To temat, który pojawia się w każdej z doktorowych grup z zatrważającą regularnością. „Chcę zachęcić koleżankę/chłopaka/mamę/sąsiada do obejrzenia DW. Od czego zacząć?”. Wiecie, co dzieje się dalej – rzuca się tłum i poleca Blink i każdy dzieli się swoją jedyną skuteczną receptą, jak dokonać cudu: pokazać odcinek, który przemówi do absolutnie każdego albo moment, od którego rozpoczęcie oglądania jest najlepszym pomysłem. Ale to przecież nie jest takie proste. Pozwólcie, że przeprowadzę was przez kilka możliwości. Może znajdziecie tu odpowiedź na swoje pytanie – a może nie zgodzicie się z żadną z moich propozycji i w ten sposób odkryjecie ten jedyny, najlepszy, niezawodny sposób, jak stworzyć whovianina. Podzielcie się nim koniecznie w komentarzu!

Metoda jakościowa

Niemal zawsze rozbija się to o kwestię gustu – polecamy odcinki, które nam się wyjątkowo podobały, uważając, że tak wybitne dzieło każdego przekona do nawiązania bliższej relacji z tym cudownym serialem. Co więc polecamy? Przede wszystkim Mrugnięcie („Blink”), niewątpliwie jeden z najlepszych odcinków New Who, tylko że… niemal nie ma w nim Doktora, więc można się spierać, czy rozpoczynanie od niego oglądania serialu, który tak mocno skupia się na tytułowym bohaterze, ma jakikolwiek sens. Ja bym się chyba poczuła oszukana, dostając na początek odcinek tak mocno odstający od reszty serialu, do którego ktoś próbuje mnie przekonać. No bo co, „Spodobało ci się? To oglądaj dalej. Dalej jest zupełnie inaczej!”. No dzięki. Już lepszą opcją jest drugi z liderów spośród propozycji, czyli Vincent i Doktor („Vincent and the Doctor”). Pojedynczy odcinek ze świetnym scenariuszem, z dobrze znaną i lubianą postacią, bardzo emocjonalny – po prostu wzorcowy odcinek serialu, w którym łatwo się zakochać. Z klasyków ich odpowiednikiem byłoby zapewne City of Death – rzeczywiście dobra historia na początek, estetyczna, inteligentna i zabawna.

Nie trzeba chyba jednak rozwodzić się nad tym, po jak kruchym stąpamy lodzie, przyjmując taką metodę – każdemu spodoba się coś innego, wiadomo, a ponadto rozpoczynanie czyjejś przygody z serialem od najlepszego odcinka to moim zdaniem recepta na katastrofę. Bo Doctor Who jest bardzo różnorodny i, siłą rzeczy, nierówny… Czy więc na początek nie byłaby lepsza historia całkowicie przeciętna? Nie sięgamy po odcinki wybitne, ale po takie, które najlepiej zaprezentują, na czym polega serial. Więc bierzemy zwyczajną, epicką przygodę. Wybór jest ogromny. Dalek? Ząb i pazur („Tooth and Claw”)? Ognie Pompejów („The Fires of Pompeii”)? Robot z Sherwood („Robot of Sherwood”)? Pożeracze światła („The Eaters of Light”)? Fajne, ale nie aż tak porywające historie, dające dobre pojęcie, na czym polegało ostatnich dziesięć serii New Who.

Metoda antyjakościowa

Skoro powiedziało się A, to wypadałoby powiedzieć B – skoro nie polecam zaczynania od najlepszych, to może… zacznijmy od najgorszych? Na zasadzie ciężkiej próby – jeśli ktoś zakocha się w Kosmitach z Londynu („Aliens of London”), Latarni głupców („The Idiot’s Lantern”) czy Podróży do wnętrza Daleka („Into the Dalek”), to można założyć, że pozostanie serialowi wierny na wieki.

Po bożemu, czyli od początku

Nie kombinuj, tylko włącz pierwszy odcinek, bo od tego są pierwsze odcinki. Liczba mnoga, no właśnie – mamy dwa takie klasyczne początki: klasyczne An Unearthly Child i Rose otwierające pierwszą serię New Who. Proste? Proste.

Od któregokolwiek z początków…

No dobra, nie aż takie proste. Doctor Who co jakiś czas się w pewnym sensie resetuje, sam wskazuje momenty, od których łatwo będzie zacząć nowym widzom. Nie tylko An Unearthly Child i Rose, ale też momenty graniczne epok: Spearhead from Space, czyli początek kolorowych odcinków, Trzeciego Doktora i rozbudowanego wątku Doktora współpracującego na Ziemi z UNIT-em. The Ribos Operation, czyli początek szesnastego sezonu – ze spójnym, rozbudowanym wątkiem przewodnim i fabułami, nad którymi czuwał sam Douglas Adams. Świąteczna inwazja („The Christmas Invasion”), czyli wprowadzenie Dziesiątego Doktora, choć to też ryzykowny odcinek, bo Doktora nie ma w nim za dużo – ale jak już się pojawia, przedstawia się tak, że od razu wiadomo, o co chodzi… Jedenasta godzina („The Eleventh Hour”), czyli mały reboot – nowy Doktor, nowy showrunner, nowy początek, odcinek świetnie wprowadzający w Whoniversum, dający nowemu widzowi szansę na ogarnięcie, w co się pakuje. Głęboki oddech („Deep Breath”), czyli kolejny nowy początek – wraz z Dwunastym, który poznaje samego siebie, może też poznawać Doktora nowy widz. No i Pilot, jedna z najlepszych opcji w tym zestawieniu. Nie reboot, bo niczego nie zresetowano, po prostu serial spuszcza z tonu, wprowadza dość prosty przewodni motyw, nową towarzyszkę, której nie otacza żadna drama – myślę, że jeśli ktoś zacząłby oglądanie w tym miejscu, łatwo i bezboleśnie wkręciłby się w całość. A cofnąć się zawsze można.

Ojej, większa w środku! Czyli razem z towarzyszką

Minireboot Doctor Who funduje nam zawsze, gdy Doktor wygrzebuje się z żałoby po stracie i wyrywa z rzeczywistości kolejną niewinną obywatelkę Wielkiej Brytanii. Tak się przecież zaczyna pierwszy odcinek, An Unearthly Child – od dość bezczelnego porwania dwójki nauczycieli. Potem takich odcinków mamy mnóstwo: wprowadzenie Jo Grant w przeuroczym Terror of the Autons, Sarah Jane Smith w The Time Warrior, Romany w The Ribos Operation, Ace w Dragonfire, Marthy Jones w Smith i Jones („Smith and Jones”), Donny Noble w Uciekającej pannie młodej („The Runaway Bride”) i Partnerach w zbrodni („Partners in Crime”), Amy Pond w Jedenastej godzinie („Eleventh Hour”), Clary Oswald w Planecie obłąkanych Daleków („Asylum of the Daleks”), Bałwanach („Snowmen”) i Dzwonach św. Jana („The Bells of St John”), Bill Potts w Pilocie. Różnie jest z płynnością tego wprowadzenia (umówmy się, że wątek Clary na początku jest dość hardkorowy, więc jego akurat bym nie polecała na start), ale jako że od tego są towarzysze – by być punktem widzenia odbiorców – to oglądanie według klucza towarzyszy ma bardzo dużo sensu.

W świątecznej atmosferze

Całkiem dobrą okazją, by zapoznać kogoś z Doctor Who, jest poczekanie do Bożego Narodzenia i skorzystanie ze świątecznej atmosfery, by posadzić swoją ofiarę przed telewizorem i pokazać jej coś okolicznościowego. Nasz ulubiony serial dostarcza wielu takich uroczych, ciepłych odcinków, w których łatwo będzie się zakochać – chyba że ktoś nie lubi świąt, wtedy lepiej tę metodę pominąć. Co więc warto włączyć? Świąteczne odcinki, które są samodzielnymi historiami, które mogą wprowadzić w Whoniversum, to przede wszystkim Świąteczna inwazja („The Christmas Invasion”), Uciekająca panna młoda („The Runaway Bride„), Opowieść wigilijna („A Christmas Carol„), Doktor, wdowa i stara szafa („The Doctor, the Widow and the Wardrobe”), Bałwany („The Snowmen”) i Powrót Doktora Mysterio („The Return of Doctor Mysterio”). Pomijam tu celowo kilka, bo myślę, że są bardzo mocno powiązane z innymi i na początek mogą być nieco zbyt hermetyczne, ale kto wie?

Timey-wimey

To może Survival? Albo któryś z epickich finałów? Jeśli chcecie wrzucić kogoś na głęboką wodę, oglądanie od końca może stanowić wyzwanie, które zmobilizuje do obejrzenia innych. A może nie…

Usypiając ostrożność, czyli nie najdziwniej

A może po prostu odcinek, który stanowi całość – jest samodzielną historią i do jego zrozumienia nie jest potrzebny szerszy kontekst czy znajomość skomplikowanej relacji ciągnącej się od kilkunastu odcinków, w dodatku zapewne rozrzuconych po kilku seriach. Kochamy kilometrowe wątki, ale fajnie też czasami zobaczyć coś, co w czterdziestu minutach mieści początek, środek i koniec, najlepiej w tej kolejności. Przykłady? Ogromna liczba klasycznych odcinków, a z nowych chociażby Niespokojni nieboszczycy („The Unquiet Dead”), Ząb i pazur („Tooth and Claw”), Jednorożec i osa („The Unicorn and the Wasp”), Północ („Midnight”), Lokator („The Lodger”), Kompleks boga („The God Complex”), Miasteczko Mercy („A Town Called Mercy”), Skok na czas („Time Heist”), Tlen („Oxygen”)…

Z pompą i ogromną celebracją

Jest jeszcze jeden odcinek, który powstał właśnie po to, by wszyscy mogli go obejrzeć – Dzień Doktora („The Day of the Doctor”), specjalny odcinek wyprodukowany z okazji pięćdziesiątych urodzin serialu. Jest w nim bardzo dużo nawiązań do wcześniejszych epok, akcja pędzi przed siebie i jest mnóstwo dziwnych zawirowań – ale obejrzały go miliony widzów, a więc także osoby, które serialu nie śledzą szczególnie wiernie. Może więc to też być niezły odcinek na początek – na pewno pokazuje w kilkadziesiąt minut spory kawałek fenomenu Whoniversum. Podobnie, jeśli chcemy zacząć od klasycznej ery, fajnym punktem wyjścia mogą być rocznicowe odcinki – The Three Doctors i The Five Doctors, w których poznajemy od razu po kilku Doktorów, obserwując ich bardzo niecodzienne interakcje.

Dzień Doktora

Każdemu według upodobań

Nie ma jednej recepty na stworzenie nowego whovianina. Każdego z nas przyciągnęło do serialu coś innego – jednych kosmos, innych relacje między bohaterami, jeszcze innych kampowość albo, wręcz przeciwnie, bardziej wyrafinowana estetyka późniejszych serii. Nie ma więc sensu pytanie ludzi w internecie, od czego zacząć – jeśli chcesz komuś pokazać Doctor Who, to najpewniej znasz i serial, i osobę, na której nawróceniu ci zależy. Pomyśl więc, co tobie najbardziej podoba się w serialu i pokaż to osobie, która cię lubi – istnieje spora szansa, że widząc twoją radość, mimowolnie się nią zarazi albo dowie się o tobie czegoś ważnego. Pomyśl też o tej osobie – co lubi, co ją interesuje? Lubi historię – pokaż jej odcinek o van Goghu, królowej Wiktorii czy wiktoriańskich świętach. Lubi fantastykę – pokaż jej któryś z odcinków ukazujących świetlaną przyszłość ludzkości podbijającej wszechświat. Lubi grozę – może trafią do niej Moffatowskie potwory? Lubi wątki romansowe – może pokocha Doktora i Rose? Lubi reprezentację, silne postacie kobiece i LGBT+ – czyż dziesiąta seria nie jest dla niej stworzona? W Doctor Who jest coś dla każdego – czasami tylko trzeba wiedzieć, co się chce w nim znaleźć.


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.
  • CooxJonural

    Ja tam na początek pokazałam znajomym „Puste dziecko” i to był najlepszy możliwy odcinek- świetna fabuła, budżet odcinka stać było najwyżej na kanapkę, a wszystko kręcone mikrofalówką. Czyli przyzwyczaja do tanich efektów, wkręca swoją tajemniczością, budzi ciekawość i zachęca do oglądania dalej :)

  • Ja przed poleceniem Doktora, pokazuję osobie zainteresowanej Autostopem przez Galaktykę z 2005 roku. Film jest stylistycznie i humorystycznie bardzo podobny do Doctor Who z czasów Russella T. Daviesa. Jeśli więc Autostopem… zaskoczy mówię zainteresowanej osobie, by zaczęła od pierwszej serii New Who. A jeśli nie – polecam na początek serię piątą lub dziesiątą.

  • Blownie

    Debatowałam kiedyś (dawno temu, jeszcze chyba przed 50-leciem, więc być może teraz doszłybyśmy do innego wniosku) nad tym z przyjaciółką (która, nawiasem mówiąc, wkręciła mnie w DW, ale odbyło się to w dość specyficzny sposób, który trudno mi polecać jako dobrą metodę), i stwierdziłyśmy, że The Runaway Bride to świetny odcinek na początek. Po pierwsze, jesteśmy nieobiektywne, bo ich kochamy, ale 10. i Donna! Po drugie, dość wyrwany z kontekstu, i chociaż wspomina się Rose, to nie jest powiedziane, w jaki sposób odeszła, więc można się potem cofnąć i nie mieć większych spoilerów. Po trzecie, jest wystarczająco niepoważny i kiczowaty, żeby oszacować, jaki nasz kandydat na whoviana ma poziom tolerancji kampu, a jednocześnie nie aż tak tandetny, żeby zniechęcić. Po czwarte, scena z „ciemną stroną” Doktora, dająca niejako do zrozumienia, że momentami będzie się robić mroczniej i poważniej – ogólnie rzecz biorąc, dość kwintesencjonalny, przynajmniej dla ery RTD.
    A tak w ogóle, świetny artykuł, i najgłębsza racja tkwi w ostatnim akapicie.

  • Agnieszka Agnessa Wójcik

    Przez znajomą przypomniało mi się, że nie zrobiliście listy odcinków dla dzieci :>
    Z tego, co wiem, w zamyśle DW miał być serialem edukacyjnym dla dzieci :)

  • Jolanta Nosek

    Artykuł mi się podoba, bo daje faktycznie dużo propozycji, od jakich odcinków zacząć pokazywanie serialu, ale brakuje mi tu jeszcze jednej rzeczy. Jak nie pokazując żadnego odcinka po prostu rozmawiać z ludźmi, którzy o Doktorze nic nie słyszeli, lub jako moi bliscy słyszą ode mnie na okrągło ale do tej pory się nie wkręcili? Bo nie zawsze są możliwości i chęci, żeby w ogóle do jakiegokolwiek odcinka po raz pierwszy zasiąść. Dlatego chciałabym jeszcze poznać Wasze sposoby na zgrabne poprowadzenie rozmowy o naszym ulubionym serialu, które mogłoby kogoś do niego zachęcić :)

    • O, jaki dobry pomysł na supertrudny artykuł. :D Pomyślimy!

  • Astroni

    Faktycznie, uwaga o tym, żeby wystartować razem z towarzyszkami jest wręcz oczywista (innymi słowy: tak jak to robi BBC :) ), a jednak mam wrażenie, że mało kto na to wpada. Zwłaszcza że z mojej obserwacji wynika, że sporo osób wkręciło się z „Eleventh Hour”.
    Jednak wbrew temu, co piszesz o „Dniu Doctora” i temu, jak został pomyślany… ten odcinek taki nie jest. Przynajmniej z mojej obserwacji był rozczarowujący w przebieganiu po historii DW po łebkach, pozbawiony interesującej fabuły, chaotyczny… Typowy odcinek wyłącznie dla fanów, szczególnie pod względem zakończenia. Do dziś nie mogę tego zrozumieć, skoro „Imię Doctora” tak pięknie zwaliło mnie z fotela.
    Dla mnie przełomowym było „The End of the World”. Tak wyszło, że nie załapałam się na większość „Rose” i kiedy przyszło co do zapowiedzi… po prostu błagałam w myślach, żeby ten odcinek był choć w połowie taki, jak wygląda. I był, naprawdę był! XD Nie wiem, czy mogę go nazwać kwintesencją DW, ale… no chyba żaden inny odcinek nie potrafiłby mi tak jednoznacznie pokazać do czego ten serial jest zdolny.

  • Zastanawiam się, co czułaby osoba, która obejrzała Day of the Doctor, a potem zaczęła oglądać serial od „Rose”. Pomijając, ile by z tego Dnia Doktora zrozumiała (jeszcze nie wie, kim jest Doktor, a dostaje ich trzech?), jak po triumfalnym uratowaniu Gallifrey przyjmie te cztery sezony traumy? Ten odcinek jest wystarczająco problematyczny dla fana zachowującego kolejność, nie mieszałabym nowemu widzowi w głowie. Fakt, że akurat wizualnie jest dobrze zrobiony i fajnie się go ogląda.

    Odnośnie ostatniego zdania – czasami warto po prostu włączyć i dać sobie opowiedzieć historię. Z otwartym umysłem. I tak ktoś, kto chciał tylko przeczekać do kolejnego Sherlocka, od trzech lat analizuje zachowanie bohatera serialu familijnego.