Dlaczego Trzynastka musiała być kobietą?

To nie będzie felieton o geniuszu Chrisa Chibnalla, marketingowcach BBC ani o wielkim szacunku, jaki żywię do Stevena Moffata za mądre przygotowywanie gruntu pod taką zmianę. Nie będzie też na pewno o tej straszliwej poprawności politycznej znanej w moich kręgach jako nie bycie bucem ani o multum wspaniałych wątków, jakie będzie można poruszyć w jedenastej serii. To będzie, drodzy współwhovianie, tekst o nadziei.

That’s the trouble with hope. It’s hard to resist.

To właśnie jest problem z nadzieją. Ciężko się jej oprzeć.*

Widzicie, jeśli dość dokładnie oglądaliście ostatni sezon, mogliście dostrzec, iż jednym z powracających w nim motywów była nadzieja na lepsze jutro. Konflikty kończyły się rozmowami i współpracą, pranie mózgów dało się pokonać miłością, a ucisk prowadził do buntu i wyzwolenia. Bill nie zginęła, lecz otrzymała w pakiecie możliwość zakochania się, międzygwiezdnych podróży, ale i powrotu do nowego życia; Nardole dostał szansę na odkupienie dawnych win i odrobinę spokoju, którego nie mógł zaznać przy Doktorze. Nawet Missy okazała się być na koniec zdolna do stanięcia po stronie tego, co słuszne. Doktor Who zawsze był serialem nie tylko o zmianie, ale i zmieniającym się razem z nami – w dzisiejszym świecie nie można przecenić przesłania, że warto walczyć o to, co naprawdę najważniejsze. Ale co ciekawe, wydaje się, że jak na razie jedyną osobą, która opiera się temu trendowi, jest sam Doktor.

Without hope, without witness, without reward.

Bez nadziei, bez świadków, bez nagrody.

Dwunasty Doktor przeszedł w ciągu ostatnich trzech sezonów długą drogę. To temat na osobny artykuł, a może i całą serię, ale moim zdaniem był to chyba najbardziej wrażliwy z wszystkich Doktorów w New Who, odsłonięty niczym nerw w zębie, maskujący rozczarowanie światem szorstkością i gniewem. To Doktor, który był gotowy zabić, bo nie miał dość siły, aby stracić Clarę, ale i Doktor, który wierzy w drobne akty dobroci (od zdjęć mamy Bill po uratowanie garstki kolonizatorów) i być może po raz pierwszy uwierzył, że Mistrz może się nawrócić. Dla tego Doktora kolejne złe zakończenia są już nie do zniesienia. Nie dziwi mnie, że Dwunasty nie chce regenerować, kiedy sądzi, że nie tylko zawiódł Bill, ale i stracił Missy. Nawet ocalona Gallifrey okazała się kolejnym rozczarowaniem. Czegokolwiek nie zrobi, ciągle jest zbyt mało skuteczny, zbyt późno się pojawia, nigdy nie udaje mu się ocalić wszystkich. To Doktor, który w pełni zdaje sobie sprawę ze swojej bezradności – i nie może się z nią pogodzić.

Nie mam więc najmniejszych wątpliwości, że cokolwiek wydarzy się w odcinku świątecznym, będzie to opowieść o odzyskiwaniu nadziei. Dwunasty spojrzy w swoją przeszłość po to, by uświadomić sobie, jak wspaniałą wciąż może mieć przed sobą przyszłość. Ale aby ta przyszłość mogła mieć miejsce, Doktor musi się zmienić i to zmienić drastycznie. Patrzeć w przeszłość bez żalu, ale przede wszystkim iść śmiało naprzód. Dawać szansę i nadzieję tym, którzy do tej pory byli wykluczeni i pozbawieni głosu. Widząc Jodie w tym króciutkim teaserze, uświadomiłam sobie, że właśnie tego nam potrzeba. Trzynastej, która będzie mieć w sobie dość siły, żeby stanąć twarzą w twarz z całym okrucieństwem świata i powiedzieć – nie zgadzam się. Ale i Doktor, która ostatecznie przestanie uciekać przed przeszłością, przed Davrosem, Mistrzem i Wojną Czasu, a zacznie, zgodnie ze słowami Jedenastego, uciekać do. W tej drobnej, zakapturzonej postaci, idącej pewnie przed siebie, jest tak wiele siły i radości z pojawienia się TARDIS, że łatwo mi uwierzyć, iż właśnie to zobaczymy w kolejnej serii. Ta zmiana była potrzebna nie tylko producentom czy widzom, ale przede wszystkim samej postaci Doktora

Where there’s tears, there’s hope.

Tam gdzie są łzy, jest i nadzieja.

Nie jest to oczywiście jedyny powód, dla którego w moich oczach pojawiły się w tym momencie łzy. Pomijając wszelkie społeczne konsekwencje, o których pisałam tutaj i o których rozmawialiśmy trochę we wrażeniach, uświadomiłam sobie wtedy, że tak naprawdę nie mieliśmy zbyt wielu przesłanek, żeby wierzyć w obsadzenie w tej roli aktorki. Ileż to razy najróżniejsi twórcy puszczali do nas oko po to, aby później pójść po linii najmniejszego oporu? Ile razy słyszeliśmy już „może w przyszłości, dlaczego nie, ale nie teraz, widownia nie jest na to gotowa”? A jednak byliśmy jako fandom Doktora na tę zmianę gotowi. Rok, dwa lata temu nie śmiałabym sobie wyobrazić, że przyszłoby nam do głowy przygotowywać zestawienia aktorek idealnych do roli i wymieniać kobiety wśród swoich faworytów. Gdybyśmy jakość serialu mierzyli jedynie wspaniałością jego fanów, to nie wahałabym się stwierdzić, że Doktor Who to najwspanialszy serial we wszechświecie. W sumie ciężko było odmówić racjonalności głosom, że Doktor-kobieta to wspaniała, ale nierealna wizja, że najbardziej liczą się głośne okrzyki i sprzedaż zabawek, a widownia niekoniecznie jest na tę zmianę gotowa. Ale z jakichś niewyjaśnionych przyczyn mieliśmy nadzieję, że może, że tym razem i jest coś niesamowitego w tym, że ta nadzieja się nam opłaciła. To nie jest coś, co zdarza się często w moim fanowskim życiu. I dlatego Chris Chibnall od razu mnie kupił, bo jakoś łatwo mi teraz wierzyć we wspaniałość kolejnej serii. W końcu jeśli przyszłość może być kobietą, to nic nie jest dla nas niemożliwe.

– Is the future gonna be all girl?
– We can only hope.

– Czy przyszłość będzie należeć tylko do dziewczyn?
– Pozostaje nam mieć taką nadzieję.

* Wszystkie cytaty pochodzą z dziesiątej serii i zostały luźno przetłumaczone przeze mnie.

Daj na ciastko!


Uzależniona od herbaty, pisania i brytyjskich seriali. Kocha ludzi, teatr, wiedzieć więcej. Nie znosi fasolki, seksizmu i źle napisanych dialogów.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who