Doctor Who w odcinku bożonarodzeniowym zabrał się za świat superbohaterów. Kto wygrał tę rozgrywkę i dlaczego był to Moffat? Zapraszam do krótkiej analizy wydarzeń.

Zanim przejdę do oceny Powrotu Doktora Mysterio („The Return of Doctor Mysterio”), chciałabym w pierwszej kolejności odnieść się do wypowiedzi redakcyjnego kolegi (klik), który stwierdził, że twórcy od poprzedniego odcinka (minął aż rok!) mieli dużo czasu na przemyślenie pewnych rzeczy i dopracowanie ich. Odnoszę jednak wrażenie (różnorakie wypowiedzi/wywiady/oglądalność/budżet serialu), że twórcy Doctora Who nie zamierzają niczego poprawiać, bo są bardzo zadowoleni ze swojego dzieła. Zarówno z odcinków wcześniejszych, jak i najnowszego. I w zasadzie mają być z czego zadowoleni! Atmosfera tegorocznego odcinka specjalnego jest doskonale wyważona. Z początku miałam wątpliwości co do powtarzania motywów doskonale znanych nam z innych filmów, całego tego mocno eksplorowanego motywu nowojorskiej nocy: żółtych taksówek mknących po ciemnych ulicach, tajemniczych ujęć na studzienki z parującą wodą, dziwnych rozmów na dachach drapaczy chmur. Widziałam to już tyle razy, że kolejny raz naprawdę nie muszę. Moje wątpliwości jednak jak zawsze rozwiało pojawienie się Doktora, jak zawsze w doskonałej formie, dziwacznego, pokręconego i wspaniałego. Oraz jedzącego sushi. Och, Doktorze, ty też lubisz sushi? No to już wiem, gdzie razem pójdziemy, kiedy cię w końcu spotkam!

Z ulgą przyjęłam też tegorocznego potwora – niezbyt oryginalnego, ale też niezbyt wydumanego, takiego w sam raz do przeprowadzenia zagłady świata. Z prawdziwym zaś zachwytem oglądałam superbohaterski team: Lucy i Granta. Byli absolutnie wspaniali: piękni, uroczy, bystrzy i tacy… normalni. Po emisji odcinka pojawiły się głosy, że Lucy to po prostu taka „dama w opałach”. Nie do końca zgadzam się z tą opinią. Tak, owszem, pod koniec odcinka oglądamy typową scenę gatunku, ale jej podłoża upatrywałabym raczej w graniu konwencją filmu niż sposobie, w jaki budowana jest konkretnie ta postać. Lucy jest pewną siebie, odważną, aktywną, pracującą matką. Niezbyt ułożyło się jej w życiu prywatnym, ale nie wpływa to na realizowanie przez nią życiowych ambicji/pasji czy posiadanie trzeźwego osądu sytuacji. A w dodatku to osoba, która potrafi rozszyfrować Doktora – i tym mi zaimponowała. (Nie wiem, dlaczego scena z przesłuchaniem i gumową laleczką tak bardzo mnie ubawiła, ale z jakiegoś powodu był to dla mnie jeden z najlepszych momentów odcinka. To rzadki w historii moment, w którym akcja się zatrzymuje i w centrum znajdują się nie wybuchy i knowania, ale emocje i psychologia bohaterów). Lucy jest zbyt żwawa, żeby być damą w opałach. Na moje oko sytuacja, która spowodowała zaszufladkowanie jej, postawiła Lucy zwyczajnie w sytuacji, która nie jest jej domeną – starcie z tłumem silnych facetów prawdopodobnie nie należy jednak do najsilniejszej strony nikogo z nas. Przypadkowo w jej pobliżu znajdował się superszybki Duch, a jeden odcinek to za mało, żeby zobaczyć Lucy w akcji, ale och, czyżby? Kto tak naprawdę rozpoczął dziennikarskie dochodzenie? Kto właściwie uratował świat?

Z pewnością nie był to Duch. Laury oczywiście należą się Doktorowi, który rozpracowywał organizację obcych, podczas gdy superbohater zajmował się randkowaniem. Cała praca, jaką wykonał, przypadła dopiero na ostatni, tak się złożyło, że najbardziej efektowny moment – i to nie w swoim superbohaterskim przebraniu, ale w roli Granta. I zaznaczmy, że wszystko to także dopiero po imiennym wywołaniu do tablicy. Całe zadanie detektywa, całe uciekanie i przyjmowanie pogróżek wroga przypadło wcześniej Doktorowi. No i trochę Lucy, która w przeciwieństwie do Ducha widziała zagrożenie ze strony organizacji obcych. Cóż mogę zatem powiedzieć: superbohaterowie we Whoniversum mają lekkie życie. Bo zwróćmy uwagę: co tak naprawdę robił Grant-Duch przez cały odcinek? Biegał za dziewczyną. Jego zaangażowanie w sprawę ratowania wszechświata było niemal przypadkowe – to Lucy rozpracowywała dziwą organizację obcych, a Duch pojawił się jedynie po to, żeby uratować ją od złoczyńcy. Czym zatem według Moffata zajmuje się superbohater w świecie Doktora? Ratowaniem dzieci z płomieni, byciem nianią oraz próbami zdobycia serca ukochanej, przy czym równocześnie absolutnym ignorowaniem zagrożenia dla całej planety rosnącego tuż pod jego nosem. Czyni to z niego najbardziej ludzkiego superbohatera, jakiego znam. Naprawdę zwyczajnego faceta, który zasadniczo układa sobie życie i czasem (ponieważ posiada wrażliwe serce) ratuje kogoś z niebezpiecznej sytuacji. Najchętniej jednak Lucy. A światu pomaga przez przypadek, ponieważ znalazł się we właściwym czasie i miejscu podczas działań Doktora. Sam Grant/Duch zajmował się bowiem feralnej nocy nie przyszłością ludzkości, a prywatnym życiem. To bardzo słodka karykatura superbohatera, która, przyznam szczerze, umknęła mi w pierwszym momencie.

Podczas redakcyjnej dyskusji padło także porównanie Lucy i Granta do Amy i Rory’ego. Spodobało mi się ono, jednak po zastanowieniu muszę stwierdzić, że owo podobieństwo jest przypadkowe i wynika raczej z grania konwencją superbohatera i ukobiecania męskiej postaci z supermocami (Supermana po prostu, no), a nie zwykłego mężczyzny w związku. Grant jest pod tym względem bardzo ciekawy: wieczorami zajmuje się ratowaniem ludzi z ognia i wybawianiem ich od przestępców, a w ciągu dnia pracuje jako niania niemowlaka. (Prawdę mówiąc, czyni to z niego mężczyznę idealnego – zatroszczy się i o rodzinę, i o losy świata…). W swojej wielozadaniowości jest jednak w pełni równy Lucy, która troszczy się o swoje dziecko i rozwija zawodowo, krocząc pewnie przez świat – równy w sposób, w jaki Rory nie był nigdy równy Amy.

Inna etykietka, jaką przypisano Lucy, a z którą chciałabym się rozprawić to określenie jej „nagrodą dla superbohatera”. Myślę, że zazwyczaj rozumiemy przez to określenie dziewczynę, która zostaje ukochaną bohatera, który przez cały film zajmował się walką ze złem i ratowaniem świata i z powodu nieśmiałości nie wykonywał nigdy ruchu, żeby ją zdobyć. Uniwersum lituje się jednak nad wybawcą ludzkości i w nagrodę za jego męstwo kieruje serce dziewczęcia ku mężnemu bohaterowi. Tutaj mamy jednak sytuację jakby odwrotną: superbohater owszem, ratuje ludzi, ale jego główna działalność koncentruje się na zdobywaniu ukochanej. Przy czym podchodzi do tematu strategicznie i systematycznie i nawet jeśli akurat brakuje mu pomysłu na finisz, skwapliwie korzysta z podsuwanych mu przez los okazji do zacieśnienia znajomości. Zatem miłość Lucy jest po prostu owocem ciężkiej, wyraźnie stargetowanej pracy, nie jakąś niezasłużoną nagrodą. Ewentualną nagrodą za wierną miłość byłoby tutaj raczej otrzymanie możliwość uratowania świata. Nie jest to wyraźnie widoczne, ponieważ Moffat upchnął taką liczbę motywów superbohaterskich w tak krótkim czasie, że trudno się połapać, co jest grą z konwencją, a co nie.

Powyższe przemyślenia robiłam na gorąco i biorę poprawkę na to, że mogłam zapędzić się w interpretacji, jednak w tym momencie takie rozumienie tych postaci wydaje mi się najsensowniejsze.

W pełni zgadzam się z wypowiedzią Moffata sprzed emisji, że Grant i Lucy mają magnetyczną siłę przyciągania i godnie konkurują o uwagę widza z Doktorem. A to wyczyn niezwykły, ponieważ Doktor z nowym towarzyszem (w stroju z Bizancjum!), jest jak zawsze najwyższej klasy. Dwunasty: zabawny, poważny, a w końcu ujawniający przeżywaną żałobę chwyta za serce i każe mi z zapartym tchem oczekiwać na 10 serię. Na marginesie wyznam, że z początku nie wpadłam na to, że imię „jej” to River Song. Jakoś oczekiwałam, że Doktor powie: „Clara”. Może to jednak dlatego, że od czasu odejścia Clary, nie było mi dane odbyć po niej porządnej żałoby, a żałobę po River przeżyłam już dawno, w erze Jedenastego Doktora.

Cieszę się, że Nardole okazał się więcej niż tylko sympatyczną niezdarą i naprawdę udało mi się go polubić. Zaskoczył mnie – jest nie tylko zabawny w ten śmieszny, głupowaty, komediowy sposób, ale też bystry i przenikliwy (w stosunku do Doktora) i sam prowadzi TARDIS! (I nosi strój z Bizancjum! Jeśli ubiorą go jeszcze kilka razy a taki sposób, to naprawdę go pokocham). Co więcej, odbywa samodzielne podróże w przeszłość i uczy się strategicznych operacji z Doktorem. Cóż, czekam na wyjaśnienie tej kwestii w nadchodzącej serii – jak to możliwe, że pojawia się taki znikąd i już stoi za sterami statku Władcy Czasu?

Podsumowując, uwielbiam ten odcinek, chociaż w kategorii opowieści superbohaterskiej dostałby ode mnie jedynkę do dziennika za nudne eksploatowanie wysłużonych motywów – nie zauważyłam niczego nowego czy ciekawego, co wniósłby do gatunku. Jednak, jako część Whoniversum, była to cudowna opowieść z przeuroczymi postaciami. Dobrze mieć swojego superbohatera w świecie Doktora i na pewno nie obrażę się, jeśli Grant i Lucy pojawią się jeszcze kiedyś w finale którejś z serii. Bo czemu nie? Tak ślicznych i rozsądnych bohaterów trzeba wykorzystywać.


Szczęśliwa posiadaczka dwóch kotów oraz konta na Instagramie.
  • Wojciech Kowalski

    Oo, super, sam sugerowałem w innym komentarzu, że Lucy wydawała mi się wręcz być bardziej wystawiona na pierwszy plan niż Grant.

    W sumie zgadzam się z całością artykułu i cieszę się, że zostało napisane dokładnie to co sam sobie myślałem w odpowiedzi na zasłyszaną krytykę w fandomie.

  • McThar

    Też bardzo polubiłem ten odcinek. Superbohater w Whoniversum okazał się być niezłym pomysłem i z chęcią jeszcze bym Granta/Ducha zobaczył razem z Lucy. Nardole też mi się spodobał. Był przedstawiony jako taki towarzysz, który z Doktorem podróżuje od dłuższego czasu i jest ze wszystkim zaznajomiony. Trochę dziwi mnie, że potrafi kierować TARDIS, ale mam nadzieję, że zostanie to jakoś wytłumaczone. Ogólnie jestem pozytywnie nastawiony do 10. serii i nie mogę się jej już doczekać.

  • Blownie

    Zgadzam się w pełni. Odcinek nie był perfekcyjny, ale podobał mi się bardziej, niż, pomyślmy, dotychczasowe specjale świąteczne od The End of Time (włącznie) wzwyż, więc nie narzekam. Był zabawny, świetnie pogrywał konwencją, ciągnął go głównie Doktor (ach, jak cudownie jest pooglądać Capaldiego w tej roli, gdy się nie jest zajętym waleniem głową w ścianę, bo scenariusz), ale pozostałe postaci wcale nie zostawały daleko w tyle. Głos Ducha a’la Batman rozbrajał mnie za każdym razem, Grant był ogólnie ciekawą postacią, do Nardole’a też się przekonałam, a Lucy wcale nie wydawała mi się ładną laleczką dla naszego dzielnego chłopca; jeśli wpadała mu w ramiona to z wdziękiem, jak wspomniała autorka artykułu musiał się o nią postarać, no i była zbyt zażywna, żeby ją tak zaszufladkować (scena z torturowaniem gumowej zabawki – 10/10). Mnie, notorycznemu narzekaczowi, się podobało. Oby tak trzymać z trendem poprawy przez całą 10. serię, bo naprawdę potrzebuję zobaczyć jeszcze Dwunastego w jakimś dobrym odcinku; było ich na razie za mało.

  • Pingback: No to lecimy! Jeszcze jedna recenzja Powrotu Doktora Mysterio - Gallifrey.pl - wszystko o serialu Doctor Who()