułam się, jakbym oglądała szkic, a nie odcinek.

Ciemna woda/Śmierć na niebie („Dark Water”/„Death in Heaven”) są gdzieś pośrodku między lubieniem i nielubieniem, bo podobał mi się pomysł, ale oglądanie mnie zmęczyło, było wszystkiego za dużo, za bardzo i rozchodziło się w szwach.
Utopia/Odgłos bębnów/Ostatni z Władców Czasu („Utopia”/„The Sound of Drums”/„Last of the Time Lords”) to sytuacja odwrotna: nie podobał mi się pomysł, ale doskonale się bawiłam, oglądając; byłam w stanie nawet przymknąć oko na zbawienie świata za pomocą modlitwy i inne głupoty. Było tam za to sporo radości, Jack Harkness i przerysowany Mistrz Johna Simma, sklejało się to w groteskową, ale całkiem strawną całość. No i plus za potrójny odcinek – wolałabym, żeby takich eksperymentów nie było w serialu za dużo, bo szkoda miejsca (patrz: 10 seria), ale fajnie czasami obejrzeć coś zaplanowanego z takim rozmachem. Podobnie mam ze Skradzioną Ziemią i Końcem podróży („The Stolen Earth”/„Journey’s End”): im bliżej im się przyglądam, tym mi dziwniej, ale zabawa przy oglądaniu była przednia – pełna TARDIS, Davros, ładne kosmiczne widoki – nie będę narzekać.

A jeśli chodzi o finały ulubione, to: Otwarcie Pandoriki/Wielki wybuch („The Pandorica Opens”/„The Big Bang”) są szalonymi odcinkami, które trochę nie mają sensu, ale cenię je właśnie za odwagę, bawienie się paradoksami i różne głupie pomysły, przy których jednak – w odróżnieniu od środkowej kategorii – jestem w stanie zawiesić niewiarę i dać się unieść. Imię Doktora i Czas Doktora („The Name of the Doctor”, „The Time of the Doctor”) – nie wiem, co w siódmej serii właściwie jest finałem, ale oba ujęły mnie mrokiem, ponurym nastrojem, niemalże żałobnym, wyciskaniem łez, które u mnie akurat było skuteczne. Choć zwłaszcza Czas wzbudzał we mnie pewnej fabularne wątpliwości (umówmy się, wątek Ciszy został totalnie zepsuty, no i te aluzyjki…), to ciągle bardzo go lubię i jestem wdzięczna za to, że nie spełnił mojego wielkiego lęku – bałam się bowiem, że z pożegnaniem z Jedenastym będzie tak, jak miałam z Dziesiątym, tj. zamiast łez smutku była irytacja. No i jeszcze finały dwóch ostatnich serii – Dar niebios/Z piekła rodem („Heaven Sent”/„Hell Bent”), Gdybyśmy czasu mieli więcej/Upadek Doktora („World Enough and Time”/„The Doctor Falls”) – oba napisane przez Moffata i nakręcone przez Talalay, oba niezwykle estetyczne, poruszające i przerastające wszystko, co Doctor Who zdołał nam dotychczas pokazać. Uważam te odcinki za absolutne mistrzostwo scenopisarskie, wizualne, dramatyczne. Pozostawiły mnie w stanie oszołomienia, z którego mogłam sobie dochodzić do siebie przez miesiące oczekiwania na wieści o kolejnych seriach.

Taiteilija: Finały sezonów wiążą się zawsze i nieodmiennie z tym fatalnym uczuciem stania na krawędzi między jedną przepaścią a drugą i rozpaczliwą walką o zachowanie równowagi. Są to chwile największego napięcia i jego rozładowania, emocji i emocjonalnego katharsis, są satysfakcjonujące ze względu na swoją intensywność, ale są także bolesne, wiążą się z pożegnaniem, z rozstaniem, śmiercią i końcem sezonu. Trudno jest mi mówić o satysfakcji, gdy część mnie bawi się doskonale, ale druga część tonie we łzach… Czy taki emocjonalny masochizm może być w istocie satysfakcjonujący? Cóż… To specyficzna forma satysfakcji! Nie ma chyba finału, który byłby dla mnie perfekcyjny, bo często dobra jest jego połowa, a druga pozostawia pewien niedosyt.

Pomijając jednak niedoskonałe odcinki, niedoskonałe efekty i kosmetykę w ogóle czy też niedoskonałe rozwiązania fabularne, po głębokim namyśle… Wydaje mi się, że mam dwa ulubione zwieńczenia sezonów. Moja opinia na ten temat ma (z czego świetnie zdaję sobie sprawę) charakter absurdalnie sentymentalny. Świadoma mankamentów ich, nie mogę się jednak wyrzec irracjonalnego dreszczyku na myśl o dwóch finałach: Armia duchów/Dzień zagłady („Army of Ghosts”/„Doomsday”) oraz Utopia/Odgłos bębnów/Ostatni z Władców Czasu („Utopia”/„The Sound of Drums”/„Last of the Time Lords”). Pożegnanie z Rose, a zarazem niejako z pierwszym, beztroskim etapem obcowania z serialem pozostawiło mnie w stanie głębokiego wstrząsu i do dziś, słysząc muzykę z odcinka Dzień zagłady, czuję pustkę, którą pozostawił po sobie ten finał. Odcinki, w których po raz pierwszy spotkałam się z Mistrzem, także wyjątkowo mnie urzekły. Nie dlatego, że były idealne, bo do ideału jest im naprawdę daleko, ale dlatego, że bawiłam się doskonale i dałam się porwać bez reszty koszmarowi beznadziei, zagłady, przytłaczającej klęski, a pod koniec także obrazowi tej przedziwnej śmierci, nad którą Doktor tak rozpaczał, czego wówczas (gdy oglądałam te odcinki po raz pierwszy) nie potrafiłam pojąć. Być może nie rozumiem tego tak naprawdę nawet teraz.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wspomniała o połówkach, czyli finałach doskonałych w połowie. Konkretnie w pierwszej połowie, czyli Dar niebios („Heaven Sent”) oraz Gdybyśmy czasu mieli więcej („World Enough and Time”). Oba były estetycznie przepiękne, narracyjnie doskonałe, muzycznie idealne, aktorsko cudowne i niezwykle angażujące emocjonalnie. Gdyby ich „drugie połówki” były tak samo dobre, to oba finały byłyby moimi faworytami. Jednak… Cóż, zabrakło połowy!

Zdecydowanie największym rozczarowaniem dla mnie był finał sezonu ósmego (oraz zdecydowana większość samego sezonu), czyli Ciemna woda/Śmierć na niebie („Dark Water”/„Death in Heaven”). Nie byłam w stanie zaakceptować Missy (ale to nie nowość – Mistrza też początkowo nie znosiłam… W obu przypadkach zmieniłam zdanie!), wątek Danny’ego Pinka był koszmarny, Clara doprowadzała mnie do szału, a Cybermeni byli „wiatropylni” i zarażali cmentarze… Wiatropylni… Cybermeni… Nie, dalej nie jestem w stanie o tym myśleć inaczej, jak tylko w kategorii abominacji!

Dominek: Największe finałowe rozczarowanie… Chyba finał trzeciej serii. O ile zakończenie wątków takiej pierwszej było tragiczne – deus ex machina plus numer z napisami, bez którego wszystko poszłoby taką samą drogą – o tyle cała finałowa przygoda była okej. A w serii trzeciej dostaliśmy coś dużo gorszego: centralnym punktem tegoż finału była bowiem nieudana parodia Mistrza. Ostatecznie pokonana siłą miłości całego świata. Wspominanie o tym boli tym bardziej, gdy człowiek sobie przypomni, że Utopia to był niezły epizod.

A które finały były dla odmiany w moich ślepskach najlepsze? Nie będę zbyt oryginalny: zakończenie serii dziewiątej. O Rassilonciu, jakie to dobre było. Dar niebios („Heaven Sent”) nie bez kozery jest przez wielu nazywany najlepszym epizodem wszech czasów, a Z piekła rodem („Hell Bent”)… Kocham to, jak Moffat wytarł podłogę hejterami w tymże. To oczywiście tylko dodatek do całości: pokazania, w jaką furię może wpaść sprowokowany Doktor oraz długo oczekiwanego powrotu Gallifrey.

Artur: Strasznie trudno wybrać tylko jeden najlepszy. Zły wilk/Każdy swoją drogą („Bad Wolf”/„The Parting of the Ways”) to mój pierwszy finał, zwieńczenie mojej ulubionej ery serialu – kulminacja wątku wojennej traumy Dziewiątego Doktora w absolutnie koszmarnej decyzji niezabicia Daleków, zalążek motywu „towarzyszka staje się równa Doktorowi” w postaci Rose władającej mocą Wiru Czasu*, pastisz Big Brothera… jest tu wszystko. Honourable mention należy się Odgłosowi bębnów/Ostatniemu z Władców Czasu („The Sound of Drums”/„Last of the Time Lords”), bo to od początku do końca kompletne szaleństwo ze świetnym soundtrackiem i Johnem Simmem – jeśli mam wybierać, to wolę rzeczy interesujące niż dobre, a ten finał był bardzo interesujący. Dar niebios/Z piekła rodem („Heaven Sent”/„Hell Bent”) to z kolei pożegnanie najlepszego duetu doktorowo-towarzyszkowego i doprowadzenie do perfekcji tego, co rozpoczął Davies – Clara po prostu staje się nowym Doktorem, z własną TARDIS i towarzyszką. Jednak o palmę pierwszeństwa w moim sercu z finałem serii pierwszej walczy Gdybyśmy czasu mieli więcej/Upadek Doktora („World Enough and Time”/„The Doctor Falls”). Jak można wnioskować na podstawie tego akapitu, myślę o finałach przede wszystkim w kontekście wybrzmiewania wątków poszczególnych postaci – i finał dziesiątej serii oferuje pod tym względem mnóstwo dobra. Kiedy patrzę na Dwunastego Doktora mówiącego o dobroci (kindness) – aż nie sposób uwierzyć, że dwie serie temu był on gburowatym doktorem House’em w kosmosie, szczycącym się swoją obojętnością – serce mi rośnie. Później łamie się, kiedy Missy, choć Doktor nigdy się o tym nie dowie, staje po jego stronie, dokładnie tak, jak chciał – bez świadka, bez nagrody. A na koniec wyrywa mi się z piersi i pędzi w radosną podróż po wszechświecie, kiedy skorupa Cybermena – symbol uniformizacji, odcięcia od emocji i intymności – pada na ziemię, a Bill zostaje pocałowana przez swoją kosmiczną dziewczynę i obie mogą wreszcie ruszyć przed siebie. Jeśli dodać do tego mojego ulubionego Mistrza, który musi spojrzeć prawdzie w oczy i zaakceptować fakt, że „przyszłość cała będzie dziewczyńska”, wychodzi finał doskonały. Taki, który mogę docenić nie tylko na poziomie intelektualnym, ale który szarpie mnie za emocje jak żaden inny finał Moffata, może żaden inny jego odcinek. Finał pierwszej serii wskazuję jako swój ulubiony z przyczyn ideologicznych – żeby istniał jakiś głos doceniający Daviesa, doceniający Dziewiątego Doktora – ale w tajemnicy chyba będę ten finał lubił bardziej. Nie mówcie nikomu.

* Słownik terminów literackich (zgadza się, wyciągam słownik do pomocy, cicho, to poważna sprawa) definiuje deus ex machinę jako „wszelkie nagłe zwroty akcji nie pozwalające się wytłumaczyć w kategoriach logiki jej rozwoju; w szczególności niespodziewane rozwiązanie spowodowane czynnikami, które uprzednio nie znajdowały się w polu przedstawienia”. Numinotyczna moc TARDIS, która może wpływać na rzeczywistość i dawać ludziom to, czego potrzebują (choć zawsze z jakąś ceną), została dobitnie zademonstrowana w Atomowym mieście („Boom Town”). W związku z tym gorąco protestuję przeciwko nazywaniu deus ex machiną Złego Wilka. Choć oczywiście w sensie zupełnie dosłownym jest to bogini wychodząca z maszyny – więc proponuję nowy termin, dea ex machina, oznaczający bohaterkę obdarzoną boską mocą przez niebieską budkę.

Jeśli chodzi o finał najgorszy… Na pewno wskazać mogę Ślub River Song („The Wedding of River Song”). Bardzo mi się z reguły podoba w finałach Moffata (przynajmniej do pewnego momentu) tworzenie rozbudowanego, epickiego, ekscesywnego tła dla osobistych, kameralnych historii bohaterów. Świetnie to działało w Wielkim wybuchu („The Big Bang”), natomiast w Ślubie… nie działa. Za mało treści, za dużo strojącego fochy Doktora („– Cały wszechświat ci pomoże! – Nieprawda, nikt mnie nie kocha!”) i zwrotów akcji polegających na kłamaniu widzom w żywe oczy („Powiedzieliśmy wam wprost na samym początku, że umarł właśnie Doktor… ale nie, tak naprawdę to był robot sterowany przez ludzi-miniaturki! Zaskoczeni? Cóż za zwrot akcji!” – aż chce się cytować Bob’s Burgers: „Nie, to kłamstwo. Kłamstwo nie jest zwrotem akcji”). Nawet to fiasko blednie w mojej pamięci, jeśli zaliczyć do finałów Czas Doktora („The Time of the Doctor”) – pełen niepokojących seksualnych żarcików, których ofiarą pada przede wszystkim Clara (klepanie po pośladkach przed rodziną, nieuświadomiona nagość w miejscu publicznym), a do tego przesadnie sentymentalny. Wiele osób narzeka na Koniec czasu („The End of Time”) – na mnie taki sam efekt wywiera właśnie Czas Doktora. Zdecydowanie wolę angstowe „Nie chcę odchodzić” od pełnego samozadowolenia „Zawsze będę pamiętał, kiedy Doktor był mną”.

Clever Boy: Uwielbiam finałowe odcinki, może dlatego, że czekam na opad szczęki. Ale chciałbym polecieć od początku. Finał pierwszej serii był średni, bardziej podobała mi się pierwsza część niż druga. Rose magicznie ratująca Doktora to najprostsze z możliwych rozwiązań, szkoda, że Dziewiąty musiał zapłacić za to taką cenę. Armia duchów/Dzień zagłady trzymały w napięciu, a scena pożegnania z Rose za każdym razem rozrywa mi serce. Trzyczęściowy finał trzeciej serii to masakra, to ten finał jest dla mnie najgorszy, choć rozwiązanie zagadki YANA było bardzo ciekawe, cieszy mnie także powrót Jacka. Dochodzi tam jednak do masy absurdów. Nigdy nie polubiłem Mistrza Simma (w czasach Moffata jest dla mnie świetny) i nie podobał mi się jako główny antagonista. Najlepsze, co wynika z tego finału, to odejście Marthy. Uwielbiam tę scenę, jest dojrzała i piękna. Czwarta seria stworzyła fantastyczny finał – mogę oglądać go w kółko. Zarówno Skradziona Ziemia, jak i Koniec podróży doskonale mnie bawią, uwielbiam te napięcia, ten cliffhanger, czuję zagrożenie dla bohaterów, to świetne podsumowanie czterech serii. Brakuje mi tego, że gdy Moffat przejął stery, postacie już się ze sobą nie spotykały. O Końcu czasu wolałbym zapomnieć i nie wspominać. Otwarcie Pandoriki/Wielki wybuch były świetne, to było coś świeżego, zaskakującego. Historia trzymała w napięciu i zaskakiwała pomysłami Moffata. Przy Ślubie River Song coś się popsuło, tutaj definitywnie powinna powstać dwuczęściowa opowieść. Wszystko rozgrywało się za szybko, chociaż sposób wydostania się z sytuacji przez Doktora był ciekawy i mnie zaskoczył, jest to najsłabszy finał Moffata. Bardzo lubię oglądać Imię Doktora, chociaż rozwiązanie zagadki Clary trochę mnie rozczarowało (wszystko przez to, że ekipa opowiadała, że możemy znaleźć różne wskazówki do rozwiązania, co w sumie nie było prawdą). Bardzo lubię ten odcinek i cieszy mnie powrót River. Czas Doktora był piękną opowieścią, miejscami przydługawą. Rozwiązanie fabularne, czyli modlitwa Clary do Władców Czasu, jest dla mnie jednak żenujące. Ale odcinek potrafi wzruszać, najbardziej w ostatniej scenie w TARDIS, gdzie za każdym razem wylewają się ze mnie potoki łez. Świetnie wspominam także finał 8 serii, chociaż uważam, że pierwsza część była lepsza. Missy od początku bardzo mnie intrygowała i nie mogłem się doczekać, aż poznamy jej tożsamość. Michelle Gomez kradnie każdą scenę i mogę oglądać je w kółko z taką samą radością, jak za pierwszym razem. Ten finał zyskałby w moich oczach bardziej, gdyby to był rzeczywisty koniec przygód Clary jako stałej towarzyszki. Szkoda, że tak się nie stało. Później przyszła przecudowna perełka – Dar niebios. Uwielbiam ten odcinek, to jeden z najlepszych, jakie napisał Moffat i również mogę oglądać go w kółko, chyba nigdy mi się nie znudzi. Natomiast jego kontynuacja to totalne rozczarowanie. Ten odcinek jest trochę smutny, podoba mi się zakończenie. Chociaż wolałbym, żeby Clara nie miała możliwości odbycia innych przygód. Niestety ten odcinek strasznie mnie nudzi, zupełnie mi nie podszedł. No i na końcu tegoroczny finał. Gdybyśmy czasu mieli więcej oraz Upadek Doktora to dwa piękne cuda. Uwielbiam te odcinki. Oba niesamowicie trzymają w napięciu i chce się więcej. Zakończenie historii Bill jest przepiękne, przemowa Doktora jest dla mnie mega wzruszająca, tutaj każdy gra na wysokim poziomie. Missy i Mistrz to moi ulubieńcy. To była po prostu dobra zabawa i świetna jazda bez trzymanki. Aż chce się takich odcinków więcej! Dlatego stawiam finał czwartej i dziesiątej serii na równi. Nie potrafię zdecydować.

K.: Zdecydowanie kocham finał Dziewiątego, z wielu powodów, ale nigdy decyzja Doktora o niezabijaniu Daleków w tym odcinku nie przestanie mnie poruszać. I zdecydowanie popieram Artura w kwestii definiowania deus ex machina i trochę nie rozumiem w ogóle, dlaczego rozwiązanie z Rose jest krytykowane, przecież dało nam same dobre rzeczy: dowód na to, że Rose jest faktycznie bystra, nieustraszona i warta podróżowania z Doktorem, nawet jeśli bez pomocy TARDIS nie umie mu pomóc i dowód na to, że Doktorowi naprawdę na niej zależy i taki piękny w sumie powód do regeneracji… Ten finał na pewno jest na moim podium. Choć lubię wszystkie finały RTD, chyba żaden mnie już tak później nie zachwycił. U Moffata zdecydowanie wolę zaś finały Dwunastego, pierwsze dwa za opieranie się emocjonalnie głównie na jego relacji z Clarą (uwielbiam ten duet), a ostatni za wszystko, co padło już wyżej. Natomiast zdecydowanie najmniej lubianym przeze mnie finałem jest Ślub River Song, mam wrażenie, że jest jakąś kompilacją najgorszych cech scenariuszy Moffata, zaczynając od prowadzących do niczego rozmachu i dramatyzmie, a kończąc na całkowitym zignorowaniu wątków, które mogłyby być faktycznie poruszające emocjonalnie. Ale nie nazwałabym go strasznie złym odcinkiem, raczej odcinkiem ze strasznie zmarnowanym potencjałem.

Pegaz: Mnie najlepiej jest pytać, który finał jest akurat teraz moim ulubionym/najmniej ulubionym. Sporo zależy od moich obsesji, a z nimi różnie bywa. Na chwilę obecną uwielbiam finał trzeciej serii (bo dużo pewnej inkarnacji Mistrza i jednak przeszłość Doktora) i finał serii dziesiątej (bo pewna inkarnacji Mistrza i KLIMAT).

Za którym finałem aktualnie nie tęsknię? Na pewno nie chcę wracać do finału serii czwartej. Musi mieć z tym coś wspólnego Rose, bo nie należy ona do moich ukochanych postaci.

 

Ewelinkja: Ciężko mi się zdecydować, bo finały to zawsze ogromne emocje… Muszę jednak przyznać, że Ślub River Song mnie zawiódł. Zaczynało się fajnie, było nawet ciekawie, ale potem wszystko tak okropnie pędziło, że nie było czasu się pozachwycać i na dobrą sprawę wczuć. Sam ślub był po prostu straszny… Czekałam na ten moment od początku ich historii, bo uwielbiam River, ale to co tam się wydarzyło po prostu… meh.. Ta scena mocno podtrzymuje mój ambiwalentny stosunek do Jedenastego. Właśnie przez to, w jaki sposób traktuje River i jak się do niej odnosi, nie mogę się do niego przekonać…
Nie lubię też Czasu Doktora. Prawdę mówiąc, zmusiłam się jedynie do dwukrotnego obejrzenia tego odcinka i to chyba najgorszy wynik, bo wszystko oglądałam wiele razy, a ten odcinek… Jakoś się dłuży, zupełnie mnie nie porusza i skupiłam się tylko na tym, żeby już w końcu się zregenerował.

Jeśli chodzi o finał najlepszy, to w tej chwili jest to finał dziesiątej serii. Ile razy go nie oglądam, to ryczę jak bóbr. To poczucie, że już koniec, że wszystko zmierza ku zagładzie. Sytuacja jest beznadziejna, a walka Doktora to tylko takie robienie tego, co należy, choć niewiele to pomoże. Poza tym Mistrz i MIssy… Pierwsza część finału była naprawdę przerażająca. Druga wyciska ze mnie morze łez i zawiera pożegnania, na które nie jestem gotowa.


Ciąg dalszy nastąpi, ale wy już możecie kontynuować dyskusję w komentarzach. Jaki jest wasz ranking finałowych odcinków?

 

Daj na ciastko!