K., Lierre i Sherlockistka o jednej z najbardziej wyczekiwanych premier tej wiosny – nowych przygodach Donny i Dziesiątego Doktora!

David Tennant znów powraca do roli Doktora! Ta wiadomość wstrząsnęła fandomem, ale wydaje się, że tuż po premierze emocje dość szybko opadły. Czy było na co czekać? Czy podobały nam się te nowe opowieści o przygodach jednego z ulubionych duetów w historii New Who? Redakcja zaprasza do dyskusji!

K.: Oj, czekałam. Byłam strasznie podekscytowana, kiedy ogłoszono, że te słuchowiska powstaną, później emocje trochę opadły, ale po przeczytaniu wywiadu z Davidem stwierdziłam, że muszę kupić je już, zaraz, w dniu premiery. I cóż… Nie chcę bardzo powiedzieć, że się rozczarowałam, ale z pewnością nie poczułam przy nich tego, co myślałam, że poczuję. Ale może, żeby zacząć optymistycznie: jak bardzo dobrze słucha się duetu Catherine-David! O ile parę razy miałam już okazję posłuchać samego głosu Davida i ogólnie wiem, że aktorem wybitnym jest, o tyle Catherine mnie zaskoczyła tym, ile emocji może wyrazić w jednym słowie. W dodatku miejscami naprawdę dało się poczuć między nimi tę aktorską chemię, która napędzała czwartą serię – z tym, że po tej parze aktorów naprawdę nie spodziewałam się niczego mniej.

Co więc mnie zawiodło? Przede wszystkim jakość samych historii, Donna Nobleprzy czym do każdej mam trochę inne zastrzeżenia, ale za nim do nich przejdę muszę się podzielić pewną refleksją. Otóż kiedy zaczęłam analizować same historie doszłam do wniosku, że właściwie na tle niektórych słuchowisk, które do tej pory odsłuchałam wypadają lepiej niż nieźle – każda z nich ma jakiś oryginalny pomysł, a i postacie drugoplanowe są bardzo ciekawie zarysowane i całkiem zapadają w pamięć. Wydaje mi się, że problem leży w tym, że czwarta seria była, przynajmniej moim zdaniem, jedną z najlepszych w historii serialu, zarówno jako całość, jak i w obrębie pojedynczych historii. Nawet odcinki takie, jak Jednorożec i Osa („The Unicorn and the Wasp”), w założeniu lżejsze i bardziej humorystyczne, zawierały poważniejsze sceny czy dialogi dodające sporą głębię postaci Donny czy też Dziesiątemu Doktorowi. I być może dlatego te przyjemne, jak najbardziej poprawne, ale mało odkrywcze na poziomie kreacji bohaterów historie ze słuchowisk okazały się dla mnie niewystarczające.

Jeszcze jedna (już ostatnia, obiecuję!) prywatna refleksja, zanim przejdę do oceny samej fabuły. Otóż zauważyłam z zaskoczeniem, że w czasie słuchania dużo bardziej angażowałam się w historię Donny, niż w historię Doktora. Miało to oczywiście związek ze sposobem w jaki słuchowiska są napisane, to znaczy momentami miałam wrażenie, że Doktor istnieje w fabule po to, żeby powiedzieć coś zabawnego lub ostatecznie uratować dzień, z kolei Donna była osobą, która brała odpowiedzialność za ich przypadkowych towarzyszy. I z jednej strony – to fajnie, że autorzy słuchowisk chcieli podkreślić dojrzałość i samodzielność Donny, ale wydaje mi się, że DoktorDonna najlepiej wypadają właśnie jako team i rozdzielenie ich na większą część dwóch historii strasznie tym historiom szkodzi. Tak samo, jak odebranie Dziesiątemu jego dramatyzmu (za wyjątkiem, no nie wiem, dwóch scenek?) szkodzi medium, w którym nie widzimy twarzy Davida Tennanta, bo jest to jednak aktor, który gra bardzo dużo spojrzeniem i ogólnie mimiką, czego oczywiście w słuchowiskach się nie uświadczy i tam gdzie w serialu wiedzielibyśmy od razu, że Doktor cierpi, choć udaje inaczej, tutaj trzeba sobie moim zdaniem za dużo do jego wypowiedzi dopowiadać. I o czym mówi więcej Lierre, twórcy bardzo starają się odhaczyć wszystkie jego charakterystyczne zabawne powiedzonka tudzież patetyczne deklaracje, ale to trochę za mało, żeby dotrzeć do centrum mojej miłości do Dziesiątego. Ale co do samej miłości właśnie – muszę powiedzieć, że bardzo miałam nadzieję, że ta miłość, przygaszona trochę przez obsesyjne słuchanie Ósmego, będzie miała szansę się przy tych słuchowiskach odrodzić, a tymczasem jednak audio-Dziesiąty nie przebija moim zdaniem kreacji Paula, który rzecz jasna miewał również słabsze historie, ale jednak wydaje się, że twórcy znaleźli już dawno temu sposób na audio-Ósmego, a przy Davidzie muszą jeszcze trochę nad tym popracować.

Co do samych historii – Technophobia miała moim zdaniem bardzo dobry pomysł (nie zgadzam się z Lierre, że aż tak klasyczny, bo jednak schemat strachu przed rozwojem techniki został tu fajnie odwrócony), ale zabrakło mi ciekawszych postaci drugoplanowych, no i dużo w nim było bezsensownego rozdzielania się i snucia, a i motyw starej, dobrej inwazji (nawet przy użyciu niekonwencjonalnej metody) trochę mi się przejadł. Ogólnie to taka solidna, zamknięta historia, ale nie na tyle ciekawa, żebym chciała ją odsłuchać drugi raz. Najbardziej podobało mi się chyba Time Reaver, bo urzekł mnie absolutnie awanturniczy klimat tej opowieści i właściwie szkoda, że w sumie cała ta przygoda dość szybko znalazła swój koniec (jakby na to nie patrzeć mało optymistyczny), bo i nasza młoda bohaterka i całe „pirackie” imperium w tym ogromnym porcie kosmicznym były bardzo sympatyczne i znowu najbardziej mi w tej całej historii brakowało Donny i Doktora (choć on dostał tutaj swoje pięć minut – czy też całe stulecia – dramatu, szkoda tylko, że jego poświęcenie blednie trochę przy poświęceniu innej postaci). No i nasza nowo poznana kosmiczna rasa, z trochę innym niż wszystkie podejściem do dość okrutnej broni (która najfajniejsze pole do popisu dawała jednak przy efektach dźwiękowych, bo samo jej działanie było jak dla mnie dość mętne), byłaby całkiem interesująca, gdyby nie jednak bardzo oklepane pokazanie jej przez pryzmat biurokracji (pomyślałby kto, że co druga planeta w galaktyce to jakiś wielki urząd skarbowy [To zdecydowanie byli Vogoni – dop. Korekta]). Donna NobleNa tle obu tych historii Death and the Queen z pewnością wyróżnia się ziemską, historyczną scenerią i kameralnością samej historii, ale jednak z jakiegoś powodu ta historia mi zazgrzytała i wydaje mi się, że znowu chodzi o przedstawienie postaci. O ile jeszcze dość irytującego przez większość czasu Doktora można zrozumieć (wszak jesteśmy na ślubie Donny i tutaj jest ona zdecydowanie centralną postacią opowieści), o tyle już właśnie sama Donna wydała mi się miejscami dość odległa od serialowej. To znaczy, w niektórych fragmentach (np. gdy opowiada Doktorowi o swoim „cudownym” życiu na dworze, czy gdy mówi swojemu niedoszłemu mężowi i jego matce kilka słów prawdy) jest absolutnie donnowata, ale już pewien wyrachowany spryt, z jakim przechytrza Śmierć wydał mi się kompletnie nie pasować do postaci. Skłonność do poświęcenia dla prostych ludzi, władczość – jak najbardziej, ale moment, w którym okazuje się, że Donna wiedziała, że nic jej nie grozi troszkę mi zazgrzytał. No i nie podobało mi się do końca, jak bardzo rozmijali się z Doktorem całe słuchowisko, bo jednak w relacji Doktora z Donną najbardziej lubiłam zawsze szczerość. A w ogóle jest to też słuchowisko, które ciężko mi dopasować do chronologii serialowej, bo Donna wydaje mi się w nim dużo dojrzalsza niż na początku serii, trochę tak, jakby ta przygoda rozegrała się już po Skręć w lewo („Turn Left”), co jak wiemy jest niemożliwe.

Podsumowując krótko, bo już i tak się za bardzo rozpisałam – na pewno nie żałuję tego, że posłuchałam, parę razy się szeroko uśmiechnęłam, doceniłam aktorstwo i kilka naprawdę dobrych pomysłów, ale przede wszystkim czekam na coś więcej. I mam nadzieję, że to więcej dostanę, może jeszcze kilka przygód z Donną, a może Doktor mógłby spotkać w słuchowiskach nowego towarzysza? Cokolwiek to będzie, na pewno odsłucham, a i te historie z czystym sumieniem wszystkim (także zaczynającym przygodę z słuchowiskami) polecam.

Lierre: Ja z kolei oczekiwań nie miałam właściwie żadnych. Bardziej czekałam na słuchowiska z Doktorem Wojny i serię z River Song niż powrót Dziesiątego i Donny – nie jest to mój ulubiony duet i nie miałabym nic przeciwko, gdyby ten wątek pozostał zamknięty w serialu. Ale taki już jest Doktor Who, że zawsze da się wcisnąć gdzieś dodatkowe historie. Tutaj mamy Dziesiątego i Donnę na wczesnym etapie ich znajomości, przed dramatycznymi wydarzeniami, które zapoczątkowała Biblioteka. Nie ma więc tyle dramatyzmu i Ciężaru Grożącego Im Losu, a trochę zwykłych przygód, lekkich i przyjemnych, choć chyba niewiele wnoszących.

Chciałam napisać o tym, która część najbardziej mi się podobała i odkryłam, że chyba słuchałam nie po kolei? Tutaj Death and the Queen jest na końcu, ale ja od tego zaczęłam i sprawdziło się – bawiłam się rewelacyjnie. Zagubione państewko gdzieś w południowej Europie, zakochujący się w Donnie książę i kolejny obraz Donny, która szuka rodzinnego szczęścia i nie całkiem jej to wychodzi. Lekka, bardzo pomysłowa i przede wszystkim straszliwie urocza historyjka, która spokojnie mogłaby się rozgrywać w jakiejś baśniowej krainie. Aż szkoda, że to jednak nie odcinek serialu, bo dałoby się to pokazać wizualnie w bardzo ładny sposób.

Technophobia również była całkiem niezła – choć już bez tego uroku. Klasyka: bliska przyszłość, rozwój techniki i knujący złoczyńca. Bardzo bliski problem, podejrzewam, że może naprawdę przemówić do wielu osób. Baliśmy się już podobnych rzeczy i to nawet za czasów Donny w serialu, ale tego nigdy dosyć.

Time Reaver miał natomiast ciekawy pomysł, ale albo już zaczęłam przysypiać, jak to mam w zwyczaju, albo naprawdę było… nudno. Pomysł z bronią czasową przypominał mi słuchane też niedawno historie Doktora Wojny, jednak sama planeta, która jest jednym wielkim węzłem komunikacyjnym… No tak sobie. Widowiskowe, ale czy ma jakieś zastosowanie praktyczne? ;)

Widzę pewną powtarzalność w tych historiach, jakby ich twórcy bardzo gorączkowo starali się zachować ciągłość z serialem, boDonna Noble można przy tych słuchowiskach grać w bingo. Donna chce wyjść za mąż – check; Donna pochyla się nad losem prekariuszy – check; aluzja do przyszłej przygody – check; można to uznać za zaletę, bo wydaje mi się, że i Donna, i Doktor są bardzo kanoniczni, a same historie świetnie się wpasowują w serial, ale już w którymś momencie zaczęło mnie to trochę irytować. Ale to ja.

Mam jeszcze pewne wątpliwości związane z Donną, ale nie dotyczą one samych słuchowisk, ale ogólnie tej postaci. Nie wiem jednak, czy odważę się kiedyś napisać tekst o moich problemach z Donną. Już i tak mam wrażenie, że w tym fandomie wyjątkowo łatwo można dostać po głowie…

Sherlockistka: Miałam zacząć od anegdoty, ale zacznę od tego, że sama projektuję od dawna tekst o tym, za co Donnę kocham. :D Może byłoby zabawnie zgrać się z tymi tekstami jakoś w jednym tygodniu, wtedy obie frakcje ludzi z maczugami dostaną coś dla siebie na ukojenie nerwów?

No w każdym razie, jako się rzekło, kocham strasznie. W dodatku najbardziej z całego Doktora uwielbiam sezon z Dziesiątym i Donną, więc chyba na nic Doktorowego od lat tak bardzo bardzo nie czekałam. Czekałam do tego stopnia, że przez pierwsze parę dni po premierze w ogóle bałam się je włączyć, jakoś tak oszczędzałam te słuchowiska na najlepszy możliwy moment. I w końcu wymyśliłam: posłucham Doktora podczas wieczornego biegania. Mało co się tak dobrze do biegania nadaje. A żeby uczcić Dziesiątego szczególnie, włożę, jak nigdy, moje specjalne, Doktorowe trampki. I tak ruszyłam, w tych trampkach, z tym wielkim oczekiwaniem, włączyłam i… och ludzie. Jak mi się mój Doktor, mój ukochany Doktor w słuchawkach odezwał! Nigdy wcześniej nie uświadamiałam sobie, jak bardzo charakterystyczny jest nie tylko głos Davida Tennanta, ale i akcent, nawet ten w Doktorowej wersji wygładzonej. I te maniery jego urocze, i tony takie dobrze znane, i uśmiech, który słychać, i przejęcie, i entuzjazm, ten cudowny entuzjazm. To było zupełnie, jak gdybym go widziała, niczego mi nie brakowało. Włosy widziałam. I oczyska. A obok mojego Doktora – moja Donna. W najlepszej komitywie, jak zawsze, tacy, jakimi ich zapamiętałam. Przekomarzający się w najlepsze, fantastycznie zgrani, jako aktorzy i jako postacie.

Oczywiście mogłabym udawać, że, naturalnie, zachowałam dość obiektywizmu, żeby teraz przejść do chłodnej analizy słuchowisk, ale a) od tego, jak się okazuje, mam w ustawce was ;) b) mogliby tu się odezwać naoczni świadkowie, którzy widzieli mnie tamtego dnia biegającą po Nowej Hucie. A goście nowego nowohuckiego ogródka rozkoszujący się podówczas pięknym ciepłym wieczorem, musieli być dość ubawieni widokiem mało inteligentnie za to nieopisanie błogo uśmiechniętej osoby, która truchtała na oślep w słuchawkach i w hipsterskich trampkach, a może jednak powinna była zadbać o normalne buty, bo by nie rymsnęła tak malowniczo na prostym chodniku.

Donna NobleNo więc mogę śmiało twierdzić, że słuchowiska mnie powaliły. Czy powaliłyby mnie, gdyby nie było Dziesiątego i Donny? Nie. Wydaje mi się, że są idealnie przeciętne jak na Big Finish, intrygi typu „słyszałam to już ze trzydzieści razy, ale za każdym razem w miarę mi się podobało”. Zgodzę się też z zarzutem, że twórcy aż za bardzo starają się, żeby postaci były kanoniczne. Może faktycznie za dużo tych znajomych motywów i nawiązań – ja osobiście nie cierpię wręcz, jak robi się za bardzo meta, oczko do słuchacza, więc jestem na to szczególnie wyczulona (sorry Moff). Chociaż co najmniej jedna aluzja naprawdę bardzo mi się podobała – przy „masz coś na plecach” wypowiedzianym do Donny, aż mnie coś ścisnęło w środku.

Inaczej niż Lierre, najbardziej podobało mi się właśnie drugie, Time Reaver, a to dlatego, że wydało mi się najbardziej oryginalne. Technophobia jest oparta na bardzo fajnym pomyśle, ale jednak należy do bardzo obficie od czasów Moffata, w Doktorze reprezentowanej kategorii „codzienne przedmioty straszą”, do tego końcówka trochę kuleje moim zdaniem, nawet nie mogłabym z całą pewnością i przekonaniem wyjaśnić, co tam się właściwie dzieje. Death and the Queen z kolei balansuje na tej cienkiej granicy między „och, ale mamy dużo uczuciowych relacji między bohaterami, ale super, ale wzruszająco” a „no dobra, za dużo tych feelsów”. Tymczasem środkowe słuchowisko jest nie tylko utrzymane najbardziej chyba w klimacie odcinków z Dziesiątym i Donną (momentami ja widziałam te sceny na ekranie), ale chyba jest też najlepsze i najciekawsze jako samodzielny utwór (nie licząc drobnego szczegółu, że mam poważne wątpliwości związane z pomysłem na, jak by to nazwać, „główną broń antagonistów”). Zarówno miejsce akcji – planeta Calibris – jak i postacie drugiego planu wydały mi się wyjątkowo świeże (wadą słuchowisk BF w ogóle jest dla mnie to, że przy takiej ilości produkcji pomysły muszą być w dużym stopniu powtarzalne) i po prostu barwne. A szczególnie podobało mi się to, jak wyważono w tym odcinku proporcje między humorem, smutkiem i strachem. Chichrałam się i smuciłam, martwiłam, wzruszałam i śmiałam. Jak dawniej.

No więc, mój Doktor wrócił. To nie były najwybitniejsze słuchowiska, jakie słyszałam w życiu. Może najwybitniejsze będą w następnej serii. W każdym razie mnie kilofem nikt od tego cyklu nie oderwie. :)

Zaciekawiła mnie uwaga K. o tym, że w jej odbiorze Dziesiąty traci jednak sporo ważnych środków wyrazu, gdy odbieramy mu „wizję”, i o tym, że słuchowiskowy Dziesiąty jest jednak uboższą kreacją niż Ósmy. Nie wiem, czy to dlatego, że słuchowiska i audiobooki to w ogóle ulubione formy przyswajania fikcji mojego mózgu, ale muszę powiedzieć, że – szczerze! to nie była fatamorgana wywołana zbyt nieznośną tęsknotą! – naprawdę niczego mi nie brakowało. Myślę, że Tennant i McGann są w zupełnie innej sytuacji. Paul McGann tworzył swoją słuchowiskową postać prawie od zera, po jednym filmowym występie, który szału nie zrobił, i nagrał tego już strasznie dużo. W tym wiele długich serii, w których nie tylko dość konsekwentnie kształtowano charakter Ósmego, ale i pokazano kilka naprawdę przejmujących i rozbudowanych nawet bardziej niż wiele historii, które znamy z telewizji, bliskich relacji z towarzyszami. Paul McGann zrobił to tak, że można i należy się w nim zakochać – czy ludzie, którzy nie próbowali jeszcze słuchowisk mnie słyszą? – i tak oto właśnie Ósmy z jednego śmiesznawego filmu dzięki Big Finish stał się najbliższym, najważniejszym Doktorem dla wielu Whovian, a i u mnie mieszka na pewno wysoko na liście. Tymczasem Tennant zaczął nagrywać słuchowiska właśnie jako jeden z najukochańszych Doktorów, którego rozbudowaną i przejmującą historię już poznaliśmy, łącznie z zakończeniem, Doktorem którego wszyscy doskonale pamiętają – i za którym zdecydowana większość widzów tęskni, a tak najchętniej, to by po prostu go zobaczyła, w całości, z płaszczem, trampkami, tą miną i tamtą miną, i wszystkim. Więc jest jasne, że kiedy dostajemy sam głos, to to dla większości z nas będzie „tylko głos” (chociaż McGann jest zdecydowanie „aż głosem” i to wręcz „ACH jakim głosem!”), jest też równie jasne, że w trzech „rozbiegowych” słuchowiskach pełnych nieuniknionego w takich okolicznościach mniej lub bardziej udanego fanserwisu nie miał jeszcze specjalnie szans w tym porównaniu. Dlatego osobiście trzymam bardzo mocno kciuki przede wszystkim za autorów kolejnych serii, żeby dali Tennantowi długie, spójne i, zwłaszcza, przemyślane z punktu widzenia rozwoju postaci historie do grania, i odważyli się otworzyć jakieś świeże i ważne wątki, nie bazując wyłącznie na dopowiadaniu tego, co znamy z serialu. Bo dla mnie to zdecydowanie jest ten głos, który tak strasznie chciałam usłyszeć.

Odsłuchaliście? Zgadzacie się z naszymi opiniami? A może dopiero zamierzacie odsłuchać? W takim razie zapraszamy serdecznie na stronę Big Finish.


Uzależniona od herbaty, pisania i brytyjskich seriali. Kocha ludzi, teatr, wiedzieć więcej. Nie znosi fasolki, seksizmu i źle napisanych dialogów.
  • Cpt

    Zarówno Dziesiątego Doktora jak i Donny z całego serducha nie znoszę, więc chyba sobie podaruję, za to z niecierpliwością czekam na słuchowiska z potworami z współczesnych serii, jak Płaczące Anioły czy Judooni, których to ścieżki mają się skrzyżować z klasycznymi Doktorami.

    • M.

      Ojej, serio? Moge z ciekawosci zapytac, czemu nie znosisz Donny?:P

      • W jedynych trzech komentarzyach, jakie przeczytałam tu i na fejsie wynika, że ludzie nie znoszą albo nie przepadają specjalnie za Donną (2) i Dziesiątym i generalnie słuchać tego nie będą :D No, ten fandom ma swoje nieoczekiwanie chłodne momenty :D

        • Cpt

          Ja Donnę jakoś bym mimo wszystko strawił pomimo niechęci, ale w parze z jedynym Doktorem, którego nie darzę ani odrobiną sympatii… Dla mnie ta para to takie specyficzne combo tego, czego w DW nie lubię ;)

          • Hej, napiszmy razem tekst o tym, dlaczego nie lubimy Donny. :D Bo ja nie wiem, czy sama się odważę.

            • …albo ustawkę z resztą publicystów, hm, hm.

            • Cpt

              W tym i w tym chętnie wezmę udział ;)

            • Blownie

              dawajcie, chętnie przeczytam, bo osobiście Donnę kocham, ale ciekawie byłoby poznać inną opinię i podyskutować :P i nie bój się, g.pl to nie tumblr, nie obudzisz się z 50 pogróżkami w mailu (przynajmniej tak mi się wydaje) xD

            • Cpt

              Będzie ich tylko 49 ;)

      • Cpt

        To bardzo podobny typ towarzysza, co Adric – mój numer jeden wśród nielubianych postaci Whoniversum. Osoba trochę nadęta i za mało respektująca Doktora.

  • Wojciech Kowalski

    Jak zobaczyłem nazwę artykułu to pomyślałem sobie, że skomentuję mówiąc, że w sumie nie miałem za bardzo oczekiwań, bo bardziej czekałem na słuchowiska z Doktorem Wojny i River Song… No i Lierre napisała to w swoim pierwszym zdaniu.

    Nie miałem oczekiwań, więc i się nie zawiodłem, ale w gruncie rzeczy umiarkowanie mi się podobało. „Technophobia” była typem klasycznej historii zrealizowanej wokół jednej idei, co było całkiem spoko. „Time Reavers” wyglądało z początku trochę jak coś co by pasowało raczej do Doktora Wojny, ale w końcu ta broń jakoś tak dziwnie działała… „Death and the Queen” było z kolei strasznie w moim klimacie, z tą jak ktoś wspomniał baśniowością.

  • „i za którym zdecydowana większość widzów tęskni, a tak najchętniej, to by po prostu go zobaczyła, w całości, z płaszczem, trampkami, tą miną i tamtą miną, i wszystkim.”
    <3 <3

    Czekałam na słuchowiska. Do fandomu dołączyłam, gdy już było dawno po Tennancie i tak sobie myślałam, że może dzięki nim przeżyję tę czystą radość z posiadania przygody Dziesiątego "na bieżąco". Nie wiem, co sobie wyobrażałam, ale gdy przyszło co do czego, odkładałam to słuchanie, więc unikałam wszelkich informacji i recenzji, a gdy w końcu odsłuchałam, okazało się, że fandom zamilkł, a i ja w sumie mam niewiele do powiedzenia. Z fabuły nie wszystko zrozumiałam i muszę zrobić powtórkę, ale nie zachwyciły mnie jakoś te przygody mimo że uważam je za dobrze napisane; Tennant mój kochany mówi "Calibris" i ja wiem, że się szeroko uśmiecha, i w sumie nieważne, co mówi, byle mówił, byle znów był Doktorem… Tyle że idiotyzmem byłoby oczekiwać, że to będzie to samo, bo nie ma obrazu, bo nie ma Daviesa, bo David ma głos trochę głębszy i wymawia "t" w "button". Zamiast się cieszyć z czegoś ekstra, fanfika przeczytanego na role, z porządnych historii, wpadłam w przygnębienie, bo zdałam sobie sprawę, że uczucia towarzyszące mi podczas oglądania sezonów 2-4 nigdy nie wrócą. Cała reszta sprawia frajdę, czasem bardzo dużą, ale nie ma tego "czegoś"…
    Docenię je w końcu, tak jak doceniłam Jedenastego. Na razie idę obejrzeć serial, znowu.

  • Pingback: Wszechświat problemów z Donną Noble (część 1) - Wszystko o serialu Doctor Who - Gallifrey.pl()