Dziesiąty Doktor i emocje

Od dłuższego czasu po mojej czasosplątanej głowie pełza sobie robak. Nie jest on wielki, obleśny i okropnie dokuczliwy, nie jest też jednak dla mojej świadomości całkiem transparentny. Insekt ten przypomina nieco to urocze żuczysko, które niegdyś zalęgło się na plecach Donny Noble. Pod tym względem, że choć istotnie tam jest, to można go łatwo przeoczyć, a tego lepiej nie robić – takie przeoczenie może przecież całkiem zmienić czyjeś życie! Na przykład wasze, gdybym zdecydowała się nigdy tego artykułu nie napisać, a wy nie stracilibyście cennych chwil, czytając go, albo moje, bo nigdy bym nie zrozumiała, czym właściwie jest to natrętne, niezidentyfikowane coś. Robak wystawia swe złowieszcze czułki zawsze, gdy w pobliżu znajdzie się Dziesiąty Doktor, gdy zaś nawiedzę okolice dyskusji o jego emocjonalności, to prawie mnie kąsa… w dłoń, bym coś raczyła na ten temat napisać. Co? Pytam go wówczas, niemal go wtedy naprawdę zauważając. Felieton. Odpowiada. Niech więc będzie, mówię, felieton.

Dziesiąty Doktor

Coś prawdziwie zaskakującego dzieje się za każdym razem, gdy się gdzieś na forum publicznym wspomni o Dziesiątym. Mam tu na myśli, gdy się wspomni inaczej niż tylko o jego przełomowej fryzurze, czadowych trampkach i iście tennantowskim uśmiechu. Inaczej, czyli o osobowości; o tych odcieniach błękitu i brązu, które go odróżniają od innych regeneracji. Słowo po słowie, przecinek, wykrzyknik i zaczyna się dyskusja o jego emocjach, która niekiedy przeradza się w zaciętą walkę na soniczne śrubokręty. Otóż okazuje się, że tym, co w osobowości Dziesiątego jest najczęściej wymieniane, o czym się dyskutuje najzacieklej, to właśnie emocje i to one stanowią jego wyróżnik, modus operandi Dziesiątego we wszechświecie.

Spiczastowłosy Doktor pojawił się w oparach złotej mgiełki, zastępując Dziewiątego, który emocje zwykł ukrywać, bo, być może, zbyt często przeważały wśród nich dojmujący smutek i złość po Wojnie Czasu oraz jej, jak wierzył, tragicznym finale. Jednak Dziewiąty zmienił się: poznał przyjaciół, udało mu się raz sprawić, że wszyscy przeżyli, a na koniec dowiedział się, że nie jest mordercą. Narodził się więc niejako na nowo. Stara twarz, która zapewne uformowała się wykrzywiona rozpaczą, rozpłynęła się w nicość z uśmiechem na ustach. Nowy, nowy Doktor nie był już tamtym zamkniętym w sobie weteranem. Jednak czy o wysadzeniu własnej planety można tak po prostu, dzięki przyjaźni, miłości, dzięki kilku sukcesom, zapomnieć?

Dziesiąty Doktor z uśmiechem na ustach

Dziesiąty Doktor to młody, pogodny, zwariowany facet. Strasznie dużo gada i do tego gada strasznie szybko, a biega może jeszcze szybciej. Nie brak mu pewności siebie, z łatwością przyjmuje komplementy, nie protestuje przeciwko żywemu zainteresowaniu płci przeciwnej. Nie brak mu tupetu, złośliwości, szczypty nonszalanckiej obojętności, a nawet jawnego egoizmu… Ale co to? Dlaczego on płacze? Dlaczego krzyczy? Po co ta histeria, Doktorze?

I tu pojawia się Dalek niezgody – dlaczego, u licha, bohater, który do tej pory radził sobie świetnie, przełykał łzy, tłumił wrzaski, nigdy (och, prawie nigdy!) naprawdę i świadomie nie był egoistą, teraz nagle zaczął ot tak skakać od śmiechu i ekscytacji do płaczu, krzyku i patetycznych wybuchów realnego samolubstwa? Skąd ten irytujący, przesadny rozbrat? A, co ważniejsze, czy to faktycznie jest przesada, czy to aby nie jest jakaś bujda na resorach, podkręcona mitami tych, którzy Dziesiątego nigdy nie pokochali albo zwyczajnie nigdy naprawdę go nie zrozumieli?

Może zanim na te pytania spróbuję udzielić odpowiedzi, wygrzebię z komody moich, a pewnie też i waszych wspomnień kilka najbardziej charakterystycznych momentów, reprezentujących emocjonalność Dziesiątego i przez ułamek czasu się nad nimi pochylę, rozważając ich smak, barwę oraz fakturę. Nie będą to zapewne absolutnie wszystkie możliwe chwile, ich analiza nie będzie też szczególnie wyczerpująca, ale da być może pojęcie o tym, co siedzi w sercach naszego ulubionego Władcy Czasu. Wyciągam klucz, obracam go w zardzewiałym zamku i wyciągam…

Dziesiąty Doktor i Madame de Pompadour

Odcinek Dziewczyna w kominku („The Girl in the Fireplace”)! Pierwsza z brzegu pozycja wybrana ze względu na intrygującą skłonność Dziesiątego, by z radością akceptować zainteresowanie kobiet w swoim życiu, przy jednoczesnym całkowicie nieświadomym, jak się zdaje, ignorowaniu Rose.

Może pociągam tu za felerny sznurek i zaraz na łeb spadnie mi cały firmament konsekwencji, ale dlaczego by o tym nie wspomnieć? To przykład, który może być reprezentacją egoizmu Dziesiątego, a który powraca także później w formie ignorowania czy też unikania konfrontacji z tym, co do Doktora czuła niewątpliwie Martha Jones. Powraca też jako chłód w stosunku do Jacka; Jacka, którego, bez względu na powód, jednak porzucił.

Skoro udało mi się już zezłościć czytelnika, to wysunę teraz kontrargument: to wcale nie musiał być egoizm i niemal na pewno nim nie był, a w każdym razie nie był to ten prosty, nieszlachetny egoizm znany nam z życia codziennego. Doktor nie ignorował Rose w Dziewczynie w kominku – on tylko znalazł zagadkę do rozwiązania, osobę do ocalenia. A że Madame do Pompadour była fascynująca i zwyczajnie ją polubił? Cóż… Sądzę, że po prostu był wtedy Doktorem, co oznacza wiele – oznacza radość z poznania kogoś, pociąg do tajemnic, miłość do przygód, lekkomyślność kogoś, kto, jak wówczas, być może, sądził, nieco oddalił już od siebie widmo wojny.

Od lewej: Martha Jones, Dziesiąty Doktor i kapitan Jack Harkness

Co zaś się tyczy Marthy; Doktor zawsze ją doceniał, zawsze ją lubił, ale nie potrafił po prostu jej zranić, mówiąc jej pewne rzeczy wprost, nie chciał przecież, by odeszła. I znów – Doktor, o ludzkich przecież skłonnościach, a zarazem wadach, postanowił pogrążyć się w przygodach, zagadkach, gonitwach i liczyć, że wszystko ułoży się samo.

A Jack? Doktor po prostu o nim zapomniał, TARDIS po prostu nie chciała go na pokładzie… Czy to usprawiedliwia szorstkie obejście Dziesiątego? Być może nie, ale każe sobie przypomnieć o tym, za co kochamy tę postać; za niebycie ideałem, za irracjonalność, za pewien chłód i tajemnicę, a nade wszystko za człowieczeństwo najbardziej niesamowitego typu – tego mianowicie, które rzadko spotykane jest wśród ludzi na Ziemi.

Szuflada jednak jest nadal pełna! Pozwólcie, że wyciągnę z niej…

Dzień zagłady („Doomsday”), czyli pożegnanie z Rose. Pożegnanie na plaży, pożegnanie i pojedyncza łza, która przecież nijak, biorąc pod uwagę wieczną rozłąkę, nie przypomina histerii, o którą posądzany jest Dziesiąty. Ta pojedyncza łza zapewne bardziej pasowałaby do tłumiącego emocje Dziewiątego. Jednak to na policzku Dziesiątego można było ją dostrzec.

Dziesiąty Doktor po pożegnaniu z Rose

Co jednak dzieje się dalej?

Strach przed śmiercią, a właściwie nawet realna panika Doktora w odcinku 42 („42”), gdy ogień trawił go od środka, a on krzyczał, krzyczał, bo zwyczajnie się bał. Czy powinien był w chwili strachu krzykiem ten strach okazywać? Czy to przystoi komuś, kto już nieraz był o krok od śmierci i zawsze jakoś sobie radził z myślą o ewentualnej zagładzie? Nie mnie to osądzać. Nasze postrzeganie zależy tu od tego, czy wolimy, by był to Doktor Niezwyciężony czy też Doktor… No właśnie: jaki? Ludzki? Niedoskonały?

Dziesiąty Doktor w odcinku 42

Co jeszcze czai się w czeluściach szuflady? Powiązane ze sobą odcinki Ludzka natura („Human Nature”) i Rodzina krwi („The Family of Blood”). Doktor dosłownie zamieniony w człowieka jawi się widzowi jako przeciętniak, jako rozhisteryzowany John Smith, który za nic nie chce stać się na powrót Doktorem. I tu pytanie: czy John Smith nie jest aby czystą esencją człowieczeństwa, którą Dziesiąty cały czas ma gdzieś w środku, która nieustannie wraca? Esencja ta to młody człowiek, mentor, pragnący rodziny romantyk, spokojny i wcale nie skłonny do szaleństwa. Jaka mieszanka musi ścierać się w Doktorze, gdy do tej skromnej esencji dosypany zostanie dumny, zarozumiały Władca Czasu, żyjący od setek lat? Bardzo niestabilna! I, jak sądzę, dość tragiczna, skłaniająca do przesady zarówno w radości, jak i w rozpaczy.

Kolejnym emocjonalnym momentem reprezentacyjnym dla Dziesiątego jest scena śmierci Mistrza, gdy Doktor naprawdę szlocha nad ciałem wroga, którego nie mógł uratować. Oto obraz kogoś, kto rozradowany nowym życiem i, przypuszczalnie przez to, nieco lekkomyślny, bo odurzony szczęściem, najpierw traci osobę, dzięki której tę radość po wojnie udało mu się odzyskać (Rose), potem zaś wspomnienia o wojnie brutalnie wracają. Wspomnienia te niosą tym razem ze sobą przedziwny smak; są zarazem gorzkie i słodkie, bo wraz z nimi jest tym razem i nadzieja: oto jest jeszcze jeden Władca Czasu! Ale i on umiera, a wraz z nim ta utopijna mrzonka, że zbrodnie wojny uda się odkupić odzyskanym życiem przyjaciela-wroga. Czy więc tak gwałtowna reakcja nie wydaje się być jak najbardziej zrozumiała?

Dziesiąty Doktor płacze nad umierającym Mistrzem

Czwarty sezon, do którego dokopałam się właśnie w mej magicznej szufladzie wspomnień i którego karty otrzepuję z kurzu, przypomina mi o pieśni zniewolonych Oodów, rozbrzmiewającej w umyśle Doktora, o śmierci Jenny (jak wierzy Dziesiąty), poświęceniu River Song, o najgorszej stronie ludzkiej natury, obnażonej w odcinku Północ („Midnight”), o odzyskaniu rodziny i o jej utracie, utracie Rose, tej Rose, o której tak długo myślał, a także o rozłące z Donną…

Na samym dnie szuflady leży zaś monolog Doktora, którego dopadła śmierć, pukając czterokrotnie dłonią Wilfreda Motta, czyli miłego, starszego pana, ryzykującego dla Doktora życiem… Co zaś czyni Doktor? Doktor krzyczy! Mówi o niesprawiedliwości, sugeruje bezwartościowość Wilfreda, jednocześnie twierdząc, że jest wart więcej, bo przecież tyle mógłby zrobić. Niewątpliwie jest to monolog niełatwy do pojęcia dla tych, którzy znają Doktora. Przecież on nigdy by tego wszystkiego nie powiedział! Nigdy nie potraktowałby tak przyjaciela! Nigdy nie byłby samolubny do tego stopnia!

Och, co ja tu jeszcze mam?

Nie chcę odchodzić.

Ostatnie słowa samolubnego histeryka, który nawet odejść nie potrafi z uśmiechem na ustach, jak poprzednik, z godnością, ale ze łzą drżącą na rzęsie i wyrazem autentycznej rozpaczy na twarzy.

Dziesiąty Doktor na moment przed regeneracją

Tak, w skrócie, wygląda emocjonalny Dziesiąty; potrafi ignorować uczucia innych, płakać nad własnym złym losem, nie doceniać przyjaciół, rozklejać się nad ciałem wroga, który przecież całą jego ukochaną ludzkość zniewolił i gnębił przez rok (wymazany czy nie), panikować, rozczulać się…

Czy takiego Doktora chcieliśmy? Czy tak było faktycznie? Jak właściwie było? I co jest z emocjonalnością Dziesiątego nie tak? Czemu jego warga ciągle drży, jakby się zaraz miał rozkleić, czemu czasem nie dostrzega uczuć przyjaciół? To kwestie, które potrafią podzielić fanów, rozpętać długie dyskusje, doprowadzić do kłótni. Jak to właściwie zatem było z emocjonalnością Dziesiątego Doktora i dlaczego tak?

Nie odpowiem, czy to dobrze czy źle, że bywał nieco rozchwiany, bo właściwie balansowanie między chorobliwym entuzjazmem, lekkomyślnością, samolubnością, paniką, histerią, rozpaczą, złością… Hej… Momencik… Czy to aby nie jest właśnie Doktor? Doktor, który czasem regeneruje się w błazna, który potyka się o własne stopy, czasem jest prostolinijnym gburem, czasem zaś jest emocjonalną kulką? Czy nie jest samolubem, lekkoduchem czy nie lubi dramatyzować? Co jednak z godnością? Co z granicami histerii i egocentryzmu?

Tu chyba najlepiej będzie się odnieść do pożegnania z Dziesiątym Doktorem; do jego zachowania względem Wilfreda (pamiętny monolog) oraz samej regeneracji.

Wilfred Mott

Dziesiąty Doktor narodził się, o czym była już mowa, na nowo. I nie chodzi mi tu tylko o zmianę ciała, o zmianę temperamentu i inne regeneracyjne dyngsy. O nie. Chodzi mi o faktyczne odrodzenie po wojnie; o początek odzyskanej radości życia, która jest efektem, poniekąd, rezygnacji z barier, które tak długo tłumiły emocje, gdy był Dziewiątym oraz, zapewne, podczas Wojny Czasu. Tak długi okres braku autentycznej radości, tej prostej i dziecinnej, musiał chyba doprowadzić do pewnego emocjonalnego przesytu. Moja teoria na ten temat jest następująca: za całą emocjonalność Dziesiątego Doktora w pierwszej kolejności winić należy dwie regeneracje tej radości niemalże pozbawione. To wyzwolenie z okowów dwóch represyjnych regeneracji pociągnęło za sobą cały strumień innych emocji, całą ludzką wrażliwość, która w Doktorze zawsze była, ale niegdyś była też racjonalnie dozowana, zawsze pod kontrolą. Po długim okresie represji wewnętrznych nic jednak nie mogło nad nią zapanować, czyniąc Dziesiątego emocjonalnie zwariowanym.

Doktor otworzył się, ale, otwierając bramy świata emocjonalnego, stał się też wyjątkowo podatny na zranienie. Bramy bowiem pozostały otwarte tak, że z zewnątrz mogło je sforsować dosłownie wszystko; każde uniesienie, radość, ale i cierpienie. Stąd każdy ból; utrata Rose, Mistrza, Donny, River, mrzonki prostego, szczęśliwego ludzkiego życia w ciele Johna Smitha, uparcie powracające wspomnienia Wojny Czasu… To wszystko połączyło się w finale w wybuchową mieszankę, której efektem stała się gorycz, poczucie niesprawiedliwości.

Dziesiąty Doktor

Monolog, deprecjonujący Wilfreda, nie był w istocie, jak sądzę, wcale bezpośrednio skierowany do Wilfreda i wcale go nie deprecjonował. To była czysta gorycz nagromadzona w toku przygód, która po prostu wybuchła w tym momencie i Wilfreda obrała sobie za cel. Gdyby Doktor faktycznie myślał tak, jak mówił, to nie ocaliłby staruszka, a wtedy nie byłby Doktorem. Nie zrobił tego przecież na siłę. Nie winił Wilfreda. Był po prostu rozgoryczony. I znów! Za to kochamy Doktora; za to, że nie zawsze jest bohaterem czystym jak łza, że bywa idiotą, samolubem, bywa wściekły, zrozpaczony, kłamie, że jest ludzki, że jest trochę taki jak my, czyli nieidealny.

Cóż lepiej niż ten monolog może świadczyć o owych ludzkich niedoskonałościach, o niepanowaniu nad sobą zawsze i wszędzie, o nie byciu typowym bohaterem?

Smutny Dziesiąty Doktor

Dziesiąty nagromadził wiele smutku, wiele przykrości, choć przecież nie z takim, jak się zdaje, zamysłem pojawił się we wszechświecie. Przecież pojawił się w świecie odrodzonym, weselszym, w którym odkupienie jest możliwe, radość jest niemal osiągalna, a widmo wojny minimalnie zbladło. Wszechświat lubi jednak płatać figle i wykorzystywać nasze słabości przeciwko nam. W przypadku Dziesiątego – jego słabością były emocje i w końcu nagromadziło się ich tyle, że nie wytrzymał. Powiedział kilka gorzkich słów, zrzucił tonę papierów ze stołu i wziął się w garść. Czy na pewno? A co z tą niechęcią, by odchodzić? Twórcza improwizacja Davida Tennanta? Czy może to przemówiła ta sama część duszy Dziesiątego, która wygłosiła niesławny monolog? Może i to, i to?

Dziesiąty zapewne chciał odkupienia; tyle mógł zrobić, by je osiągnąć, tyle zrobić, a tak mało mu się udało, tyle osób stracił, tyle podłych rzeczy widział… Ale zaraz, zaraz – powiecie zapewne. On przecież nie umiera! To tylko regeneracja, kosmito, weź się w garść! Racja. Owszem. To wciąż będzie Doktor, ale przecież regeneracja, według Dziesiątego, jest pewnym rodzajem śmierci, bo umierają na zawsze niektóre jego cechy, blakną wspomnienia, przeszłość odchodzi w dal. On zaś chyba nie uważał, sądząc po wspominanym raz po raz monologu wygłoszonym w próżnię, że wypełnił swoje zadanie w tym ciele, że osiągnął to, czego pragnął: absolutną radość bez poczucia winy, realne odkupienie. Wręcz przeciwnie: stracił tyle osób: Rose, a wraz z nią rodzinę, Mistrza, Donnę, River… Dziesiąty może uważał, że porażek było zbyt wiele i chciał je jeszcze zrównoważyć, jeszcze bardziej przeważyć szalę. To jednak mu się nie udało. Odszedł smutny, że nie spełnił własnych oczekiwań wobec samego siebie.

Dziesiąty Doktor wymazuje pamięć Donny.

Zatem egocentryczna histeria czy wzruszająca wrażliwość? I to, i to. W istocie ważniejszym pytaniem jest: dlaczego? Tylko, odpowiadając na nie można tak naprawdę kwestię emocjonalności Dziesiątego Doktora pojąć. Pojąć, że to ten sam Doktor, a raczej ten sam, inny Doktor. Taki jak inni i całkiem inny niż oni. Ma te same cechy, inaczej je jednak odtwarza, z innym natężeniem, w inny sposób, ale w gruncie rzeczy są to te same emocjonalne stany… w nowym wydaniu.

Mogę tylko spróbować je zrozumieć, wytłumaczyć je w oparciu o to, co wiem o Doktorze jako takim. Czy jednak bezwzględnie trzeba je lubić w takim kształcie, w jakim je nam Dziesiąty prezentował? Oczywiście, że nie. Dobrze jest jednak o nich pomyśleć w szerszym kontekście, który w całej swej rozciągłości dostrzegać musiał ten Doktor, który nie chciał odchodzić.

Dziesiąty Doktor macha na pożegnanie

Daj na ciastko!


Studentka, ekstrawertyczny introwertyk, rysownik-amator i pisarz-hobbysta z dalekiej północy. Dla przyjaciół: Tai.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who