Jeśli zapytacie mnie, który Doktor jest moim ulubionym, otrzymacie dość skomplikowaną odpowiedź. Moim Doktorem – tym moim, tym, od którego wszystko się dla mnie zaczęło, który przychodzi na myśl pierwszy i do którego zawsze będę wracać z sentymentem, jest Trzeci. Moją ukochaną częścią Whoniversum pozostają jednak pozaekranowe przygody Ósmego. Ale jak mam nie wspomnieć jeszcze o tym czy o tamtym, przecież tak naprawdę kocham ich wszystkich…

Sprawa trochę się upraszcza, gdybym miała się ograniczyć tylko do New Who. Dziewiątego bardzo lubiłam, ale czuło się niewykorzystany do końca potencjał (choć co dopiero powiedzieć o sprowadzonym praktycznie tylko do roli zaskakującego zwrotu akcji Wojennym Doktorze Johna Hurta). Dziesiątym się swego czasu zachwycałam, lecz przy kolejnym obejrzeniu zaczął mnie irytować. Za Jedenastym nie przepadam – ani za postacią, ani za aktorstwem Matta Smitha. Dwunasty zatem, jak na razie, pozostaje bezkonkurencyjny, choć niewiele odcinków jego ery tak naprawdę, naprawdę mi się podobało. Ale jego samego uwielbiam: za to, jak świetnie jest zagrany, za to, jak wygląda, za to, jak jest napisany. Za tę szorstkość, złośliwość, ten chłodny dystans, pod którym tak naprawdę gotują się emocje. Za to, że był taki inny niż poprzedni. Ach, będę za nim tęsknić – ale czas się żegnać. Desperacką deklarację o zaprzestaniu dalszej regeneracji przyjęłam nawet nie z łezką w oku, a ze zgryźliwym uśmieszkiem: haha, powodzenia. Chciałbyś. Ja bym nie chciała. Uwielbiam cię, ale pora na zmianę; można się przed nią wzbraniać, ten bunt jest wskazany, aż chce się zacytować Dylana Thomasa, ale koniec końców trzeba się z tym pogodzić i nacieszyć się nowością – o to w końcu w tym serialu chodzi, prawda?

Pisałam jakiś czas temu o różnych moich doktorowych życzeniach i proszę, już się zaczynają spełniać! W pierwszym szkicu artykułu wspominałam, że marzy mi się (i Capaldiemu pewnie też, znając jego entuzjazm dla klasyków) spotkanie Dwunastego z jakimś klasycznym Doktorem, ale potem pesymistycznie ten podpunkt usunęłam, nie spodziewając się, że w ogóle mam szansę się tego doczekać. A tu co? Dwunasty z klasycznym Doktorem! Z którymkolwiek byłoby dobrze, potencjał świetnych interakcji byłby zawsze, ale Pierwszy! Jaki to był genialny wybór! Dlaczego?

O Pierwszym też już kiedyś pisałam, bo choć nie wymieniam go pierwszym tchem jako mojego faworyta, wciąż od nowa się nim zachwycam. Uosabia on najsilniejszą cechę swojej ery. Wczesne sezony serialu mają swoje wady, swoje dłużące się niemiłosiernie odcinki, swoje przaśnie wyglądające scenografie, swoje śmieszne niedociągnięcia, ale jak powtarzam do znudzenia, od razu stają się lepsze i ciekawsze, gdy spojrzymy na nie przez pryzmat postaci. O towarzyszach nie czas i miejsce się rozpisywać, więc skupmy się tylko na tytułowym bohaterze. Każda jego następna inkarnacja była postacią wielowarstwową, złożoną, rozwijającą się, ale nie było drugiego Doktora tak dynamicznego, jak Pierwszy. Z początku oskarżany przez współczesnych fanów o podobne wady, co Dwunasty (pierwsza paralela na liście!): że taki niesympatyczny, że za stary, że się czasami nie przejmuje ludźmi, że taki niedoktorowy, stopniowo rozwija się w Doktora, jakiego znamy z kolejnych pięćdziesięciu lat.

Wspólne zrzędzenie – na które, oczywiście, bardzo liczę – nie jest jednak jedyną ani najważniejszą zaletą duetu Pierwszy-Dwunasty. Nie chcę odcinka oceniać czy analizować na zapas, ale już po tej krótkiej scence z końca Upadku Doktora („The Doctor Falls”) widać, że Doktor Hartnella/Bradleya (o kwestii zmiany aktora jeszcze wspomnę) nie pojawi się tylko jako ciekawostka; ma on do odegrania ważną rolę: być pomocnikiem i świadkiem zmiany. Tak, właśnie on, ten sztywniak i maruda, któremu nie chciało się biegać i mieszać w ratowanie świata, który pomimo młodego jak na Władcę Czasu wieku sprawiał wrażenie (nie tylko wyglądem, ale i często zachowaniem) zmęczonego staruszka. Ale kto inny nadawałby się do tego lepiej niż ta, jak powiedziałam, najbardziej dynamiczna odsłona naszego bohatera? Ten, który swój czas na ekranie zakończył, moim zdaniem, najlepszymi ostatnimi słowami ze wszystkich Doktorów (no, technicznie rzecz biorąc nie była to jego ostatnia kwestia, ale były to te istotne pożegnalne słowa):

It’s all over? That’s what you said—but it isn’t all over!

Koniec? Wszystko stracone? Tak powiedzieliście, ale to jeszcze nie koniec. Do końca jeszcze daleko. Może się wydawać, że już po wszystkim, ale nie dajcie się zwieść – opowieść trwa. Jak pięknie wieloznaczne było to niepozorne zdanie! To jeszcze nie koniec dla postaci z tego odcinka (wrogów i przyjaciół), ale też nie dla serialu, bo scenarzyści mają w zanadrzu coś wyjątkowego – bezprecedensowy pomysł na kontynuację. Na nas, dzisiaj, przyzwyczajonych do formuły Doktora Who, nie robi to może aż takiego wrażenia, ale wówczas była to decyzja równie trudna i śmiała, co dziś kontrowersyjna zmiana płci. A teraz ponownie i podobnie stajemy na progu czegoś nowego – wybór Pierwszego nie jest zatem, jak sądzę, ani trochę przypadkowy. Fakt, że gra go David Bradley, jest oczywiście spowodowany smutną koniecznością, ale niech nam posłuży za przypomnienie, byśmy nie przywiązywali się zbytnio do twarzy, a zaglądali głębiej. Nie wiem, może to przez to, jak bardzo siedzę w EU, przyzwyczajona do tego, że komiksowa kreska niekoniecznie odda mimikę żywego człowieka, a głos zastępczego aktora w słuchowisku, choć podobny, nie do końca ma barwę głosu Williama Hartnella, Patricka Troughtona czy Jona Pertwee – ale jak dla mnie to wciąż jest ten sam Doktor, dopóki jest dobrze napisany. Czego nam wszystkim na święta życzę. A zatem Pierwszy z „cudzą” twarzą i Jodie Whittaker, kobieta, przejmująca stery TARDIS – dobitniej się chyba nie dało już podkreślić, jak ważna dla Doktora jest ciągła zmiana i myślę, że wielu z nas tego przypomnienia potrzebowało, tak samo jak potrzebuje go buntujący się przeciwko regeneracji Dwunasty.

Czego jeszcze od nadchodzącego odcinka świątecznego oczekuję, oprócz godnego pożegnania dla mojego współczesnego ulubieńca, popisów złośliwości moich dwóch ukochanych zgryźliwych starszych panów oraz bezbłędnie oddanego dualizmu postaci Pierwszego (a co, dajcie dziewczynie pomarzyć)?

Widziałam taką teorię (całkiem zresztą sensownie wyjaśnioną), że Doktor w przeszłości był już raz kobietą, oraz jej rozwinięcie, że być może Jodie Whittaker nie będzie de facto Trzynastką, a raczej taką właśnie „prequelową” postacią. O ile to pierwsze jest możliwe i przez pewną wrodzoną przewrotność mi się podoba, w to drugie niezbyt wierzę i niezbyt bym tego chciała – w Doktorze Who jestem raczej za podążaniem naprzód niż tego typu fabularnym cofaniem się. Minimum liniowości prosiłabym jednak zachować, dziękuję bardzo; minimum tajemniczości w postaci Doktora również – co było kiedyś, pozostawmy w sferze spekulacji i mglistych aluzji i skupmy się na przyszłości.

Myślałam o tym drobnym problemie z linią czasową Pierwszego, a mianowicie, że nigdy w serialu nie podróżował sam; kolejny towarzysz dołączał zawsze zanim poprzedni odszedł, a przecież ciężko by pokazać któregokolwiek z nich w historii dziejącej się gdzieś pomiędzy klasycznymi odcinkami, bo wyglądają o wiele starzej! Czy zatem oni też zostaną zastąpieni innymi aktorami? Zwiastun z taką „zastępczą” Polly Wright to właśnie sugeruje, ale spekulowano także na temat pojawienia się Susan, co również figurowało na mojej osobistej liście życzeń. Młodszy Doktor zazwyczaj po fakcie zapomina spotkanie ze swoim przyszłym wcieleniem, więc i o tym mógłby zapomnieć, żeby nie burzyć continuity – da się zrobić!

To tak a propos, na koniec, drobiazg, ale sprawiłby mi przyjemność: żeby padły słowa „efekt Blinovitcha”.


Zagorzała fanka klasyków oraz Expanded Universe, serce oddała Trzeciemu, a duszę przez Ósmego zaprzedała Big Finish. Wbrew obiegowej opinii, ma jeszcze życie poza Doktorem. W przyszłości chce zostać Kuzynką w Faction Paradox.


  • CooxJonural

    Tyle marzeń na jeden odcinek :) Dobrze by było gdyby się spełniły, a odcinek okazał się petardą

  • necrohronos

    sądzę, że lepszym towarzyszem do tej historii byłaby Susan niż Polly. Jako TL w jakiś sposób rozumie co się dzieje z Doctorem i że pomimo innej twarzy jest to wciąż jej dziadek i w związku z tym chciałby i mogłaby (Polly i Ben nie powinni wiedzieć o regeneracji przed 10th Planet/Power of Daleks więc ich rola powinna być ograniczona) mu jakoś pomóc.

    • Blownie

      tak, ale o ile to nie jest takie tam zmyłkowe coś w trailerze, to ja ten zwiastun (widziałeś?) zrozumiałam tak, że odcinek będzie się dział chociaż częściowo *podczas* 10th planet? być może zobaczymy „odrestaurowaną” wersję regeneracji Pierwszego? kto wie

      • necrohronos

        widziałem, i Polly, i to że Pierwszy też się szykuje do regeneracji. Z jednej strony ma to sens bo dla obydwu jest to ważny moment, ale mimo wszystko Susan byłaby lepszą towarzyszką do multidoktorej historii.