Doktor straszy

Choć chyba tylko jeden odcinek Doctor Who, Wody Marsa („The Waters of Mars”), można uznać za pełnoprawny horror, serial straszy często i robi to dobrze. Próżno szukać w nim krwi i flaków. Jak w klasycznych opowieściach grozy to, co przeraża, albo trzeba sobie dowyobrazić, albo ma niewiele wspólnego z cierpieniem czy śmiercią, a wszystko z motywacją tych, którzy się do nich przyczynili. Jak w najnowszym odcinku jedenastej serii, Arachnids in the UK, gdzie pająki, owszem, mogą przerazić osoby z arachnofobią, u innych budzą jednak raczej współczucie. Bo prawdziwy zły jest zupełnie gdzie indziej.

Co w New Who przeraziło najbardziej? Z okazji Halloween zapraszam do zapoznania się z subiektywnym zestawieniem najbardziej przerażających scen i pomysłów, i oczywiście do dodawania swoich typów.

Gangerzy cierpią

Pamiętam, że już na poziomie zapowiedzi ten odcinek wydał mi się dość straszny. Te rozmywające się rysy twarzy, ta biała skóra sobowtórów, po prostu brr! Jednak w Zbuntowanym ciele/Prawie ludziach („The Rebel Flesh”/„The Almost People”) to nie specyficzny wygląd istot stworzonych (czy raczej produkowanych) wyłącznie po to, by zastępowały ludzi przy niebezpiecznych zadaniach, jest najgorszy. To moment, w którym dowiadujemy się, że gangerzy w chwili śmierci pytają, dlaczego muszą umrzeć. Bo ich śmierć i cierpienie są równie prawdziwe, co ich ludzkich wzorców.

Wszystkie choroby świata

Jeśli Doktor planuje pokazać towarzyszom, jak świetlana przyszłość czeka ich gatunek, z miejsca można założyć, że mu się to nie uda. Nie inaczej jest w Nowej Ziemi („New Earth”), w której Dziesiąty i Rose wybierają się do Nowego Nowego Nowego (…) Jorku, by w szpitalu przyszłości trafić prosto na Trzeszczącą Płachtę aka Cassandrę aka ostatniego człowieka. I choć już to wystarczy, by dostać dreszczy, to prawdziwa groza jest (szczęśliwie) gdzie indziej. Oto okazuje się, że medycyna przyszłości mogła się rozwinąć dzięki mieszczącej się w kazamatach placówki gigantycznej hodowli ludzi, których zakon kocich sióstr zaraża wszystkimi chorobami świata. Swoje krótkie życie spędzają w trumnopodobnych pomieszczeniach, a jedynym celem ich istnienia jest dostarczanie leków bogatszym od nich istotom.

Anioł Bob

Dyptyk Czas Aniołów/Kamienne ciała („The Time of Angels”/„Flesh and Stone”) to mój pierwszy wybór odcinków do obejrzenia dla osoby, którą chcę zarazić Doctor Who. Może nie jest to najszczęśliwszy pomysł, ale jako że z postaci, które albo się kocha, albo się nienawidzi, żywię gorące uczucia zarówno w stosunku do River, jak i do Płaczących Aniołów, zwyczajnie nie mogę się powstrzymać, by sobie co jakiś czas tych historii nie przypominać. A że gdzie Anioły, tam rzecz jasna groza, więc i tu jest jej sporo. Na mnie nadal największe wrażenie robią dwie sceny. Pierwsza to rzecz jasna chwila, w której dowiadujemy się, co to znaczy, że wizerunek Anioła staje się Aniołem, czyli gdy Anioł z ekranu zupełnie serio próbuje zamordować Amy. Druga, znacznie gorsza, to rozmowa z Aniołem „Bobem”, czyli potworem, który mówi głosem zamordowanego przez siebie rekruta. A konkretnie moment, w którym oskarża Doktora, że go oszukał – bo, wbrew obietnicom, w chwili śmierci Bob był przerażony i potwornie cierpiał.

Uśmiechnij się

Znowu świetlana przyszłość, co więc może pójść nie tak? Tym razem to, co najgorsze, jest na początku. Oto daleko w przyszłości, w odległej galaktyce, jedna z pierwszych ludzkich pionierek wraca z pola do bazy, by usłyszeć od siostry: „Uśmiech na twarz, przygotuj się! Mama nie żyje. I Hopeful, ona też jest martwa. I jej przyjaciółka Sunshine też. I Eliza. I sporo innych osób. Uśmiechnij się, naprawdę. Bo jak nie…” . Wiadomo co, jak nie. Po chwili obie dołączają do mamy, Hopeful, Sunshine, Elizy i wielu innych osób, bo sympatyczne emojiboty, które miały je wspierać w tym nowym świecie, traktują konieczność uszczęśliwiania ludzi zbyt dosłownie i eliminują nieszczęśliwe jednostki. Można się jedynie pocieszać, że robią to szybko i raczej mało boleśnie. A przy okazji, zupełnie ekologicznie, przerabiają doczesne szczątki pionierów na nawóz.

Bez empatii (również w zakończeniu)

Jeśli miałabym wskazać doktorowe potwory, których boję się najbardziej, byliby to Cybermani. W ogóle wszystkie odcinki z nimi są dość koszmarne, może za wyjątkiem Srebrnego koszmaru („Nightmare in Silver”). Najgorsze sceny to w moim odczuciu przerabianie bezdomnych w Cybermanów przy wtórze muzyki klasycznej w Armii duchów/Dniu zagłady („Army of Ghosts”/„Doomsday”) oraz dwie z finału dziesiątej serii (Gdybyśmy czasu mieli więcej/Upadek Doktora): chwila, w której dowiadujemy się, że pierwsi Cybermani mają wyciszony dźwięk, bo nieustannie wrzeszczą z bólu, oraz ta, w której Bill zdaje sobie sprawę, dlaczego wszyscy nagle zaczęli się jej bać: jest Cybermanem i nie da się tego już odwrócić. Tak na marginesie, to nadal nie wybaczyłam Moffatowi tego, jak zakończył historię Bill.

Potwór kapitalizm

Chyba w żadnym zestawieniu najbardziej przerażających motywów w Doctor Who nie może zabraknąć Tlenu („Oxygen”). I mimo że już same martwe, i na dodatek nie pierwszej świeżości, ciała chodzące dzięki utrzymującym je w pionie skafandrom są wystarczająco okropne, to jeszcze gorszy jest powód, dla którego pracownicy pewnej stacji kosmicznej stracili życie: bo tak było taniej. W tej mało sympatycznej przyszłości nie są już bowiem ludźmi, a wkładką mięsną do kombinezonów, które świetnie pracują również bez nich.

W tym zestawieniu miało się znaleźć jeszcze kilka scen, ale nie pozbawię was niewątpliwej przyjemności przypominania sobie, kto i dlaczego szukał swojej mamusi, kto wykrzykiwał, że jest głodny, kto zgasił światło i jaki cliffhanger zafundowali nam twórcy dwójodcinkowca o gangerach. A zatem: czym was nastraszył Doctor Who? Dajcie znać w komentarzach!

Daj na ciastko!


Kocha rowery, fantasy, komiksy Gaimana, steampunk, River, Dwunastego i Daleków. Na co dzień robi za jaszczurczą żonę, choć bywa dzielna jak Jenny. Pisze ku chwale sontarańskiego imperium. Opuśćcie budkę i poddajcie się!

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who