Doktor – czyli kto? Recenzja Doctor Who: The Day of the Doctor

Pomijając pierwsze wystąpienie obu pełnych tytułów, „Dzień Doktora” będzie się odnosić do odcinka, a „The Day of the Doctor” – do jego powieściowej adaptacji.

Wielu fanom, w tym mnie, może być trudno to sobie wyobrazić, ale – jak pisze krytyczka Elizabeth Sandifer – „przez dziesiątki lat powieściowe adaptacje wydawane pod szyldem Target stanowiły najtrwalszą wersję Doctor Who. Stanowiły jedyny sposób, w jaki można było wrócić do minionych odcinków”. Seria Target powróciła niedawno (choć nie wiadomo, na jak długo) dzięki adaptacjom czterech odcinków nowych serii. I chociaż wybrano ciekawe historie, a i nazwiska autorów intrygują, trudno nie zadawać sobie pytania: czy przerabianie serialu telewizyjnego na powieści ma sens w sytuacji, w której poszczególne odcinki są stosunkowo łatwo dostępne dzięki DVD lub usługom streamingowym?

Jeśli oceniać na podstawie powieści Doctor Who: The Day of the Doctor (autor: Steven Moffat), adaptacji Dnia Doktora („The Day of the Doctor”, scenariusz: Steven Moffat) – odpowiedź zdecydowanie brzmi: „Tak”.

Uzasadnianie warto zacząć od (krótkich) rozważań nad samym procesem adaptacji. Najczęściej mamy do czynienia z tworzeniem audiowizualnych wersji tekstów prozatorskich. Ten rodzaj adaptacji w nieunikniony sposób prowadzi do skondensowania treści: tracimy dostęp do świata wewnętrznego bohaterów, najczęściej znikają też sceny, postacie albo i całe wątki poboczne. Adaptacje odcinków na powieści tworzą natomiast możliwości idące w drugą stronę, pozwalając rozszerzyć opowiadaną historię, dodać do niej nowe elementy. Tworzenie nowej wersji po jakimś czasie (od emisji Dnia Doktora upłynęło już 4,5 roku!) oferuje także sposobność wygładzenia lub modyfikacji pewnych aspektów.

Po tych uwagach ogólnych wypada powiedzieć od razu, że The Day of the Doctor nie jest tylko streszczeniem tego, co dzieje się w odcinku, ale zawiera też ogromną wartość dodaną, począwszy od zawarcia w całej historii również wydarzeń z Nocy Doktora („The Night of the Doctor”), przez fragment poświęcony zawiązywaniu się znajomości między Dziesiątym Doktorem a królową Elżbietą, a kończąc na opisie tego, czym dokładnie zajmował się Doktor (a raczej Doktorzy) podczas operacji ratowania Gallifrey – że nie wspomnę o rozmaitych porozrzucanych tu i ówdzie smaczkach (takich jak pojawienie się River Song, fabryk w Villengardzie czy osób, które w samym odcinku rzucały nam zaledwie przelotne spojrzenie). Powieściowe wzbogacenie wydarzeń odcinka nie polega zresztą tylko na dodawaniu; rozdział 8, odpowiadający Nocy Doktora, zupełnie zmienia wydźwięk historii i o ile w miniodcinku dominowała euforia („Wzięli McGanna! Wzięli McGanna!”), tutaj Moffat – przedstawiając wydarzenia prowadzące do śmierci Doktora z perspektywy niedoszłej towarzyszki, Cass – pozwala pełniej wybrzmieć grozie, jaką wywołują na tym etapie Wojny Władcy Czasu. A przy okazji pozwala sobie, jak to czasem ma w zwyczaju, na krytykowanie różnych przywar Doktora („Doktor zawsze lubił wołania o pomoc. Schlebiały jego próżności”).

Ósmy Doktor, kadr z odcinka Night of the Doctor.

W przypadku niektórych zmian można odnieść wrażenie, że są one rezultatem upływu czasu i rozwoju pewnych wątków w samym serialu. Takie skojarzenie nasunęło mi się, kiedy natknąłem się na krytykę żołnierzy („Jak wszyscy żołnierze, mają wadę posłuszeństwa, którą mylą z nadającym wyższy cel poczuciem obowiązku”), tak charakterystyczną dla ósmej serii. Najbardziej skorzystała na tym rozwoju Osgood – w Dniu Doktora sympatyczna, ale (oczywiście) zakompleksiona na punkcie swojego wyglądu nerdówka, która rozwinęła tak naprawdę skrzydła dopiero w Inwazji/Inwersji Zygonów („The Zygon Invasion”/„The Zygon Inversion”). W The Day of the Doctor spora sekcja pisana jest z jej perspektywy i w tej narracji wyraźnie słychać tę późniejszą Osgood, przenikliwą i mądrą. A tekst o ładniejszej siostrze nie pada. I dobrze.

Debiutujący w charakterze powieściopisarza Steven Moffat dodaje więc sporo w kwestii fabuły, ale bawi się też narzędziami, jakie daje tylko literatura. Na kartach powieści znajdziemy i przemieszane rozdziały (wypatrujcie dziewiątego!), i przeskakiwanie między perspektywami różnych bohaterów, i tajemniczego narratora, który kompiluje rozproszone wypowiedzi, wtrącając od czasu do czasu kilka słów komentarza. Efekt jest bardzo ciekawy, bo trochę gubią się wszystkie cięte riposty i rzucane mimochodem w dialogach błyskotliwe one-linery, z których Moffat słynie, a najbardziej błyszczy sama narracja. Moffat-prozaik nie jest lepszy od Moffata-scenarzysty, ale ujawnia nieoczekiwane talenty.

Elementy metafikcyjne z kolei (wszystko, co zwraca uwagę czytelniczki na fakt, że mamy do czynienia z tekstem pisanym, który przez kogoś został skomponowany) prowadzą do ciekawego przesunięcia w centralnym zagadnieniu całej historii. Dzień Doktora zadawał pytania o tożsamość Doktora, o znaczenie tego tytułu, poprzez rozważanie, czy Doktor dopuściłby się zabicia niewinnych w imię większego dobra. I chociaż ten centralny dylemat zostaje oczywiście w powieści zachowany, to pytanie o sedno doktorowości zyskuje szerszy wymiar. Moffat wykorzystuje tutaj lubiany przez siebie motyw tytułu „Doktora” jako pewnego zobowiązania, a jednocześnie aspiracji – i bardzo ciekawie jest obserwować, w których momentach główny bohater całej opowieści mówi o sobie „ja”, a kiedy „Doktor”. Prowadzi to do scen zarówno wzruszających, jak i zabawnych (jak kradzież Momentu). W dodatku powieść, jak żaden ze znanych mi doktorowych tekstów, tworzy wrażenie spójności Doktora – o wiele słabiej wybrzmiewają tutaj indywidualne manieryzmy każdego z Doktorów (to być może również świadectwo tego, ile wnoszą do roli poszczególni aktorzy), raczej tworzy się wrażenie, że to faktycznie jedna postać. Najlepszy przykład stanowi chyba scena, w której cała główna trójka siedzi w zamkniętej otwartej celi, a narracja zapętla się tak, że obserwujemy wydarzenia – i dwóch pozostałych Doktorów – po kolei z perspektywy całej trójki, widząc, jak Doktor nie tyle zmienia się, co ewoluuje na przestrzeni stuleci.

Osoby niechętne stylowi Moffata znajdą pewnie kwestie, które można wytknąć. The Day of the Doctor świetnie demonstruje paradoksy jego pisarstwa związane np. z feminizmem (z jednej strony stworzony przez analogię, jak mi się wydaje, do coraz popularniejszego w języku angielskim neutralnego płciowo singular they żeński zaimek liczby mnogiej dla określenia podwójnej Osgood, z drugiej strony transfobiczny żart o koniu, pożyczony na domiar złego od Toby’ego Whithouse’a). Powtarzające się w większości rozdziałów pytania o to, kto jest autorem, naprowadzają na wspomniane już wcześniej kwestie związane z tożsamością bohaterów – ale w nieunikniony sposób wskazują też na rzeczywistego autora. Zupełnie jakby Moffat chciał powiedzieć: „To ja! Patrzcie, jaki jestem sprytny!”. W podsumowaniu powiem więc: to zupełnie niepotrzebne, Steven. I bez tego widać, że The Day of the Doctor to angażująca, inteligentna powieść, która da bardzo wiele fanom odcinka, autora i całego serialu – oraz doskonałe post scriptum do ery jednego z najważniejszych scenarzystów w historii Doctor Who.

Daj na ciastko!


New Who guy, nieśmiało zapuszczający się w świat słuchowisk i powieści. Fan Russella T Daviesa, Slitheen i Dziewiątego Doktora. Czyta, ogląda seriale, pisze na Pulpozaur.pl i Wysznupane.blogspot.com.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who