Gallifrey.pl na Polconie 2018 – relacja

W tym roku Polcon odbył się wcześniej niż zazwyczaj, bo już w lipcu – w Toruniu, na terenie kampusu UMK. Nie mogło na nim zabraknąć także naszej redakcji. Zwłaszcza, że i whoviańskich punktów programu było sporo.

Polcon to impreza, która co roku odbywa się w innym mieście, co sprawia, że trudno przewidzieć, jak wyjdzie w danym roku i ile będzie na niej uczestników. Zarazem jest to też jeden z najważniejszych polskich konwentów, podczas którego odbywa się głosowanie na Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Jak wy odbieracie Polcon jako imprezę? Jak na tym tle wypadła tegoroczna edycja?

Ginny: To był mój pierwszy Polcon, więc nie mam porównania z wcześniejszymi edycjami, niemniej widzę go jako taki dziwny konwent. Nie da się go porównać wielkością z Pyrkonem czy WCC, ale tak, jest to jeden z najważniejszych konwentów w naszym kraju. Może mógłby być trochę większy, gdyby nie forma wędrowna, jest ona jednak o tyle zaletą, że jeśli jednego roku Polcon odbywa się w dalekim wam mieście, w następnym może być już dużo bliżej. Tak było też dla mnie w tym roku – ponieważ z Bydgoszczy do Torunia jest dosłownie żabi skok. Pod kątem organizacyjnym/atmosfery mogę wypowiedzieć się (póki co) tylko o tegorocznej edycji. I tu zdecydowanie będę chwalić. Może zdarzały się drobne uciążliwości, takie jak moment, w którym najpierw dostałam klucz do złego pokoju w akademiku, a potem okazało się, że moi faktyczni współlokatorzy wychodząc na teren konwentu zabrali klucz do pokoju ze sobą… Pogoda też wyjątkowo nie dopisała, co powodowało trudności techniczne związane z budynkami, ale to wciąż były drobiazgi, które nie przeszkadzały w cieszeniu się z konwentu.

Dzięki skoncentrowaniu całej imprezy na terenie kampusu uczelni udało mi się bardzo ładnie zbalansować punkty programu, których udało mi się posłuchać, spotkania ze sporą liczbą znajomych i jeszcze coś w miarę spokojnie zjeść.

Adrian: Dla mnie tegoroczny Polcon był nie tylko pierwszym Polconem, ale nie licząc Warsaw Comic Conu (którego szczególnie ostatnia edycja była dosyć mocno nastawiona na gwiazdy i gości) pierwszym konwentem, a więc nie jestem w stanie porównać go z niczym. Mogę za to opisać swoje wrażenia. I nie będę ukrywał – było mega pozytywnie. Fakt, może nie było gigantycznych tłumów przed każdą prelekcją, ale nie powiedziałbym, że ludzi brakowało. Dla mnie wręcz było idealnie. No i był cosplay Trzynastej Doktor! A tak z innej beczki, chyba jedynym dużym zgrzytem było zamieszanie ze zmianą godzin prelekcji, które było bardzo niejasne. Brakowało jakiejś większej tablicy ogłoszeniowej albo chociaż jakiegoś dużego napisu, który rzuciłby się każdemu w oczy, gdyż ten, który był, zdecydowanie nie spełniał swojej roli. Kilkukrotnie się zdarzyło, że ludzie przychodzili na jakąś prelekcję, żeby się dowiedzieć, że już się odbyła i wychodzili, co z pewnością deprymowało obecnego prelegenta.

Mandalkor: Byłem już na niejednym konwencie, jednak na Polconie: po raz pierwszy. Na dodatek odbywał się w moim ukochanym, rodzinnym mieście, Toruniu. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie kameralność tego konwentu – atrakcje blisko, jedzenie blisko, sklepy blisko, nawet sleeproom był blisko. Większość twarzy mijanych po drodze na rozmaite atrakcje się powtarzała, zwłaszcza jeśli było się na miejscu prawie codziennie. Chyba że to dlatego, że większość atrakcji, które mnie interesowały, odbywały się w jednym budynku. Odnośnie organizacji, to zasadniczo doczepiłbym się tylko do słabego poinformowania ludzi o zmianie punktów programu, przez co nie każdy miał możliwość być na tym, na czym chciał. Pogoda również spłatała nam figla na tym konwencie, gdyż oprócz deszczu – Czy na Polconie pada? – panowała nieprzyjemna duchota, zwłaszcza w salach wykładowych, no ale co zrobić. Z naturą nie wygrasz. Najważniejsza była dobra zabawa, której nie brakowało, bez względu na to, czy prelekcję się prowadziło, czy słuchało. Choć ekipa z Bydgoskiego Fankubu DW na pewno przyczyniła się do tego w niemałym stopniu.

Na stoiskach też można było znaleźć doktorowe drobiazgi.

Jak podobał się wam tegoroczny program? Udało się wam wejść na dużo whoviańskich punktów programu, czy może nie szukaliście ich jakoś intensywnie?

Ginny: Program podobał misię bardzo i zdecydowanie potrzebna byłaby więcej niż jedna TARDIS, żebym zdołała pojawić się na wszystkich jego punktach, na które chciałam potencjalnie pójść. Jednocześnie mam jednak poczucie, że byłam na całkiem sporej liczbie prelekcji i paneli – i do tego, szczęśliwie, żaden z nich nie był na tyle nudny, żebym chciała z niego wyjść w połowie. Szczególnie miło wspominam m.in. prelekcję z dyskusją K. pt. „Wyciągnij rycerzy z szafy, czyli o tworzeniu inkluzywnych settingów fantasy” – choć skierowana była do RPG-owych Mistrzów Gry, to pokazywała, jak budować inkluzywność w narracji, co jest przydatnym narzędziem także dla twórców w innych środkach przekazu. Podobała mi się też bardzo premiera antologii Skafander i melonik Śląskiego Klubu Fantastyki oraz panel o NaNoWriMo, które przebiegały w luźnej, przyjaznej atmosferze i odpowiednio prezentowały pokrótce autorki i teksty zebrane w rzeczonej antologii oraz wyjaśniały fenomen pisania powieści w trakcie listopadowego szaleństwa, jakim jest NaNoWriMo.

Jeśli chodzi o atrakcje whoviańskie, byłam tylko na paru. Po pierwsze była to prelekcja Mandalkora o lekko mylącym tytule „Z czego Doctor Who ma doktorat”. Prowadzący nie tłumaczył bowiem, co studiował Doktor, a pokrótce opowiadał o wynalazkach i nauce w serialu pod kątem tego, czy podobne rzeczy są możliwe w rzeczywistości. Ostatecznie była to jednak ciekawa prelekcja, skupiająca się na podstawach. Chętnie też posłuchałabym jakiegoś wchodzącego w te kwestie głębiej wykładu, ale też to byłby punkt skierowany do trochę innego odbiorcy. Poza tym pojawiłam się też na kolejnej prelekcji Mandalkora, tym razem współprowadzonej z Adrianem, pt. „Wizje przyszłości w klasycznym i nowym Doctor Who”. Prowadzący podzielili materiał dość prosto, na wizje z odcinków klasycznych i nowych serii. Wyszła tu na jaw istotna różnica. O ile w klasykach przyszłość w różnych stopniach futurystyczności po prostu jest i nic z niej nie wynika, o tyle New Who nie tylko przyszłość przedstawia, ale i stawia sobie w tych odcinkach pytanie o jej kształt i znaczenie dla ludzkości. Na sam koniec konwentu wzięłam też udział w panelu „Tylko idiota w budce? Podsumowanie ery Dwunastego Doktora”, prowadzonym przez Mandalkora, a w którym oprócz mnie wzięli udział K., Adrian i Krzysztof Czyżak. Trudno mi powiedzieć, jak wypadliśmy, ale zdecydowanie podobały mi się pytania, które zadawał nam Mandalkor, a które skłaniały do zastanowienia nad tym pozornie przegadanym już mocno tematem.

W sobotę odbyło się też małe whoviańskie spotkanie, ale o tym porozmawiajmy za chwilę.

Świetna prelekcja K. o mediach w świecie Harry’ego Pottera.

Adrian: Co do programu, to był to dla mnie największy plus całej imprezy. Prelekcji o tematyce mi odpowiadającej było bardzo dużo, przez co niejednokrotnie zdarzało się tak, że trzeba było odpuścić jeden punkt, aby pójść na inny. Ale przecież z dwojga złego lepiej w tę stronę. Najbardziej w pamięć zapadła mi chyba prelekcja o temacie „Psychologia Avengersów” z salą wypchaną po brzegi i bardzo interaktywnym prowadzeniem z wieloma pytaniami do publiczności. A co do whoviańskich atrakcji, to byłem jedną z osób, które je tworzyły, a dokładniej wraz Mandalkorem prowadziłem „Wizje przyszłości w klasycznym i nowym Doctor Who” oraz brałem udział w panelu o Dwunastym Doktorze. Cóż mogę o nich powiedzieć? Pomimo gigantycznego stresu bawiłem się na nich dobrze. Mam nadzieję, że ci, którzy na nie wpadli, również. Poza tym super wypadła druga prelekcja Mandalkora „Z czego Doctor Who ma doktorat”, w której opowiadał o technologii z serialu, która ma szansę się kiedyś pojawić w rzeczywistości. Kto się nie uśmiechnął w momencie wyciągnięcia sonicznego śrubokrętu w celu wyjaśnienia, jak działają fale, ten nie powinien się nazywać prawdziwym fanem :D.

Mandalkor: Ten konwent był dla mnie inny niż pozostałe z jednego podstawowego powodu, którego czytelnik może się domyślić po przeczytaniu poprzednich wypowiedzi. Był to konwent, na którym pierwszy raz w życiu prowadziłem punkty programu. Mało tego, prowadziłem cztery! Trzy zaplanowane: o nauce, o wizjach przyszłości i panel o Dwunastym Doktorze. Czwarta, nieplanowana, to prelekcja mojego dobrego przyjaciela Ziemowita Lewandowskiego, założyciela Bydgoskiego Fanklubu o tym, co ze wszystkich poprzednich odcinków serialu mogłoby wrócić w jedenastej serii (choć, jak już wiemy, nic nie wróci). Jako że uważa mnie za specjalistę od klasyków, stwierdził, że nie wyobraża sobie prowadzić tej prelekcji beze mnie. Było to bardzo miłe, a prelekcja wyszła nam, jak sądzę, ciekawie, mimo braku przygotowania z mojej strony. Choć nie powiem, bardzo pomógł fakt, że mamy podobne zdanie odnośnie tego, co mogłoby kiedyś wrócić. Równie dobrze bawiłem się z Adrianem na naszej prelekcji, którą łatwo mi ocenić ze względu na mniejszy ładunek stresu. Fantastycznie się uzupełnialiśmy tym bardziej, że każdy miał nieco inne spojrzenie na omawiany temat. Dobrze, że uwinąłem się z moją częścią tak szybko, bo mimo raczkowania w tej dziedzinie mój współprelegent nieźle się rozgadał, co wyszło mu wspaniale i bardzo swobodnie. Mam też nadzieję, że opinie moich przedmówców co do pozostałych moich prelekcji nie są odosobnione i każdego obecnego zaciekawiłem tematem naukowości Doctor Who i zadawałem odpowiednie pytania w temacie Dwunastego.

Odnośnie prelekcji, na których byłem słuchaczem, wszystkie wspominam bardzo dobrze, choć było ich nieco mniej niż planowałem (ach, te planszówki!). Na wyróżnienie zasługuje wysoce oryginalna prelekcja o niepełnosprawnych postaciach w komiksowym uniwersum Marvela. Co istotne, była prowadzona przez osobę z uszkodzonym słuchem i uświadomiła mi, jak bardzo takie postaci mogą się przydać, aby łatwiej było zrozumieć, a może i nawet wesprzeć osoby borykające się z problemem, jakim jest niepełnosprawność właśnie.

Joanna Kotek o osobowości Doktor(a).

W tym roku także Redakcja Gallifrey zorganizowała whoviańskie spotkanie, które jednak nie cieszyło się dużą popularnością. Jak myślicie, dlaczego tak mogło się stać? Czy sami jesteście zainteresowani tego typu nieoficjalnymi punktami programu?

Ginny: Z jednej strony cieszę się, że pojawiło się tych kilka osób i mogliśmy choć chwilę porozmawiać, ale, z drugiej, już tworząc ankietę Pod kopułą miałam poczucie, że nie ma wielkiego zainteresowania tym spotkaniem. Nie jestem jednak pewna, czy to dlatego, że ankieta powstała stosunkowo późno i większość whovian, którzy na Polcon się wybierali, już nie sprawdzała grupy, czy też po prostu nasz polski fandom nie ma wielkiej potrzeby tego typu spotkań? A może program był zbyt ciekawy i nie stanowiliśmy w jego natłoku zbyt wielkiej atrakcji?

Z trzeciej strony serial jest chyba ciągle w odwrocie. Choć czekamy z niecierpliwością na 11 serię, dwa lata przerwy mu nie służą. Więc może nie ma się co dziwić, że na konwentach mniej jest i whovian i cosplayu i zainteresowania tym wspaniałym serialem?

Adrian: Whoviański meet akurat odbył się bezpośrednio po prelekcji mojej i Mandalkora, przez co ciężko było mi się na czymś skupić. Pamiętam tylko długi szalik oplatający siedzące przy stole osoby i moje niespokojne myśli, czy przed chwilą nie poszło mi tragicznie. Fakt faktem, że dużo nas nie było, ale jestem pewny, że jak tylko wyjdzie jedenasta seria, ludzie zaczną się bardziej interesować takimi spotkaniami.

Mandalkor: Co do spotkania whovian mam mieszane uczucia, bo choć było bardzo miło w gronie osób, które się pojawiły, to jednak smucił fakt, że było nas tak mało, mimo dość wyraźnego, kolorowego i wełnianego czterometrowego oznakowania spotkania. Czyżby wszyscy tak bardzo chcieli dostać autograf Sapkowskiego? A tak całkiem poważnie, to temat spotkań fanów Doktora zasługuje chyba na osobny artykuł na Gallifrey.pl, bo jest to ciekawe zjawisko. Niby nas tyle jest, a jednak nas nie widać. Czy to faktycznie wina promocji wydarzenia? Innych planów akurat w tym czasie? Czy wstydzimy się swojego fandomu (na Zarkwona, mam nadzieję, że nie)? Podobnie zresztą sytuacja ma się w temacie spotkań lokalnych fanklubów, bo przykładowo Bydgoski Fanklub ma tłum „aż” sześciu stałych osób! Ludzie, integrujmy się może jakoś bardziej niż tylko w sieci?

Dyskusja o epoce Dwunastego Doktora.

Za rok Polcon odbędzie się w Białymstoku. Nie wiemy jeszcze, ile będzie na nim whoviańskich atrakcji, ale od tej jesieni pojawi się na pewno sporo nowych tematów do rozmów, zachwytów i marzeń. A choć z Polconem nigdy nie wiadomo, po tegorocznej edycji zostawił bardzo pozytywne odczucia.

Warto też w tym miejscu wspomnieć, że toruńska ekipa to superbohaterowie, którzy organizują w tym roku jeszcze drugą dużą imprezę – Copernicon! Też na pewno pojawi się na nim ktoś od nas. To jeden z największych konwentów w naszym kraju, serdecznie polecamy.

Daj na ciastko!