Redakcja lubi konwenty. Redakcja jeździ na konwenty, gdy tylko może…

…a gdy już na jakiś dociera, to stwierdza, że integracja jest ciekawsza od konwentu. Uhm… No cóż… Służbowe TARDIS szwankują, więc rzadko się widujemy…

No ale nie całkiem tak, przecież.

imladris-13-10-2014-7
Whomanistki są najfajniejsze.

Miałyśmy świeżo w pamięci wspomnienie Polconu, który nie był może w tym roku szczególnie ogromny, ale jednak miał rozmach imprezy o ogólnokrajowym zasięgu, Imladris ujął nas więc kameralnością. [Dla mnie było to spore zaskoczenie, ale szybko „przestawiłam” się na tryb imladrisowy i w ogólnym rozrachunku doceniłam zarówno odległość konwentu od centrum, jak i bardzo przyjacielskie podejście wszystkich do wszystkich. – przyp. Gingerstorm] Współkonwentowicze, prelegenci, cosplayerzy, goście i wszelcy zakręceni osobnicy przemykali wąskimi korytarzami nowohuckiej szkoły i ciągle wpadało się na znajome osoby i widziało się kątem oka twarze kojarzone z fandomowych spotkań i internetu.

imladris-13-10-2014-1
Podstępna whomanizacja przestrzeni publicznej.

Konwent zaczął się w piątkowe popołudnie, części redakcji nie udało się jednak wtedy tam dotrzeć – mimo wstępnych planów i dobrych chęci. Ale wiecie, jak to bywa. Gasnące latarnie. Chłodny powiew wiatru. Tajemnicze kamienne figury i nagle jesteś w Wenecji, rok jest, na oko, 1964 i trzeba się trochę namęczyć, by uporać się z kosmicznym zagrożeniem wypełzającym z kanałów, a potem jeszcze wrócić tam, gdzie się wcześniej było. W końcu nam się udało, ale, zmęczone i głodne, pojechałyśmy do domu, a nie do dalekiej Nowej Huty…

W sobotę jednak już się udało – choć nie do końca, bo ciągle czyhały na nas najróżniejsze zagrożenia i niefortunne zbiegi okoliczności [HE, HE, HE – przyp. Gingers], które uniemożliwiły Lierre uczestnictwo w jednym i przeprowadzenie drugiego punktu programu – mamy nadzieję, że nikt nie poczuł się rozczarowany, odkrywając, że jednak nie tak łatwo ją złapać. Ci Dalekowie, zawsze wtedy, kiedy ma się coś ważnego na głowie… I zawirowania temporalne… Ech, ciężki los. Następnym razem zaopatrzymy się w zapasowe manipulatory wiru. Udało nam się jednak zrobić drobne zakupy i zwiedzić świetnie wyposażoną, pełną pokus salę z grami planszowymi.

imladris-13-10-2014-6
Bardzo ciekawa prelekcja, uchylamy fezu w uznaniu wiedzy!

Następnie wysłuchałyśmy niezwykle ciekawej prelekcji o podróżach w czasie. Wzmianka whomanistyczna była wprawdzie tylko jedna – i to tylko obrazkowa – ale jesteśmy już o wiele bliżej skonstruowania ulepszenia naszych służbowych TARDIS! A przynajmniej mamy solidne teoretyczne podstawy i już wkrótce zabierzemy się do pracy (a jak skończymy, to przeczytacie relację z ComicConu). Po przerwie na odwiedziny u pewnego starego znajomego (Kornel, pozdrawiamy!) Gingerstorm wybrała się potańczyć [Kasiu, naprawdę polecam film i miniodcinek z McGannem. ;)], a Lierre z pozaredakcyjną koleżanką – powalczyć w konkursie o fantastycznych serialach, który okazał się bardzo trudny, ale tym większa była satysfakcja z wypracowanego drugiego miejsca. [Chciałabym tylko zauważyć, że Lierre spaliła bardzo oczywiste pytanie o kadr z DW, należą się jej za to pomidory i oklaski – G.] [Wcale nieeee, nie słuchajcie jeeeej…. – przyp. Lierre] Po takich wrażeniach wieczorem sił wystarczyło tylko na zobaczenie nowego odcinka… [Lierre kłamie – nie wystarczyło jej sił na obejrzenie odcinka – zasypiała z głową na moim ramieniu, to dlatego „Kill the Moon” tak jej się podobało… No i, oczywiście, nie dopuściła mnie do napisów, dlatego tyle czekaliście, meh – G.]

imladris-13-10-2014-8
Pozdrawiamy serdecznie Pulpozaura. :)

Niedziela wiązała się dla nas z tylko jednym punktem programu, ale za to bardzo istotnym: prelekcją kolegów z Pulpozaura o dość sugestywnym tytule „Czy Steven Moffat musi odejść”, który jednak głównie był o tym, jak zmieniło się Whoniversum po wydarzeniach odcinka rocznicowego i czy słusznym zabiegiem, zarówno z wewnątrzserialowego, jak i zewnętrznego punktu widzenia, było uratowanie Gallifrey, i jak ten rocznicowy plot twist wpływa na kreację bohatera. Po prelekcji o Moffacie przygotowanej na Polcon Lierre trochę wznosiła oczy ku sufitowi (ale zabrakło jej odwagi, by wtrącić swoje trzy grosze… a może trzydzieści…), Souffle Agent mruczała pod nosem „Classic Who, zapominacie o Classic Who…”, a Gingerstorm scenicznym szeptem korygowała poważniejsze potknięcia [Lasy na Gallifrey są SREBRNE, a nie pomarańczowe. Tu nawet nie trzeba klasyków! – G.]. Redakcyjnie chcielibyśmy również zapewnić, że nie jesteśmy Związkiem Radzieckim. Poza tym jednak miło było posłuchać prelegentów, którzy mieli tak różny od nas punkt widzenia – redakcja jest trochę hive mindem, łatwo więc nam czasami zapomnieć, że pewne kwestie inni fani postrzegają nieco inaczej. Fajnie byłoby kiedyś podyskutować…

imladris-13-10-2014-9
…i naszych czytelników! :)

Nie mogłyśmy niestety zostać po panelu i choćby chwilę porozmawiać, bo rzeczywistość nas goniła i musiałyśmy szybko znikać z konwentu, Nowej Huty, a niektórzy też, niestety, z Krakowa.

Dziękujemy bardzo organizatorom konwentu Imladris, którzy spisali się na medal. Udało się uniknąć kolejek, nie widziałam, żeby ktokolwiek był z czegokolwiek niezadowolony, tolkienowskie nazwy sal dodawały klimatu – było spokojnie, kameralnie i przede wszystkim bardzo sympatycznie. W przyszłym roku na pewno też się stawimy.


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.