Doktor-Donna, katastrofy i emocje, czyli wspominamy 4 serię

Minęło dziesięć lat od premiery Partnerów w zbrodni („Partners in Crime”), odcinka otwierającego 4 serię New Who – przez wielu uważaną za szczytowy moment serialu. Z tej okazji przypominamy ją sobie i wspominamy, co najbardziej przypadło nam do gustu w odcinkach, które się na nią składają.

Świetne fabuły, barwni bohaterowie, brawurowo odgrywający swoją postać David Tennant. Czy teraz, z perspektywy czasu, ta seria dalej się broni?

Archie: Broni się zdecydowanie! Mało tego, uważam, że jest to seria, która nadaje się do zaczynania przygody z serialem. Co prawda efekty specjalne trochę się zestarzały, ale mamy za to świetne, barwne charaktery, grę aktorską na wysokim poziomie i całe mnóstwo lekkiego humoru połączonego często z głęboką, ale niezbyt przytłaczającą refleksją. I to wszystko w dużej mierze dzięki Donnie, która dodała serialowi naprawdę sporo fajnej energii oraz wprowadziła powiew świeżości w relacjach na linii Doktor-towarzyszka. Ta silna, przyjacielska relacja jest dla mnie wielką zaletą i siłą napędową serii, bo i Doktorowi wychodzi to na dobre (zdecydowanie się rozchmurza), i Donnie, która – jako postać osadzona bardzo w życiu ziemskim – ma szansę przeżyć niesamowite przygody. A przy okazji udowodnić, że od takiej zwykłej-niezwykłej dziewczyny jak ona może zależeć całkiem sporo.

Clever Boy: Czwarta seria to moja ulubiona i mogę ją oglądać w kółko. Chciałbym zgodzić się z Archie, że to seria, od której można rozpocząć oglądanie serialu, ale według mnie tak nie jest. W związku z powrotem Rose, Marthy (a nawet Donny!) i finałem ktoś, kto nie oglądał wcześniejszych serii, może poczuć się zagubiony i nie zrozumieć wszystkiego. Dodatkowo cały bagaż emocjonalny nie będzie tak mocny, jak po seansie poprzednich serii i przeżyciu wielu przygód z tymi postaciami. Jest to cudowna seria, pełna niesamowitych przygód, kosmitów i postaci. Według mnie każdy odcinek się tutaj broni, jak zawsze jedne są słabsze, inne lepsze, ale przeważają te drugie. Z całej serii nie przepadam tylko za jednym odcinkiem i jest nim Córka Doktora („The Doctor’s Daughter”). Uwielbiam też odcinki z postaciami historycznymi, a dostaliśmy tutaj moją ukochaną Agathę Christie, jak ja uwielbiam ten odcinek! Bardzo podoba mi się także ton tej serii, przygoda goni przygodę, jest komediowo, ale również pełno tutaj wzruszeń. Empatia jest ważną kwestią w tej serii, zarówno dla Doktora, jak i ukochanej przeze mnie Donny. Te dwie postacie to wybuchowa mieszanka i według mnie doskonale się uzupełniają. Niezwykła chemia między Davidem Tennantem i Catherine Tate wyskakuje wprost z ekranu, za każdym razem, jak oglądam ich razem, to po prostu cieszę się do ekranu. Czasem nie muszą nic mówić, wystarczy spojrzenie, kocham ich! Zobaczcie ten zwiastun, to chyba najlepszy, jaki został stworzony do New Who, jest niezwykle klimatyczny, dużo nie zdradza i zawsze mam przy nim ciary, dla mnie to małe arcydzieło!

Sherlockistka: Już kilka razy zdarzało mi się wprowadzać kogoś w Doctor Who (na ogół standardowo od Rose) i potem przeżywać to wszystko wraz z tą osobą, często oglądając przy okazji sporo ponownie. Na nic tak nie czekam jak na 4 serię i dla innych, tak jak dla mnie, często to jest moment, w którym naprawdę Doctor ich zasysa, nie tylko jako odpałowe, kampowe, rozkoszne, absurdalne science fiction z zielonymi potworami, ale jako emocjonalne przeżycie, które potrafi wszystko zmienić. Do dziś nie pokochałam żadnej towarzyszki tak, jak Donnę w odcinku o Pompejach. Do dziś nie pokochałam żadnego motywu w serialu tak strasznie jak tego, że poznajemy River Song najpierw z  perspektywy nic nierozumiejącego Doktora, ale już zawsze potem wracamy do tej chwili z jej perspektywy i pęka nam wszystko w środku. Archie i Clever Boy słusznie prawią o tym, jak wspaniały i wspaniale zagrany jest duet Dziesiąty i Donna, to oczywiście mało kontrowersyjne w fandomie przekonanie, oglądanie (a teraz też słuchanie, uwaga, lokowanie produktu Big Finish i słuchowiskowa propaganda!) ich razem to czysta rozkosz, tyle zrozumienia, przyjaźni, kumpelstwa. Z drugiej strony losy obojga w tej właśnie serii są wyjątkowo przejmujące, to wtedy nasz Dziesiąty, niegdyś taki młody, szczęśliwy, zakochany i rozkoszny przemienia się stopniowo w kogoś, kto już niedługo będzie zdesperowanym, zrozpaczonym i zniszczonym szaleńcem. Donna… Donna Noble, o której Oodowie śpiewają pieśni, a ona już nigdy nie przypomni sobie dlaczego. Czwarta seria to dla mnie sama esencja Doctor Who, tyle humoru i lekkości, tyle zagadek i tyle ciosów widłami głęboko w serce.

Ewelinkja: Ja uwielbiam czwartą serię. Jestem też ogromną fanką duetu Dziesiątego z Donną. Cała seria to suma wspaniale dobranego duetu aktorów i ciekawych przygód. To historia przemiany i końca Dziesiątego Doktora i najgorszy los towarzyszki. Serio, nic nigdy tak mnie nie zniszczyło, nic tak mnie nie przeżuło, a następnie wypluło, tylko po to, by podeptać moje biedne serduszka Władczyni Czasu. Zawsze chętnie wracam do tej serii. No i pierwszy raz zobaczyliśmy w niej River, którą uwielbiam.

Lierre: Moje oglądanie Doctor Who cechuje daleko idący davieso- i tennantosceptycyzm, ale pamiętam, jak oglądałam serial po raz pierwszy, poprawnie, po kolei, i w czwartej serii raz za razem opadała mi szczęka, bo to było takie dobre. Dwie pierwsze serie mnie wciągnęły, choć było to takie guilty pleasure watching (dla ścisłości: nie uważam, by jakiejkolwiek pasji należało się wstydzić, ale są takie seriale i książki, które oglądamy i czytamy z przyjemnością, ale z myślą z tyłu głowy, że ludzkie życie jest krótkie. To mniej więcej mam na myśli), trzecia była tak boleśnie nierówna i momentami absolutnie zbyt patetyczna i przedramatyzowana, a czwarta… Czwarta jest po prostu dobra. Przezabawny pierwszy odcinek, potem świetne Pompeje, olśniewająca, wstrząsająca Biblioteka, niesamowite Północ („Midnight”) i Skręć w lewo („Turn Left”), bezsensowny, ale uroczo fanserwisowy finał… Fajne spotkania (Martha z Donną to był fajny duet), przeplatanie się z Torchwood, bardzo śmiałe pomysły – Córka Doktora dobrym przykładem – i takie głębokie wgryzanie się w mitologię serialu i budowanie jej. Aż się whovianin może zastanawiać, co by było, gdyby Russell T Davies został jednak na piątą serię? Co by było, gdyby nie musiał się potem gwałtownie żegnać i zalewać łzami patosu swoich ostatnich odcinków? Co by było, gdyby miał czas się uspokoić i opowiedzieć jeszcze kilka historii? Nie żałuję, że tak się nie stało, bo zaraz po świetnej czwartej serii dostaliśmy rewelacyjną piątą. Taka trochę złota era New Who, prawda? Trochę prostsze historie, trochę bardziej bezpośrednie emocje, trochę takiej fajnej wzniosłości, w którą trudno wcelować. Jest chyba za czym tęsknić, a przynajmniej wspominać, kiwając głową z uznaniem.

Czwarta seria nie miała zbyt mocnego wątku głównego. Pojawiał się, subtelnie zarysowany, motyw znikających planet i księżyców, który wybuchł mocno dopiero w finale – przypominał w tym motyw Złego wilka, choć nie zapisał się aż tak w pamięci fanów. Fabuła stawiała raczej na bohaterów i relacje między nimi, a odcinki nie były ze sobą zbyt mocno powiązane. Co sądzicie o takiej konstrukcji serii, stanowiącej właściwie zbiór osobnych historii? A może jednak coś je łączyło? O czym opowiadała ta seria?

Clever Boy: Dla mnie to kolejny plus 4 serii. Wątek główny jest leciutko zarysowany i pojawiają się wzmianki, ale widz raczej tego nie łączy, a potem – niespodzianka! Pamiętam, jak za pierwszym razem byłem zaskoczony, bo nie zwracałem na to uwagi, ale przy kolejnym oglądaniu ewidentnie było widać, że coś się tutaj może szykować… Inne motywy przewodnie serii zawsze były mocno zarysowane, jedynie pierwsza część 7 serii nie miała takiego (jeśli nie policzymy mrugających świateł). Myślę, że skojarzenie z Bad Wolf jest trafione, ale było mocniej wyeksponowane, dodatkowo Bad Wolf powróciło również w tej serii. A sam finał jest moim ulubionym. Od momentu przejęcia sterów przez Moffata brakowało mi takiej interakcji między różnymi towarzyszami i ich powrotów. Dodatkowo to był ostatni raz, gdy czułem, że Dalekowie stanowią zagrożenie, późniejsze odcinki z nimi mi się nie podobają (oprócz Planety obłąkanych Daleków („Asylum of the Daleks”), ale to głównie dzięki Oswin Oswald).

Bardzo podoba mi się takie przedstawienie historii jako pojedynczych przygód. Czegoś podobnego mogliśmy doświadczyć w 10 serii, gdzie po prostu czekało nas mnóstwo przygód i podróży, za to bardzo tę serię lubię. Jeśli spojrzymy jednak na postacie, zobaczymy niesamowitą przemianę Donny. Ze zwykłego, szarego człowieka przemienia się w Doktor-Donnę. Ale ważniejsze jest to, jak jej poczucie własnej wartości wzrasta z każdą nową przygodą, jak wiele uczy się o wszechświecie i zmienia spojrzenie na swoje życie i otaczający ją świat. Może dlatego zakończenie serii jest tak bardzo bolesne. Donna wraca do swojego dawnego ja, zajmie się znowu plotkowaniem, niezwracaniem uwagi na ludzi (zauważmy, jak ignoruje Doktora chwilę po przebudzeniu), być może również nadal będzie dołować się narzekaniem matki. Jak powiedział Wilfred – Doktor uczynił ją lepszą, przed usunięciem pamięci o wszystkich przygodach Donna była najlepszą, najbardziej pozytywną wersją siebie, jaką mogła być. I to boli.  

Sherlockistka: Zgadzam się z Clever Boyem, że wielką frajdę przynosi wyszukiwanie aluzji przy powrocie do serii. Dla mnie proporcje były idealne, pojawiały się wątki i postacie, które miały powrócić albo pojawić się jeszcze w przyszłości (Rose, Oodowie, River Song), były różne nakłucia, ale zarazem mogliśmy się skupić na cudownym rozwoju i Doktora, i Donny. To ona jest sercem tej serii, jej rozwój zupełnie wystarcza za spinającą całość klamrę. Kiedy mamy tak mocne historie, tak dobrze prowadzonego Doktora i towarzyszkę, nie trzeba zamotanych zagadek na cały sezon, żeby z wypiekami na policzkach włączać kolejne odcinki.

Pegaz: Ja się tak tylko (banalnie) wtrącę, że motyw przewodni motywowi przewodniemu nierówny. Jeśli taki motyw jest fajny, to OK i ja się cieszę. Ale wolę brak motywu przewodniego od obecności takiego motywu, który z jakiegoś powodu mocno mnie rozczarowuje.

Ewelinkja: Dla mnie ta seria opowiada głównie o końcu Dziesiątego Doktora, o przyjaźni, o wrażliwości na los innych istot. Właśnie niesamowita wrażliwość i siła Donny, która nie wierzy w siebie, pięknie spaja całość. To ona utrzymuje Doktora na powierzchni, nie pozwala mu się pogrążyć w jego mrocznej naturze. To świetna całość i nie sądzę, by wątek spajający to wszystko w jedną serię był zbyt lekko zarysowany. Jest subtelny, gdzieś w tle, niewidoczny, ale nie robi z serii jednej historii. Pozwala przeżyć osobne, wspaniałe przygody, bez natrętnego zastanawiania się, do czego to doprowadzi.

Mieliśmy w tej serii trochę eksperymentów, wśród nich odcinek o Doktorze z odstawioną na boczny tor towarzyszką, rozgrywający się w zamkniętej przestrzeni thriller Północ, a zaraz po nim odcinek o towarzyszce, z Doktorem tym razem zepchniętym na margines, czyli Skręć w lewo. Czy to nie dziwne, że w serii, która opiera się na relacjach między postaciami, są one tak często rozdzielane? Co sądzicie o takich historiach mocno odchodzących od klasycznego modelu odcinka Doctor Who?

Justyna Figas-Skrzypulec: Pamiętacie to słynne badanie, które okrzyknięto dowodem na to, że Moffat jest seksistą, a Davies nie? Mierzono tam „czas antenowy” poszczególnych żeńskich bohaterek etc. W ogniu debat nad wynikami tego badania pojawił się głos, że silna osobowość River Song jest iluzoryczna, że jest ona tylko trope’em „silnej kobiecej postaci” i że jak przyjdzie co do czego, to postępuje raczej jak Maria w Ewangelii, gdy mówi „Zróbcie wszystko, cokolwiek [tu: Doktor] wam powie”. No więc myślę, że takie odcinki, w których towarzyszka ma swoją przygodę i pokazane są jej własne emocje, poglądy, inteligencja czy sposoby radzenia sobie z trudnościami, może stanowić jakieś lekarstwo na takie sytuacje, a więc być swego rodzaju emancypującym zabiegiem. Chętnie oglądałabym takie odcinki (o ile, rzecz jasna, byłyby generalnie dobrze napisane i zagrane)! Choć może jeśli teraz Doktor będzie kobietą, ten wydźwięk psychologiczno-społeczny będzie już inny?

Clever Boy: Oba te odcinki są genialne. Północ to perełka sama w sobie, ciągle mnie zachwyca. Chyba każdy odcinek w takim klimacie jest dla mnie czymś niesamowitym, bo żeby go udźwignąć, potrzeba genialnych aktorów. Dar niebios („Heaven Sent”) jest czymś trochę do niego podobnym, a to jeden z najwspanialszych odcinków serialu. Uwielbiam też Szlaban („Detained”), który działa na podobnej zasadzie, co Północ i jest moim ulubionym odcinkiem Class. Skręć w lewo to bardzo dobra historia, która dociera do serca widza. Cudownie ukazane są zmiany, jakie przebiegają na świecie przez to, że Doktor umarł. To, w jaki sposób zmieniają się postacie po kolejnych nieszczęściach, jest czymś, co bardzo mnie dotyka. Nigdy nie zapomnę tego, jak wyglądała Sylvia po przejściach lub obrazu nowych obozów pracy dla ludzi. To jest dla mnie tak prawdziwe, że aż przerażające. Dodatkowo widzimy tutaj, że Donna od początku miała zadatki na swoje lepsze ja, boi się, ale jest w stanie zmienić świat, jest gotowa umrzeć. Uwielbiam różne eksperymenty i nie mam nic przeciwko temu, aby towarzysze od czasu do czasu rozdzielali się z Doktorem. W ten sposób możemy zobaczyć, jak wiele się nauczyli podczas podróży i również to, że bez Doktora również mogą poradzić sobie z pokonaniem czyhającego niebezpieczeństwa.

Pegaz: Północ i Skręć w lewo to odcinki oparte na lubianych przeze mnie pomysłach. I super, w niektórych sytuacjach odejście od znanego to strzał w dziesiątkę albo przynajmniej fajna odmiana. Pewnie narzekałabym, gdyby eksperymentów było jak dla mnie w jakimś serialu/filmie/książce zbyt wiele. W rozsądnych ilościach eksperymenty to miód na moje serducho. I to niezależnie od ich jakości…

Sherlockistka: Północ to jeden z naprawdę nielicznych odcinków, kiedy naprawdę się bałam, fenomenalnie wręcz zagrany, z samodzielną historią, która nie potrzebuje niczego więcej. To, że Doktor tak w ogóle jest w stanie udźwignąć samodzielnie odcinek bez towarzyszki, specjalnie mnie nie dziwi. Ja w ogóle mam takie zupełnie banalne, ale w moich fandomowych kręgach zupełnie niepodzielane przekonanie, że Doktor naprawdę jest i powinien być najważniejszy i najciekawszy, że odcinki, które bardzo się na nim koncentrują, są zupełnie zgodne z naturą serialu i odpoczynek od towarzyszy nigdy nam nie zaszkodzi, a jeśli szkodzi, to znaczy, że poważnie schrzaniliśmy sprawę z rozwojem postaci Doktora. W drugą stronę – mam mnóstwo wątpliwości. Doskonale rozumiem postawę Justyny, szanuję ją i czuję taki dziwaczny moralny obowiązek, żeby też tak sądzić i pożądać odcinków o towarzyszkach solo…  Ale zupełnie nie sądzę i nie pożądam. Kompletnie nie byłam ciekawa, co tam porabiają towarzyszki bez Doktora i nigdy nie chciałam się niczego dowiadywać na ten temat. Nigdy też nie polubiłam jednego z najbardziej wielbionych odcinków w dziejach tego serialu, właśnie dlatego, że był bez Doktora (mam na myśli, oczywiście, Mrugnięcie („Blink”)). To powiedziawszy – Skręć w lewo kocham bezgranicznie i ani przez chwilę za Doktorem nie tęsknię, bo Skręć w lewo jest wspaniały i wspanialszy być nie mógł. W Skręć w lewo jest, po prostu, Donna Noble. Sytuacja nie jest tu zresztą symetryczna, bo Dziesiąty ma po prostu zupełnie niezależną przygodę, w której Donna nie uczestniczy, podczas gdy koszmar Donny obraca się przecież wokół jej spotkania z Doktorem, nawet jeśli on nie odgrywa w nim tak na żywo żadnej roli. I dlatego też odcinek Donny ma właśnie paradoksalnie sporo sensu w kontekście pokazywania rozwoju ich relacji – i pewnie można by tego rodzaju chwyty wykorzystywać jeszcze wielokrotnie, z pożytkiem dla historii i pełni obrazu postaci. Ale wolałabym się obyć bez tego.

Ewelinkja: Ciężko powiedzieć, który z tych odcinków jest lepszy, bo są różne… No ale jednak Północ w moim odczuciu wygrywa. Ta fantastyczna gra aktorska, zamknięta przestrzeń i w zasadzie nierozwiązana zagadka – trochę jak w klasycznym The Edge of Destruction. To bardzo do mnie przemawia.

Zarówno w Północy jak i Skręć w lewo mamy przerażające wizje i wielkie poświęcenie. Uważam, że rozdzielenie Doktora i towarzyszki to świetny pomysł. Zwłaszcza jeśli chodzi o towarzyszkę. Donna nie jest dodatkiem do Doktora, nie jest pomocą i wsparciem moralnym. Jest samowystarczalną, wspaniałą postacią wystawioną na przerażająco ciężką próbę. Dokonuje trudnego wyboru, robi to sama i ratuje świat. Ale tak, jak wspomniała Sherlockistka – Doktor bez Donny ma swoją własną przygodę, a odcinek Donny jest de facto odcinkiem o Doktorze bez Doktora. Musimy jednak zauważyć, że mimo że wszystko się niejako kręci wokół niego, to jest to wyzwanie Donny. Jej walka, jej ogromny wysiłek i ból.

Lierre: Te odcinki wyłamujące się ze schematu zawsze są dla mnie intrygujące – Północ, Skręć w lewo, ale też, wspomniany przez Clever Boya rewelacyjny Szlaban (pamiętajmy o Class!), ukochany Dar niebios czy świetne, ale chyba jednak lekko przereklamowane Mrugnięcie. Oddzielenie Doktora i towarzyszki jest tak absolutnie klasyczne… Większe wrażenie zrobiło na mnie chyba Skręć w lewo właśnie przez to, że nie tyle bohaterów rozdziela, co pokazuje alternatywną wersję wydarzeń. Jak wyglądałby świat bez Doktora? Tak naprawdę to wcale nie chcemy tego wiedzieć. Dobrze, że jest!

Jeśli chodzi o dwie perspektywy prezentowane przez Justynę i Sherlockistkę, skłaniam się raczej ku tej drugiej – oglądam ten serial dla Doktora, a towarzyszki rzadko mnie ekscytują na tyle, bym chciała je oglądać solo. Mój feminizm musiał tu nieco ustępować po prostu zwyczajnym upodobaniom, ale szczęśliwie już niedługo! Nie mogę się też opędzić od myśli, że jak bardzo empowering nie byłby wątek Donny, to jego zakończenie i tak wszystko przekreśla, zarysowując morał, który bardzo mi się, na wielu poziomach, nie podoba. Ale już kiedyś o tym rozmawialiśmy… (o tutaj: 1, 2, 3).

Czwarta seria jest bardzo interesująca jeszcze pod jednym względem: jest swoistym łącznikiem między dwiema epokami. Z jednej strony mamy powiew przyszłości: pojawia się River Song, która później staje się bardzo ważną postacią, pojawiają się też w zabawnych, małych rolach aktorzy, którzy później odegrali główne role: Peter Capaldi i Karen Gillan. Z drugiej strony wiele jest powrotów. Donna pojawiła się wcześniej w jednym odcinku, a tu wraca na pełną serię. Martha, która ma już za sobą całą serię przygód z Doktorem, pojawia się ponownie w dwóch historiach, dzięki czemu mamy przez chwilę na pierwszym planie bardzo interesujący zestaw postaci. Do tego jeszcze mnóstwo występów gościnnych – Sarah Jane, ekipa Torchwood, Rose…  Pierwszy zabieg był przypadkowy, drugi jednak – celowy. Jak wam się podoba takie zagranie? Czy to nie nazbyt komplikuje fabułę? A może to czysty fanservice?

Pegaz: Ja i moja mama oglądamy czasem razem Doctor Who. Najczęściej Ogień z Pompejów, bo każda z nas może wtedy śledzić wyczyny swojego ulubionego aktora (zgadnijcie kto jest ulubionym aktorem mojej mamy). Ale racja, na Petera Capaldiego i Karen Gillan patrzę przy okazji tego odcinka, jak patrzę, bo perspektywa czasu. Powroty postaci to coś innego. I może z nimi przesadzono? <intensywnie się zastanawia, nie znajduje zadowalającej odpowiedzi>

Co do łączników, nigdy chyba nie myślałam o czwartej serii jako o pomoście między dwiema epokami, pomimo River.

Sherlockistka: Mnie potwornie wręcz tego brakowało w kolejnych seriach, cały czas gdzieś w środku czekałam na powroty postaci z ery Daviesa. Oczywiście rozumiem, że nie można przesadzać, że nowe osoby się zrażą, że skomplikowane, że to i tamto. Uniwersum Doctor Who jest naprawdę kolosalne i to oczywiste, że nie da się wrzucać zbyt wiele nawiązań, ciągle pokazywać powrotów, wszyscy chcą oglądać nowe rzeczy. Ale brakuje mi większego poczucia, że to, co oglądam, ma jednak coś wspólnego z tym, od czego zaczynaliśmy, może nawet bardziej w 2005 niż w 1963, bo nawiązania do klasyków są rozsiane wszędzie, same klasyczne potwory dają tu jakieś złudzenie ciągłości. A sporo ważnych motywów gwałtownie znika, wątki gdzieś się urywają, postaci znikają. Nie chciałabym z Trzynastą Doktor zaczynać znów kompletnie od nowa, jak gdyby wszystkie te rzeczy i osoby, które były tak strasznie ważne, można było gdzieś bez śladu powyrzucać. Poproszę więc o odrobinę tego fanserwisu.

Ewelinkja: Mnie powroty cieszą. To było oczywiście mrugnięcie do fanów, ale też tak ogromnie pasowało do mojego kochanego Dziesiątego. Był mocno emocjonalny i przywiązywał się do swoich przyjaciół. Oni byli mu potrzebni i dobrze, że się pojawili. Poza tym jestem typem odbiorcy, który kocha takie wstawki o dalszych losach postaci, do których jest przywiązany. No i warto w serialu pokazywać, że towarzysze, po zakończonej przygodzie z Doktorem, nadal gdzieś tam we wszechświecie są. Mają swoje życia i możemy zobaczyć, co Doktor w nich zmienił.

Pojawienie się River było dla mnie też cudownym przeżyciem. Szkoda, że nie zobaczyliśmy na ekranie więcej River z Dziesiątym Doktorem…

A co do Ognia Pompejów… niesamowicie się ogląda Petera i Karen po latach, kiedy wiemy, kim zostaną w przyszłości. Podoba mi się, jak potem Doktor tłumaczył sobie wybór tej właśnie twarzy.

Clever Boy: Pamiętam, jak zaintrygowała mnie postać River w 4 serii i nie mogłem się doczekać, czy zobaczymy ją ponownie w serialu. I w sumie tylko ona jest łącznikiem pomiędzy epokami. Te sceny finałowe historii z Biblioteką są dla mnie tym bardziej wyjątkowe teraz, po zatoczeniu kręgu i seansie Mężów River Song („The Husbands of RIver Song”) i jeszcze bardziej wzruszają mnie niż za pierwszym i drugim razem. Jeśli chodzi o Capaldiego i Gillan, to były fajne gościnne role. Chociaż nieuważny widz mógł Karen przeoczyć, ja sam jej nie rozpoznałem.

Jeśli chodzi o powroty, to jestem jak najbardziej za. Liczę, że obecnie Trzynasta Doktor spotka chociaż gang Paternoster, co zdarzyć się może zapewne dopiero w 12 serii. Takich powrotów bardzo mi brakowało podczas ery Moffata. Zawsze będę powtarzał, że gdyby Clara odeszła w 8 serii w ten sam sposób i potem wracała gościnnie, tak jak w czwartej serii wróciła Martha, to zrobiłoby tej postaci dobrze. Doktor ma cudowną rodzinę przyjaciół w całym wszechświecie, niech wpadają mu pomóc częściej!

Lierre: Jestem fanką i kocham fanserwis, co poradzę! Dawajcie mi fanserwis. Powroty pożegnanych bohaterów (byle z sensem!), dziwaczne spotkania, przeplatanie się wątków – poproszę. Zgadzam się (znów) z Sherlockistką, że brakuje poczucia ciągłości, że o ile, o ironio, klasyków mamy sporo, to New Who trochę zapomniało o New Who. Nie dziwię się, bo też zapętlanie jest z wielu powodów problematyczne, ale raz na jakiś czas? Jakieś pomniejsze postacie? (Canton na przykład!). Jakieś powroty w miejsca? (Dajcie mi jeszcze kiedyś Bibliotekę!). Jakieś stwory z New Who, które mają jeszcze potencjał? (Czy tylko ja pokochałam Hathów?). Miliony możliwości. Zgadzam się też jednak z polityką Chibnalla, tzn. nie żebyśmy ją dostali jakoś sformułowaną czy COKOLWIEK, ale widać, że on w przeszłość sięgać nie zamierza, że robi po swojemu. I niech robi, na bogów, bo chyba wie, co robi. Ale może w 12 serii? Coś małego? Proszę?

A jak wy wspominacie 4 serię? Zapraszamy do kontynuowania dyskusji w komentarzach!

Daj na ciastko!