Dlaczego lubię Marthę Jones?

Odpowiedź na starcie: ponieważ Martha Jones jest zwyczajna aż do szpiku kości. Co absolutnie nie przeszkadza jej w byciu fantastyczną. Wręcz przeciwnie – być może nawet pomaga.

Martha to trochę taka towarzyszka pomiędzy – pomiędzy Rose, która jest dla Doktora bezsprzecznie wyjątkowa, a Donną, naprawdę najlepszą przyjaciółką, jaką Doktor miał od bardzo długiego czasu. Taką przyjaciółką, która jest bardziej jak członek rodziny, jak siostra, bo przed siostrą można się otworzyć i porządnie wygadać. I Martha jest swego rodzaju wypełnieniem dziury w relacji, która potrzebuje swoistego pomostu, by płynnie mogła przejść od trochę bardziej romantycznych uczuć do czystej i silnej przyjaźni. O Marcie często się zapomina i mogłoby się zdawać, że nawet dla Doktora jest odrobinę – ledwie zauważalnie, ale jednak – mniej istotna. Że jest taką towarzyszką przejściową, którą, owszem, bardzo lubi i ceni, ale nie przywiązuje się do niej na tyle, by miała jakieś większe miejsce w jego sercach. Więc Martha nieco ginie w tym tłumie towarzyszek (żeńskich i męskich), a widzowie (zdawać by się mogło, że wraz z Doktorem) trzymają ją trochę na uboczu i zapominają o niej kawałek po kawałku. A zupełnie niesłusznie, ponieważ, proszę państwa, Martha Jones to prawdziwa gwiazda. Jest osobą, za którą pewnie nie obejrzelibyśmy się na ulicy, ale za to później chcielibyśmy być dokładnie tacy jak ona. Już po bliższym poznaniu, oczywiście.

Jej zwyczajność jest tutaj czymś naprawdę ciekawym. To jedna z niewielu towarzyszek ery New Who, które są tak nieprzerysowane w żadną stronę i z którymi całkiem na serio może się taki przeciętny widz utożsamiać. I to nie tak, że któraś z pozostałych towarzyszek wydawała mi się jakoś specjalnie nienaturalna. Wręcz przeciwnie, większość z nich była bardzo zakotwiczona w ziemskim życiu takiej przeciętnej dziewczyny, kobiety, o której łatwo na samym początku pomyśleć: hej, ona jest taka jak ja! Tyle że nie w każdej osobie zakocha się ekscentryczny kosmita, nie każda z nas ma taki charakterystyczny sposób bycia jak Donna (która jest fantastyczna, ale jednak często dość niecodzienna), nie wspominając już o w oczywisty sposób wyjątkowych i zadziornych Amy i Clarze. Często mówi się o zwyczajności Bill, ale ona również w tej swojej zwyczajności jest bardzo kolorowa, charakterystyczna, oryginalna i pełna energii. Jest naprawdę świetna i zapada w pamięć, ale daleko jej do takiej przeciętności naprawdę szarego przechodnia, który też chciałby przeżyć inspirującą przygodę. Ja za kolorową, energetyczną Bill na pewno obejrzałabym się na ulicy, szczególnie jeśli miałaby na sobie tę zabawną, żółtą kurtkę. Bo, powiedzmy sobie szczerze, kto na taką kurtkę nie zwróciłby uwagi, hm? Chociaż – jeśli idzie o mężczyzn – Rory był naprawdę przeciętnym, zagubionym w kosmosie facetem. Z nim też utożsamić się można łatwo, szczególnie jeśli ktoś nie lubi ruszać się zbyt daleko od domu. Ale wracając do kobiet – dwie towarzyszki ery Moffata są naprawdę niebanalnymi dziewczynami, tym z ery Daviesa być może bliżej do zwyczajnych zjadaczek chleba, jednak nadal są to osoby z dość mocno zarysowanymi charakterystycznymi cechami. I za to je kochamy, jednak spójrzmy teraz na Marthę.

Owszem, jest bystra, pełna empatii i bardzo zaradna, co zdążyła udowodnić wiele razy. Wykazywała się też ogromnym opanowaniem oraz hartem ducha i, naprawdę, można odnieść wrażenie, że często Doktor zupełnie by sobie bez niej nie poradził. W końcu to tak naprawdę dzięki niej Mistrz został pokonany, nie ma co do tego wątpliwości. Ale w tym wszystkim jest też bardzo przeciętna. I nie w złym tego słowa znaczeniu: Martha po prostu nie ma tego unikalnego rysu, jakiejś dobitnie podkreślonej cechy, dzięki której zapadłaby widzom mocno w pamięć. Więc też często jest niedoceniana. A właśnie taka przeciętność pokazuje, że każdy, jeśli znajdzie w sobie odwagę, może robić świetne, inspirujące rzeczy. Nie trzeba przy tym być bardzo przebojową ani wybitną osobą. Trzeba być sobą.

Kiedy patrzę Marthę i widzę, jaka jest ludzka, dzielna, jak wiele poświęca dla innych, uderza mnie to, że w tym wszystkim pozostaje niekiedy dosyć przezroczysta, tak jakby była to kreacja, którą każdy może wypełnić kawałkiem siebie. I każdy może faktycznie powiedzieć: no tak, nie jestem tak zabawna jak Donna, może nie będę nigdy niemożliwą dziewczyną, ale to nic, bo i tak jestem świetna! Albo świetny. Ponieważ taka jest Martha, a jej kreacja stwarza miejsce dla każdego, kto chciałby zrobić coś dobrego. Jej kreacja to idealna inspiracja do robienia czegoś dobrego. I nie trzeba mieć przy tym kompleksów, że jest się zbyt zwyczajnym.

Daj na ciastko!


Wielbicielka komiksów, Szekspira i stylu Dwunastego. Za dnia studiuje, a po godzinach tworzy jednoosobowy fanklub Jo Grant.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who