It’s bigger on the inside!, czyli wycieczka do Doctor Who Experience

To była historia, która zaczęła się bardzo prosto. Chciałam zobaczyć Davida Tennanta na żywo, w teatrze; namówiłam więc koleżankę na wycieczkę do Wielkiej Brytanii. Jakiś czas później gruchnęła wieść, że Doctor Who Experience grozi zamknięcie, co spowodowało natychmiastowe dołożenie przez nas Cardiff do programu wycieczki. Ostatecznie pojechaliśmy we trójkę, a oprócz samego muzeum mieliśmy okazję zobaczyć coś jeszcze lepszego… Ale o tym za chwilę.

Zapraszam na opowieść o jednym dniu w Cardiff. Dniu z Doktorem.

Już jadąc autobusem z Londynu, od pewnego momentu zdecydowanie poczułam, że jesteśmy w innej części Wielkiej Brytanii. Nagle miałam wrażenie, że robi się bardziej pagórkowato, ale też… zielono, niebiesko i słonecznie? Tak jakby nawet pogoda próbowała za wszelką cenę zaznaczyć, że jesteśmy już w Walii. A kiedy dotarliśmy do miejsca, z którego zaczyna być widoczna Zatoka, to już w ogóle nie mogłam się przestać rozglądać. I tak mi zostało już do końca tej wycieczki, a później doszedł do tego jeszcze szeroki uśmiech.

Niestety przegapiłam sam moment graniczny, a zorientowałam się, że faktycznie jesteśmy trochę gdzie indziej dopiero po przydrożnych tablicach, na których nagle przestałam rozumieć połowę napisów, aż po dłuższej chwili zastanowienia zorientowałam się, że są po prostu dwujęzyczne. A że język walijski na pierwszy rzut oka jest podobny zupełnie do niczego, a z każdym kolejnym rzutem oka jest coraz gorzej… Kiedy wjechaliśmy już do miasta, przywitały nas – mało zaskakujące w którejkolwiek z części UK – kolejne uliczki identycznych domków, różniące się od siebie co najwyżej drzwiami i zdobieniami w ich obrębie. Niestety widać, że wiele z nich jest opuszczonych i zaczyna powoli niszczeć – na to akurat przykro było patrzeć. Ogólnie jednak im bliżej centrum, tym bardziej mi się podobało to, co widziałam. I chyba gdzieś w okolicach zamku (koło którego wysiadaliśmy z autobusu) z zaskoczeniem stwierdziłam, że się zakochałam. Tak całkiem po szczeniacku, bez sensu i bez zastanowienia. Więc mniej więcej od tej pory właśnie chodziłam z głową w chmurach i przyklejonym do twarzy szerokim uśmiechem rozmarzonego głupka.

Sam zamek widzieliśmy tylko z zewnątrz – jest prawdziwym, średniowiecznym, wielkim zamkiem, dla fanów Doktora wyglądającym cokolwiek znajomo (jak chyba większość miejsc w Cardiff). Do samego Doctor Who Experience zdecydowaliśmy się udać spacerem, żeby przy okazji trochę zobaczyć. Widzieliśmy dzięki temu urocze centrum miasta z deptakiem, małymi sklepikami i starymi budynkami, między które wspaniale wkomponowane zostały elementy nowej architektury. Mnie szczególnie podobał się w tym kontekście budynek biblioteki, znajdujący się dosłownie rzut beretem od kolejnej średniowiecznej i znajomo wyglądającej budowli – tym razem kościoła.

Po wyjściu ze ścisłego centrum robi się już może mniej urokliwie (ale w którym mieście urokliwe jest przechodzenie pod estakadą z widokiem na budowę bloków), ale tylko momentami. Bo poza tym można zobaczyć parki, cmentarz (znów – wrażenie tego, że dookoła jest bardzo zielono, ciągle się utrzymywało) i trafić na kondukt pogrzebowy z kierowcą karawanu wyglądającym jak wyjęty z kart XIX-wiecznej powieści – siwym panem ubranym we frak, w cylindrze na głowie i z wielkimi, siwymi (oczywiście podkręconymi na końcach!) wąsami.

Kawałek dalej zaczyna się już przed nami rysować charakterystyczna sylwetka Millennium Centre. Przez chwilę się jej przyglądamy, ale po prawej widać już Wieżę Wodną, a dalej nabrzeże Zatoki. Zmierzamy więc w tamtym kierunku, po drodze przystając jeszcze, żeby zachwycić się ceglaną siedzibą Walijskiego Zgromadzenia Narodowego i drewnianym, norweskim kościółkiem wikingów (w którym w tej chwili można się zatrzymać na kawę). Czas nas zaczyna gonić, więc nie możemy więcej łazić (chociaż korci nawet samo posiedzenie i popatrzenie na Zatokę), tylko zmierzamy prosto do muzeum, którego sylwetka jest doskonale widoczna. Dużego napisu i TARDIS nad wodą też raczej nie da się przegapić.

Na miejscu oczywiście sprawdzono nasze bilety, wyjaśniono wszelkie niejasności, pokazano punkt zbiórki na kolejne wycieczki i… ustawiono nas w kolejce. Trochę w niej postaliśmy (było szczególnie dużo chętnych na wejście w tym momencie, a pierwsza część ekspozycji ma bardzo ograniczoną przepustowość), czytając ciekawostki na wielkich ekranach, przymierzając swoje dłonie do odcisków rąk kolejnych aktorów (i zauważając, jak bardzo nabazgrane mamy autografy Tennanta) oraz żałując, że z ekspozycji szat Władców Czasu nie można niczego przymierzyć. Nawet kołnierza. A przecież mają trzy, jeden by mogli… nieważne zresztą.

Kiedy wreszcie nasza grupa zostaje wpuszczona do pierwszej części ekspozycji, zostajemy poinformowani, że czekają nas niebezpieczne przeżycia. Dym, światła stroboskopowe, poruszająca się podłoga i głośne dźwięki. Na szczęście otrzymujemy wykwalifikowanego przewodnika (a jemu to się pozwolili przebrać w taką szatę!…) oraz identyfikatory z kryształami i okulary 3D. Zostajemy więc wpuszczeni do interaktywnej części wystawy, gdzie możemy przeżyć własną przygodę, instruowani przez Doktora pojawiającego się na kolejnych ekranach. Mamy więc okazję przejść przez szczelinę w ścianie, popilotować TARDIS (no cóż, przynajmniej niektóre osoby, nie wszyscy dostali się do przełączników), uciekać przed Dalekami (część jest na szczęście zniszczona, a i te, które się poruszają, na szczęście nie strzelały) i przejść przez salę zaaranżowaną na cmentarz pełen Płaczących Aniołów.

Oczywiście, żeby nie było za prosto, światło w tej sali miga i co chwilę gaśnie. Przed niebezpieczeństwem trwałego skrętu szyi (i możliwością doznania kilku minizawałów, kiedy okazuje się, że po ciemku – i patrząc za siebie – o mało nie wlazło się w kolejny posąg z wykrzywioną twarzą, zdradziecko czekający na najkrótszej trasie do drzwi wyjściowych) nie przestrzegali. Na szczęście musieliśmy się chyba dobrze wpatrywać w różne strony, bo żaden z Aniołów się nie poruszył. Nie wydaje mi się też, żeby na koniec brakowało któregoś ze zwiedzających. W każdym razie wypełniliśmy swoje zadanie i odnaleźliśmy kryształy potrzebne do naprawy TARDIS. Możemy dzięki temu bezpiecznie wejść do statycznej części muzealnej, oddając naszemu przewodnikowi sprzęt, żeby mogli użyć go kolejni zwiedzający.

A w muzeum… czegóż tam nie ma. Na parterze możemy oglądać kilka kolejnych wnętrz (i zewnętrz) TARDIS, miniwystawy pokazujące, jak wyglądała montażownia obrazu i dźwięku, kiedy zaczynano tworzenie serialu, są też plakaty i zaaranżowane scenki. Możemy sobie połazić po wnętrzu TARDIS z czasów Dziesiątego Doktora (chociaż moje marzenie, czyli wdrapanie się na jeden z tych „konarów”, jest nie do zrobienia). Możemy też zrobić sobie zdjęcie na green screenie i za pomocą magii grafiki komputerowej znaleźć się w samym środku odcinka.

Niestety zdjęcia są dodatkowo płatne, więc rezygnujemy z tej możliwości i udajemy się po schodach na pierwsze piętro ekspozycji, gdzie na wejściu wita nas… ogromna Twarz z Boe (cóż, gdzie jak nie w Cardiff, prawda?), a za nią cała galeria potworów. Najpierw te znane z nowych serii, jak bałwany, automaty z Wersalu, drewniane posągi ze starej szafy, Cisze podwieszone pod wentylatorem i radośnie majtające łapkami, pomocny Ood oraz Cybermeni i Dalekowie w różnych kształtach, rozmiarach, kolorach, stadiach zaawansowania i stopniach rozłożenia na części. Później mamy też część poświęconą odrestaurowywaniu potworów z serii klasycznych, gdzie czasem dokładnie można przyjrzeć się, z czego były one wykonywane – widać sklejkę, gąbkę, materiał, czasem nawet kawałek tektury (nie, powiedzenie o „kartonowych potworach” naprawdę nie jest przesadą).

Dalej mamy części poświęcone strojom i rekwizytom. Wystawione są stroje wszystkich Doktorów i sporej części towarzyszy. Jest cała część wystawy poświęcona River Song (jest w niej także kołyska, której niestety też nie można dotknąć, choć by się chciało). Za rogiem czeka na nas Davros i ekspozycja dotycząca kolejno wszystkich odcinków dziewiątej serii. Mamy więc stroje Ashildr i Osgood (bez szalika, co uważam za absolutnie oburzające!), dysk konfesyjny, skrzynki z Prawdą i Konsekwencjami, klatkę na kruka, kostiumy Clary i Doktora…

Wracamy jeszcze na chwilę, żeby popatrzeć znów na TARDIS z malunkami na cześć Clary. Jest przepiękna, więc przez dobrą chwilę podziwiamy wszystkie szczegóły. Później usłyszymy historię o tym, jak to DWE bardzo prosiło o możliwość pozostawienia tej wersji na wystawie i nie niszczenie tych malowideł. Całe szczęście, że im się udało!

Naszym następnym przystankiem jest punkt zbiórki, bo idziemy na kolejną wycieczkę… do studia filmowego! Tak, tak – udało nam się być na miejscu w czasie, kiedy BBC wpuszcza wycieczki do studia, w którym stoi TARDIS. Ta obecnie używana TARDIS. Ta, w której kręcone były wszystkie odcinki 10 serii. Przebieramy nóżkami z niecierpliwości, na szczęście krótko, bo studia BBC Wales znajdują się praktycznie dwie uliczki dalej. Dostajemy kolejne identyfikatory, zostajemy poddani kontroli bezpieczeństwa i możemy już wejść do środka. Przechodzimy (znów prowadzeni przez kompetentnych przewodników, na szczęście) przez labirynt metalowych korytarzy (pamiętacie minifilmik o pięciu Doktorach z okazji 50-tej rocznicy serialu, The Five(ish) Doctors Reboot? No właśnie) i docieramy na miejsce.

Hala jest ogromna, a w niej stoi coś, co wygląda jak ogromna, drewniana karoca z dyni, wyczarowana dla Kopciuszka albo drewniany namiot cyrkowy. No cóż, przynajmniej taki ma kształt. Dookoła stoi trochę rekwizytów (tablica z wykładów akademickich Doktora, stroje jego i Bill z pierwszego odcinka serii, robot z emotikonowymi oczkami, a w oddali kolejny Dalek i kolejna TARDIS), nasi przewodnicy gawędzą z nami i opowiadają ciekawostki o pracy na planie i o pracy jako przewodnik takich wycieczek. Dowiedzieliśmy się na przykład: że jesteśmy najbardziej brytyjską grupą w tym tygodniu (był piątek popołudniu), bo tylko nasza trójka była spoza UK; jak się składa TARDIS („Jak szafę z IKEI”); ile to trwa („Rekord to 7 minut, ale jesteśmy hojni i na planie ekipa dostaje na to aż 15”). Wreszcie – podzieleni na mniejsze grupki – zostajemy wprowadzani po schodach na specjalną platformę, gdzie w panelu z green screenu osadzone są drzwi do TARDIS. Zwykłe drzwi. Wszyscy radośnie robią sobie z nimi zdjęcia, aż pani przewodnik mówi: „A teraz spróbuj te drzwi otworzyć”. Otwieram, a tam… wnętrze TARDIS. Prawdziwe, ogromne.

To samo, co na ekranie! Niby przez cały czas widziało się, jak duża jest cała konstrukcja, ale sam moment otwarcia drzwi jest… naprawdę niesamowity. Kiedy już wszyscy porobią sobie zdjęcia i nawzdychają się do tego uczucia, możemy wejść do środka, gdzie pora na kolejne ciekawostki (wiecie, że wszystkie książki stojące w TARDIS są prawdziwe? Ani jedna nie jest atrapą, żadne nie są namalowane i w żadnej nie ma pustych stron) i oglądanie wnętrza. Niestety tutaj już niczego nie wolno dotykać, bo plan musi zostać niezmieniony na czas kręcenia odcinka świątecznego (jeśli pracuje się w BBC i wraca się z urlopu z lipcu, to można trafić w pracy na zaspy śnieżne „because Doctor Who„).

Przyglądamy się więc zapiskom na kolejnych tablicach, otwartemu barkowi, konsoli sterowniczej, gitarze na specjalnym stojaku. Słuchamy opowieści o tym, jak wszystko działa, jak były kręcone niektóre co ciekawsze sceny. No i oczywiście robimy kolejne zdjęcia. W końcu musimy zrobić miejsce dla innej grupki, wychodzimy więc „tylnym wejściem” (które w serialu robi za przejście wgłąb TARDIS) i udajemy się do tego modelu, który jest zabierany na lokacje. Oglądamy też prawdziwego Daleka, słuchając opowieści o tym, jak się go składa i rozkłada (na trzy części), jak się nim steruje (wiecie, że z Daleka nie można samemu wyjść, musi was ktoś otworzyć i wyciągnąć?), jakiego trzeba być wzrostu do sterowania którym modelem i jaka może być wymarzona praca whovianina (w BBC jest człowiek, którego oficjalnym job title, czyli nazwą stanowiska pracy, jest Chief Dalek Operator). Zadajemy miliony pytań pani przewodniczce, robimy kolejne mnóstwo zdjęć, a na koniec szerzymy propagandę – jeśli ktoś nie odkurzył tablicy, to jest szansa, że napis utrzymał się tam aż do momentu, kiedy ekipa weszła na plan odcinka świątecznego. A tablica znajduje się nie byle gdzie, bo zaraz naprzeciw wejścia do TARDIS.

Na koniec idziemy na jeszcze jeden spacer po Cardiff i na spóźniony obiad (wszyscy umieramy z głodu, nie zauważyliśmy nawet, że już jest tak późno!), a zaraz potem trzeba już ustawić się na przystanku koło zamku i wsiąść do autobusu powrotnego do Londynu. Ja oczywiście nie przestaję się rozglądać, póki tylko mogę, żeby unieść ze sobą jak najwięcej wspomnień z tych pięknych krajobrazów. I od razu sobie obiecuję, że muszę tu jeszcze kiedyś wrócić. Nawet jeśli DWE będzie już zamknięte.

Jeśli macie okazję w wakacje zwiedzić to muzeum, zdecydowanie polecam. Zwłaszcza że jest to ostatni sezon jego funkcjonowania, moim zdaniem – zdecydowanie warto. Jeśli nie uśmiecha się wam tylko zwiedzanie – ostatnio widziałam informację o tym, że można tam dostać pracę. Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że dla każdego fana serialu to naprawdę będzie praca marzeń. No i może pozwolą wam czasem chodzić w pracy w szacie Władców Czasu, to jest coś (jeśli komuś się to uda, to chcę zobaczyć zdjęcia!).

A już całkiem na koniec – dwie ciekawostki z Londynu. Pierwszą jest dowód na praktyczną przydatność wlepek Gallifrey. Ta konkretna trafiła w ręce Davida Tennanta. Bardzo żałowałam, że mam tylko Missy (robiła za urozmaicenie obudowy telefonu), więc od kiedy wróciłam z Londynu, noszę za obudową dwie wlepki. Tę z Missy (jak wcześniej) i „Wibbly-wobbly, timey-wimey”. Tak na wszelki wypadek, jakbym jeszcze kiedyś Davida Tennanta spotkała. Dostanie wtedy wreszcie odpowiednią wersję pozdrowień.

Drugą natomiast jest zdjęcie dowodzące o tym, w jakich dziwnych miejscach możesz znaleźć swoją twarz, jeśli grasz Doktora. Banknoty zostały wydrukowane do odcinka Uciekająca panna młoda („The Runaway Bride”), w którym jest scena, gdzie duża ilość pieniędzy wypada z bankomatu. Ponieważ – z oczywistych powodów – BBC nie mogło wydrukować dużej ilości banknotów, które wyglądają dokładnie jak prawdziwe, stworzono coś takiego.

Zdjęcia autorstwa własnego oraz Kuby (czyli JJ^2) i eM.

PATRONITE

Daj na ciastko!


Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who