W ramach akcji promującej tomik poezji Now We Are Six Hundred Jamesa Gossa (pisaliśmy o nim m.in. tutaj) były showrunner serialu, Russell T Davies, został zapytany, który z odcinków Doctor Who przez siebie napisanych uznałby za ulubiony. Jego era dała nam wiele niesamowitych historii, włączając w to Złego Wilka („Bad Wolf”)/Każdy swoją drogą („The Parting of the Ways”), Północ („Midnight”) i Wody Marsa („The Waters of Mars”) – jednakże Davies wybrał niedoceniany odcinek z niekonwencjonalnej przyczyny:

To trudne pytanie, ponieważ wszystkie są moimi dziećmi, a nie można mieć wśród dzieci ulubieńców… Nie, a właśnie że można! Odcinek, do którego mam szczególną sympatię i sentyment, to Korek („Gridlock”). Dlatego, że to mój pierwszy scenariusz, który ukończyłem w całości w Cardiff. Często podróżowałem między Manchesterem a Cardiff, a ten skończyłem właśnie w Cardiff, dlatego tak go lubię. Pisanie go było jednocześnie szalone, niesamowite i bardzo, bardzo trudne do realizacji dla ekipy. Opowiada on o dwudziestotrzyletnim korku, to mogło zadziałać tylko w Doctor Who. Na pewno by nie przeszło w Star Treku! Idealny scenariusz dla Doctor Who.

Odcinek został wyemitowany w 2007 roku. Powrócił w nim potwór z klasycznych serii, Macra, który ostatni raz na ekranie pojawił się w 1967 roku w historii The Macra Terror. Wszystkie odcinki tej historii zaginęły.

Korek („Gridlock”) jest ponurą alegorią społeczeństwa, porusza tematy uzależnień, klasowego systemu społecznego oraz porwań, dotyka również takich kwestii jak nadzieja, wiara i odkupienie.

Całego podcastu możecie posłuchać tutaj:

Jaki jest wasz ulubiony odcinek napisany przez Russella T Daviesa?

Źródło: The Doctor Who Companion

PATRONITE


Geek-Teen który kocha wszystkie brytyjskie produkcje. Wielki fan SuperWhoLock, oraz zawodowy pijacz kawy i herbaty.
  • Ojej, zdecydowanie nie potrafię wybrać jednej.

    Tak się składa, że Gridlock był pierwszym odcinkiem, który naprawdę głęboko mnie dotknął. Cała ta wizja korka do mnie naprawdę przemówiła, wiem, jak to jest, gdy człowiek jedzie pięć kilometrów w pół godziny i ma wrażenie, że nigdy nie dojedzie. Do tego te dywagacje na temat wiary, rozwój relacji między Doktorem i Marthą, doskonałe obrazy – Doktor skaczący po pojazdach, niebo otwierające się nad autostradą… Do tego powrót Twarzy z Boe i trochę smutku na koniec. Jednym słowem, odcinek doskonały.

    Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o Midnight, odcinku wyjątkowym, jednym z najbardziej przerażających, bo pokazujący naszą naturę. Zostaje po nim niesmak, poczucie winy i trochę strachu, że być może my sami doprowadzilibyśmy kiedyś do śmierci Doktora. Odważny ruch z uczynieniem potworami ludzi, i jednocześnie bardzo dobre wykonanie – bohaterowie są na tyle sympatyczni, żebyśmy czuli, że nie są żadnymi psychopatami, tylko się boją, i w zasadzie każdy z nas mógłby być na ich miejscu. Psychologicznie w punkt.

    Ogromnie mi się podoba Turn Left (choć bawi mnie, że Sylvia myślała, że jej rodzina dostanie cały dom dla siebie. Jasne, że spanie na podłodze w kuchni jest poniżej oczekiwanych standardów, ale kurczę, dom? Dla każdego z milionów osób z południa?) i Love and Monsters (tak, tak), za to, że są inne i opowiadają nam coś z innej, nowej perspektywy. Elton to wspaniała postać, a cały odcinek z nim to jedno wielkie burzenie czwartej ściany.

    Z otwarć sezonów najbardziej lubię Smith and Jones. Szpital na księżycu, pomysł świetny wizualnie i koncepcyjnie – szpitale znamy, księżyc też nie jest tak obcy jak dalsze ciała niebieskie, a jednak postawienie tego szpitala na srebrnym globie jest tak niezwykłe… To jest właśnie to, czym dla mnie jest Doktor Who – nie lądowaniem na obcych planetach z dziwnymi obcymi, tylko szukaniem niezwykłości w zwykłych rzeczach, znajdowanie ludzkich problemów daleko od Ziemi. Musi być to połączenie z Ziemią, z tym, co nasze, tylko wtedy można wywołać zaangażowanie i emocjonalne reakcje. Cudowne przedstawienie Marthy (która znajduje chwilę, by docenić, że jest na księżycu) i jej rodziny (ta seria telefonów mówi tak wiele), dynamiczna akcja i trochę heroizmu. Z finałów chyba nie jestem w stanie wybrać ulubionego, może trzeci sezon? Utopia jest takim odcinkiem, od którego nie mogę oderwać oczu, wizualnie bardzo mi się podoba, no i aktorsko.

    Z odcinków świątecznych – Voyage of the Damned (mój ulubiony żart ever z Doktorem, który w wigilię oryginalnego Bożego Narodzenia dostał ostatni wolny pokój) i Waters of Mars, o którym powiedziano już tyle, że chyba nie ma potrzeby się rozpisywać. Genialny pomysł.

    Mam sentyment do The End of the World, który może mógłby być bardziej dynamiczny, ale uwielbiam wszystkie dialogi. New Earth też jest zresztą doskonałe, lekkie, ale niepozbawione poważniejszych momentów. W ogóle to uwielbiam u Russella: potrafi w jednym odcinku stworzyć nowe postacie, które staną się nam bliskie, rozwinąć postacie główne, powiedzieć coś o nas jako ludziach albo naszym społeczeństwie, dodać trochę żartów, trochę zasmucić. Do tego świetnie operuje obrazami (widać, że to również rysownik) – ściana dzieląca Doktora i Rose jest chyba najpotężniejszym z nich. Nie mogę znaleźć ani jednego napisanego przez niego odcinka, który by mi się nie podobał.

    • CooxJonural

      Aż się zalogowałam na Disqus żeby dać ci plusa :) Dobrze powiedziane, chociaż co do Love & Monsters mam inne zdanie :D

      • Wiem, że z Love and Monsters jestem w mniejszości :) *proszę ominąć nawias, jeśli nie chce się słuchać dalszego zachwalania tego odcinka* (Chociaż ta scena, gdy Elton ma „podejść” Jackie metodą pięciu kroków, a ona sama podręcznikowo nawiązuje kontakt i mu te kroki wypełnia, zawsze bawi mnie tak samo. Albo „jak znaleźć jedną osobę w kilkumilionowym mieście?” i pierwsza spotkana osoba: „To Rose Tyler, mieszka tam” :D Ten odcinek jest tak świadomą grą z serialowymi sztuczkami i schematami, że ten zielony, groteskowy potwór w ogóle mi w nim nie przeszkadza. A jeszcze w paru miejscach jest poważnie. No perełeczka.)

        Fajnie, że w innych miejscach się zgadzamy :) Nigdy nie mam dość zachwalania mojego ulubionego scenarzysty, ale to chyba widać :D

        • CooxJonural

          Mi najbardziej w tym odcinku przeszkadza końcówka, z tą dziewczyną jako płytą chodnikową. I ta ich sugestia o życiu miłosnym. Ten dziwny potwór odcinka jest na 2 miejscu. Od L&M wolę jednak tę dwu częściówkę z 1 serii ze Slitinami, bo tam przynajmniej Harriet Jones była :D
          W sumie to jakby nad tym pomyśleć RTD mógłby pisać coś z groteskowym humorem, bo myślę że to mu wychodzi naprawdę dobrze. Może jakiś miniserial? Coś takiego mogłabym oglądać, bo też uwielbiam tę jego grę ze sztuczkami i schematami :)

          • W dwuczęściówce ze Slitheen lubię przede wszystkim to, że Rose wraca po dwunastu miesiącach jako zaginiona – i już się nie da tego odwrócić. Nie mogą wsiąść do TARDIS jeszcze raz i wylądować pięć minut po wystartowaniu z pierwszego odcinka. Pamiętam, jakie zrobiło to na mnie wrażenie za pierwszym razem, zrozumienie, że podróżowanie w czasie niesie ze sobą ryzyko, że nie zawsze trafisz z powrotem w swój czas i swoje miejsce. Że możesz stracić rok z bliskimi albo i więcej. Bardzo mi się to podobało, ja ogólnie lubię, gdy życie z Doktorem nie jest pokazywane jako jedno wielkie szczęście bez żadnych niebezpieczeństw.

            A Harriet Jones, wiadomo :D Fajnie, że jej postać powróciła w późniejszych odcinkach.

            • CooxJonural

              Właśnie! W nowszych seriach brakowało mi tego poczucia że życie na TARDIS może być niebezpieczne i problematyczne. Za to najbardziej lubię RTD, że nie resetował czasu co 5 minut i wszystko co się działo z bohaterami zostawało z nimi i miało na nich wpływ. A nawet jak czas się zresetował w 3 sezonie, to nadal miało to wpływ na Martę i jej rodzinkę, przez co zrezygnowała z podróży z nim. Zawsze zostawał jakiś impakt :) Coś czego mi brakuje właściwie w większości seriali, komiksów, filmów o podróżach w czasie

            • Może za mało sci-fi oglądam, żeby się wypowiadać, ale wydaje mi się, że RTD traktował DW jak dramat osadzony w świecie science-fiction. Czyli stosował elementy sci-fi: podróże w czasie, technologia, roboty i tak dalej, ale zawsze w celu opowiedzenia czegoś o postaci albo rozwoju tej postaci. Wydarzenia mają konsekwencje, bo tylko w ten sposób może zajść jakaś zmiana w bohaterze, a to jest nadrzędne. Gdy ktoś stawia bardziej na same wydarzenia, koncentruje się na zaskoczeniu widza i skomplikowaniu fabuły (patrzcie, nieliniowość!), to może gdzieś po drodze bohaterów zgubić i przestać się interesować, co oni z tej całej akcji wyniosą, a reset jest przecież wygodnym narzędziem do przywrócenia status quo. Wtedy taki scenarzysta traci mnie jako widza.