K. recenzuje pierwszą, zaskakująco satysfakcjonującą powieść o bohaterach spin-offu Class – Joyride autorstwa Guya Adamsa.

Recenzja nie zawiera spoilerów do fabuły powieści, ale mogę spoilerować sam serial.

Cicha i opanowana dziewczyna kradnie samochód i z obłąkańczym śmiechem władowuje się nim w sklepową witrynę. Zwyczajny, sympatyczny chłopak radośnie morduje całą swoją rodzinę. A to dopiero początek coraz bardziej niepokojących zdarzeń dotykających bezpośrednio uczniów Coal Hill. Kto i dlaczego wpływa na czyny młodych ludzi? Skąd bierze się dziwaczne zachowanie April i czemu Ram nie pojawił się w szkole? A może tym razem to wcale nie jest wina istot z innego świata…

Kuriozalnie, pierwszą reakcją matki Poppy, kiedy dotarła do niej wiadomość było: Ale ona nie miała prawa jazdy! Mówi się, że szok robi z ludźmi dziwne rzeczy.*

Bizarrely, the first thing out of Poppy’s mum’s mouth when she hears the news is ‘But she hasn’t passed her test.’ They say shock does strange things.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie uwielbiam nowego spin-offu Doktora Who. Class okazało się zaskakująco dobrze napisanym i miejscami sporo mroczniejszym od Doktora serialem, który mimo osadzenia akcji w liceum, nie boi się traktować poważnie młodych ludzi i ich problemów. Duża w tym zasługa Patricka Nessa, doświadczonego pisarza z gatunku Young Adult, ale jako że nie on jest autorem trzech powieści będących uzupełnieniem serialu, spodziewałam się sporego spadku w jakości historii. I dzięki temu mogłam dać się całkiem pozytywnie zaskoczyć.

Jeszcze jedno dziwaczne zdarzenie, kolejny element, który nie pasował do Świata Według Rama. Coś innego, w co próbowano go wciągnąć. Coś, co próbowali uczynić jego problemem. Próbowali. Ram po prostu chciał odzyskać swoje życie i choćby nie wiadomo, jak próbował, nie miało się to zdarzyć.

Some other bit of weirdness, something else that didn’t fit in The World According to Ram. Something else he was being dragged into. Something they were trying to make his problem. Trying. Ram just wanted his life back, and all the trying in the world wasn’t going to make that happen.

book cover of Joyride Zawsze mam straszny problem z ocenianiem powieści, które czytam po angielsku. Od czasu, gdy uczyłam się płynnego czytania w tym języku na fanfikach i kiepskich powieściach z Dziesiątym, minęło już kilka lat, ale wciąż ciężko mi ocenić, na ile jest to dobra stylistycznie książka, a na ile nie dostrzegam po prostu jej językowych wad. Joyride napisana jest, jak większość powieści uzupełniających Whoniversum, dość prostym językiem, ale równocześnie widzę w niej konsekwentny styl. Zawiera dużo zaskakujących i czasem bardzo rozbudowanych metafor i więcej niż sugestywne, nieraz makabryczne opisy. Jeśli chodzi o estetykę i brutalność akcji, to od początku powieść jest bardzo blisko serialu, co zdecydowanie liczy się jej na plus. Dialogi brzmią naturalnie, a choć autor nie sili się na wiele żartów (to trochę nie ten rodzaj opowieści), to miejscami zdarzyło mi się parsknąć. Co ciekawe, nie jest to też powieść nastawiona na wielki plot twist – już gdzieś w połowie sama zagadka właściwie się wyjaśnia i tym większe uznanie dla autora, że udaje mu się utrzymać zainteresowanie czytelnika, trochę nas zwodząc, trochę zestawiając ze sobą kontrastujące obrazy w kolejnych rozdziałach. Same rozdziały są natomiast bardzo krótkie, nazwane przykuwającymi uwagę tytułami i przeskakujące między kolejnymi perspektywami bohaterów, jakby autor spodziewał się, że współczesny czytelnik może się szybko znudzić. Podsumowując, czerpałam pewną przyjemność już z samej warstwy tekstowej i choć wyobrażam sobie, że przy czytaniu tłumaczenia ten styl mógłby mnie trochę irytować, tak w czytanej dla rozrywki powieści po angielsku zdecydowanie zdaje egzamin.

Salon jest nawiedzony przez irytujących młodych ludzi. (…) Jeden to chłopiec będący Charliem w równym stopniu, w jakim ona jest panią Quill. Jest tym, który ją zniewolił, władcą upadłych poddanych, księciem martwego świata, sporadycznie sprzątającym w swoim pokoju. Drugi to jego nieznośnie ładny chłopak Matteusz. Jest Polakiem, co, jak zdążyła zrozumieć Quill, oznacza, że jest człowiekiem, ale używa odrobię mniej spójników.

The front room is infested with annoying young people. (…) One is the young man who is as much ‘Charlie’ as she is ‘Miss Quill’. He is the enslaver, ruler of a toppled people, prince of a dead world and infrequent tidier of his room. The other is his insufferably pretty boyfriend Matteusz. He is Polish, which, as far as Quill can tell means he’s human but uses slightly less conjunctions.

Jeśli chodzi o samą fabułę, to myślę, że ta historia spokojnie mogłaby stać się odcinkiem serialu (albo i np. doktorowym słuchowiskiem), ale równocześnie autor umiejętnie wykorzystuje powieściową narrację na potrzeby tej opowieści. Również bardzo doktorowa jest sugestia, że największym zagrożeniem dla człowieka jest on sam, ze swoim okrucieństwem i pragnieniami… Ciężko powiedzieć coś więcej bez zdradzania zbyt wiele, ale choć powieść obfituje w pościgi, poszukiwania i bójki, tak naprawdę wszystko sprowadza się do odsłonięcia bardzo nieprzyjemnej prawdy o nas samych. I choć może sam pomysł nie jest bardzo świeży, to bardzo dobrze dopasowuje się do tego świata udręczonych nastolatków. Głównym twórcą napięcia nie jest jakiś wielki fabularny plot twist, ale raczej niepewność, jak zachowają się bohaterowie rzuceni w kolejną ekstremalną sytuację. I choć wiemy przecież, że wszyscy na koniec przeżyją, to autorowi udaje się nawet wykreować kilka sytuacji, w których nie jesteśmy do końca pewni ich losu. Ostatecznie najbardziej rozczarowujące jest samo rozwiązanie akcji, o wiele krótsze od bardzo dobrego wstępu, sprawiające trochę wrażenie, jakby autor uświadomił sobie, że musi się zmieścić w określonej objętości i określonym deadlinie. Nie jest to jakoś bardzo bolesne, ale moim zdaniem zakończenie jest najsłabszym elementem tej naprawdę niezłej powieści.

April (…) ma ochotę się rozpłakać. Ale to ostatnia rzecz, której potrzebuje teraz jej mama, więc zrobi to, co zawsze: będzie udawać, że wszystko jest w porządku. Da radę, zawsze daje radę, to jej supermoc. A poza tym nie będzie przecież płakać tak naprawdę z powodu pizzy, więc czemu w ogóle dawać tej głupiej zwęglonej masie satysfakcję?

April (…) wants to cry. But that’s the last thing her mum needs right now so she’ll do what she always does: pretend everything is OK. She can do that, she’s always able to do that, it’s her superpower. Besides, she won’t be crying over the pizza, not really, so why give the charcoal git the satisfaction?

Przyznam szczerze, że sięgnęłam po powieść z sympatii do serialowych bohaterów i cieszę się, że odnalazłam te postaci, nie tylko oddane bardzo wiernie, ale i odrobinę pogłębione. Dowiadujemy się trochę o tym, co przeżywał Ram po drugim odcinku, dostajemy całkiem sporo wglądu w głowy April i Charliego**, kilka absolutnie przeuroczych scenek z Tanyą (i więcej jej braci) oraz dodatkowe informacje o tacie Rama. Również bohaterowie pojawiający się dopiero w powieści zostali napisani dość spójnie i choć nie ma zbyt wiele miejsca dla zarysowania ich charakterów czy historii, to potrafią budzić skrajne emocje. Ale zdecydowanie powieść wygrywają dla mnie fragmenty z perspektywy Quill. Tak jak w serialu jest ona niewątpliwie najjaśniejszym punktem obsady, tak w książce jest zdecydowanie najbardziej sarkastycznym i opanowanym narratorem. A równocześnie możemy też spojrzeć na nią od trochę innej, tej ukrywanej, bardziej emocjonalnej strony i to bardzo mnie cieszy.

(…) oni nie mają żadnego problemu. Przejmują się tylko swoimi latte z mlekiem sojowym i kopiami Metra. Ja przewodziłam armiom, walczyłam na wojnie, trzymałam w ramionach umierających kompanów i ruszałam znów do walki.

‘(…) ‘they don’t have a problem. They’re all about their soya milk lattes and their copies of the Metro. I’ve led armies, fought wars, I have held dying comrades in my arms and fought on.’ 

Bardzo się cieszę, że sięgnęłam po tę powieść. Jest raczej krótka (ok. 100 stron) i podzielona na kilkustronicowe rozdziały, co pozwala podczytywać ją w tramwaju czy na nudnych wykładach. Nie bolała mnie stylistycznie, zresztą Guy Adams jest pisarzem całkiem doświadczonym i cenionym przez BBC, więc nie powinniśmy oczekiwać niczego mniej. Zawierała mądrą refleksję, trzymające w napięciu przygody i dobrze napisanych bohaterów. A przede wszystkim pozwoliła mi pobyć jeszcze trochę w świecie Class i zapewniła dwie godziny naprawdę solidnej rozrywki. Zdecydowanie ją polecam, zwłaszcza tym, którzy chcieliby już obejrzeć drugą serię albo po prostu poćwiczyć angielski – do tego celu nadaje się z pewnością bardziej niż większość powieści dotyczących New Who.

Wszyscy gdzieś jesteśmy obcymi.

We’re all aliens somewhere.

*Tłumaczenie własne, powieść jest dostępna jedynie w oryginale.
** I nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o obecnej obowiązkowej scenie z cyklu „Matteusz głosem rozsądku”, mój ulubiony rodzaj scen, szkoda, że samego bohatera było raczej mało.


Uzależniona od herbaty, frytek, pisania i brytyjskich seriali. Kocha ludzi, teatr, wiedzieć więcej. Nie znosi fasolki, pesymizmu i źle napisanych dialogów.