Jeśli tego pragniesz, możesz to mieć. Kerblam!

Kerblam! to dziwny odcinek. Niby krytyka kapitalizmu, ale jednak nie do końca. Niby mówi o złej technologii i odpowiedzialności za nią, ale też nie całkiem. Scenarzysta chyba pogubił się w metaforze, którą chciał w tej historii zawrzeć; zabrakło jej dobrego wyłożenia pod koniec. A jednak mnie się ten odcinek podoba. Nie we wszystkim i nie nazwę go genialną historią – tak po prostu, zwyczajnie go lubię.

Kerblam! to nie Amazon. To porównanie jest bardzo łatwo wysnuć – w końcu i tu, i tam mamy do czynienia z ogromnym magazynem o nieludzkim podejściu do swoich pracowników. Inny jednak jest kontekst. Amazon to moloch naszego świata, gdzie nie ma powszechnej sztucznej inteligencji w rozumieniu typowym dla science fiction. Tu najważniejszy jest jeden człowiek, który ma w poważaniu ludzi pracujących na jego bogactwo; ludzi obdzieranych z godności w imię zysku jednej osoby. W Kerblam! nie ma odpowiednika Jeffa Bezosa. Jedyna dwójka ludzi, która jest za cokolwiek odpowiedzialna, to główny menedżer i dyrektorka HR, ale nie wydaje się, by mieli oni wiele do powiedzenia, niezależnie od swojego podejścia do pracowników firmy, którymi zarządzają. Najważniejsza jest sztuczna inteligencja – system, który chce tylko dostarczać przesyłki zgodnie z zamówieniami (a więc najważniejsi są klienci?), nigdzie zaś nie jest nam powiedziane, żeby dbał o zysk. Trudno zresztą wyobrazić sobie, na co pieniądze sztucznej inteligencji? Właściwie nie wspomina się tu o pieniądzach w kontekście innym niż wypłat pracowników, mimo że pieniądze muszą przepływać również na inne sposoby, skoro jest to sklep. Choć jednak praca w Kerblam! jest ciężka i niekoniecznie opłacana hojnie, to nikt nie mówi też o tym, że są to głodowe stawki. Nie ma tej wielkiej kapitalistycznej machiny w sensie pracowników pracujących na zysk firmy. Ten element być może został uznany za nieodpowiedni dla dzieci, do których skierowany jest serial. Niemniej faktem pozostaje, że (niezależnie od przyczyn takiego stanu) w efekcie mamy firmę, w której nikt nie mówi o zysku.

Tak naprawdę jednak główny problem tego świata przesunięty jest poza kadr. Na pierwszym planie mamy prostą zagadkę kryminalną (nie dziwi, że pojawia się nawiązanie do odcinka o Agacie Christie) z dość zakręconym rozwiązaniem, a gdzieś tam istnieje cały świat, w którym większość ludzi nie ma pracy. Lecz dlaczego jej nie mają? W jakich warunkach żyją? I dlaczego praca jest dla nich wartością, której chcą bronić? Dlaczego, wyemancypowawszy ludzką siłę roboczą dzięki rozwojowi sztucznej inteligencji, Kandokianie nie poszli dalej? Dlaczego w świecie, w którym człowiek nie jest do niczego potrzebny w żadnej firmie, walczono o to, by przynajmniej jakiś procent ludzkiej populacji planety mógł pracować? Na co komukolwiek w takim świecie potrzebny jest pieniądz? Skoro firmy rządzą się same? I dlaczego sukcesem ma być to, że jeden magazyn będzie od momentu interwencji Doktor rządzony przez ludzi?

Znów mamy motyw świata w rozpadzie, przewijający się przez kolejne odcinki. Jeśli to nie powróci w finale serii, będę zawiedziona i zła, bo jest to ten rodzaj wątku, który wrzuca się w tło po to, żeby w pewnym momencie poświęcić mu pełną uwagę. A tej pełnej uwagi Doktor jeszcze w moim odczuciu nie widzieliśmy. Po Kerblam! umacnia się we mnie poczucie, że w finale dokona się w Trzynastej przesilenie i tak jak do tej pory jest to Doktor łagodna, wiele odpuszczająca i właściwie niedziałająca, nieingerująca, tak w tych ostatnich odcinkach serii zobaczymy jej załamanie – w typowo doktorowym stylu – gdy nastąpi moment, w którym Trzynasta powie „dość”. Mam nadzieję, że tak będzie. Jakaś część mnie po tych siedmiu odcinkach nie do końca ufa Chrisowi Chibnallowi i będę patrzeć mu na ręce, ale też bardzo chcę, żeby pokazał nam, że Trzynasta jest Doktor do szpiku kości. I że nawet jeśli stara się być uprzejma i jest bardziej szczera i otwarta niż w poprzednich inkarnacjach, to jednocześnie, gdy jej cierpliwość się skończy, zobaczymy także, jak groźna w dbaniu o wszechświat wciąż potrafi być.

To jednak nadal jest tło i to, co z tego tła wyczytuję. Kerblam! tymczasem nie jest łatwym odcinkiem do lubienia tak po prostu. Choć na poziomie prowadzenia napięcia, pisania postaci i gry aktorskiej jest świetny, jego puenta stanowi odrobinę zbyt chaotyczną zbitkę. Z jednej strony więc bardzo lubię moment, w którym Doktor mówi Charliemu, że to nie system jest problemem, a ludzie. To znaczy lubię go na poziomie dosłownym. Jego antyczarnolustrowe przesłanie do mnie niezmiernie przemawia. To nie technologia jest wielkim złem świata – zło wynika z tego, jak z niej korzystamy i to my za to zło jesteśmy odpowiedzialni. Nie internet, nie sztuczne inteligencje, nie smartfony, laptopy, satelity czy teleskop Hubble’a. Nie ISS. My i tylko my. Jest też jednak zrozumienie niedosłowne tych słów Doktor – gdy mowa o neutralnych systemach, myślimy o kapitalizmie. I tu nie sposób zgodzić się z Doktor. Kapitalizm jest inherentnie zły, ponieważ w jego strukturę jest wbudowana ludzka krzywda. Tu niestety wymieszanie dwóch metafor łączy się w bardzo niezgrabny sposób. Charlie, młody aktywista, jest jednocześnie terrorystą – bo oczywiście można pokonać kapitalizm, tylko obracając ludzi przeciwko technologii, a nie przeciwko idei tego, że praca jest nam w ogóle potrzebna, kiedy to my jesteśmy potrzebni pracy. To my jesteśmy potrzebni naszym szefom. Lecz – jak już wspomniałam wcześniej – nie w tym świecie. W tym świecie ludzie nie są potrzebni kapitalizmowi w jakimkolwiek innym wymiarze niż kliencki. Do tego nie podoba mi się też wybrzmiewające trochę ze słów Doktor przekonanie, że młody bunt jest zawsze zły. To  przesłanie, kiedy tyle młodych ludzi buntuje się przeciwko zastanemu światu, wcale nie sięgając po środki, po jakie sięga Charlie, jest po prostu szkodliwe. W tym momencie zabrakło dla Charliego kontrapunktu albo przynajmniej powiedzenia przez Doktor, że można (a nawet należy) robić rewolucję, ale nie mordując innych ludzi.

Metafora gubi się też w braku zaadresowania tego, że zabicie Kiry przez system było złe, nawet jeśli było tylko skopiowaniem przez system ludzkich zachowań. Doktor wyjaśnia Charliemu, dlaczego system to zrobił, ale nie wspomina ani słowem, jak ona sama ocenia to moralnie. A powinna być o to na system równie wściekła, jak jest wściekła na Charliego. Ostatecznie cała jej przemowa wybrzmiewa tak, jakby ten postępek sztucznej inteligencji był słuszny. Oko za oko, ząb za ząb to jednak nie jest credo Doktor i wolałabym, żeby się nim nie stawało.

Jest też ten odcinek do pewnego stopnia pochwałą konsumpcjonizmu. Jak głosi motto Kerblam!, „Jeśli tego chcesz, my to mamy!” („If you want it, Kerblam it!”) – to proste reklamowe hasełko namawiające do zakupu, który, jak zdaje się ono mówić, jest bardzo łatwy. Podbija je radość Doktor z otrzymanego fezu i jej zachwyty Kerblam Menami, a jeszcze dobitniej wbija nam je do głów radość Kiry z prezentu, który zdarzyło jej się raz otrzymać. Ten motyw nie wychodzi na pierwszy plan, niemniej znów zabrakło tu wskazania, że to ludzie czynią Kerblam! w ogóle potrzebnym. To ich pompowanie pieniędzy w tę machinę, gdy samej firmie te pieniądze zdają się nie być potrzebne do czegokolwiek poza wypłatami dla swoich ludzkich pracowników, napędza kapitalistyczne perpetuum mobile. Gdzie najwyraźniej nikt nie odbiera żadnych dostaw do magazynu, co sugeruje, że tych dostaw nie ma? A przynajmniej, że jeśli są, to nie są w Kerblam! w żaden sposób ważne czy powiązane z pieniędzmi, co jest piramidalną bzdurą. Wciąż jednak, jeśli przyjąć na wiarę, że te dostawy się pojawiają – skoro powinny, kiedy się już o tym pomyśli – stanowią część systemu opartego na (często indukowanych reklamami) potrzebach klientów magazynu. Jednak najbardziej nieprawdopodobny element całej układanki to wspomniane już przeze mnie zniknięcie ludzkich prezesów, którzy mogliby cały system wykorzystywać dla własnego zysku (ponownie, Kerblam! to nie jest Amazon). Gdyby jednak oficjalnie zabrać z całego systemu pieniądze, gdyby Doktor powiedziała nam, nie, Kerblam! nie jest jak ziemskie magazyny, bo tu nikt na niczym i nikim nie zarabia, odcinek może utraciłby rację bytu, ale co za interesujący świat by nam pokazał. Taki, w którym zamawianie rzeczy, których pragniemy – dla siebie czy dla innych – wynikałoby wyłącznie z chęci sprawienia przyjemności, nie zaś konsumpcyjnej potrzeby napędzanej wszechobecnymi reklamami.

Ostatecznie Kerblam! to ledwie połowiczna krytyka kapitalizmu, bardziej skupiona na opowiedzeniu fajnej, porywającej historii (co odcinkowi całkiem zgrabnie wychodzi) niż głębokiej analizie, czym w ogóle ten kapitalizm jest i jakie są implikacje tego, że większa część ludzkości w galaktyce nie ma pracy, a pozostała ma pracę tylko dlatego, że ją wywalczyła. I choć wciąż będę Kerblam! lubić, to na poziomie koncepcyjnym czekam na dopowiedzenie mi, co się dzieje z tym wszechświatem, że gdzie nie spojrzeć, tam wszystko się sypie. A co, być może, mam nadzieję sprawi, że jeszcze zupełnie inaczej spojrzę na jedenastą serię.

Daj na ciastko!


Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają współpracy.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who