Russell T Davies i Steven Moffat o swoich nowelizacjach odcinków Doctor Who

Jakiś czas temu ogłoszono wydanie pierwszych nowelizacji odcinków z nowych er Doctor Who od Targetu, który zajmował się ich wydawaniem w XX wieku. Autorami dwóch z nich zostali Russell T Davies (Rose) i Steven Moffat (Dzień Doktora). Z okazji niedawnej premiery byli producenci wykonawczy wzięli udział w Q & A, podczas którego odpowiedzieli na pytania związane z pisaniem przez nich książek.

Jak zareagowaliście, kiedy dowiedzieliście się o planach nowelizacji odcinków z nowych serii Doctor Who?

Russell T Davies: Czysta ekscytacja! W dzieciństwie kolekcjonowałem książki Targetu, dlatego traktuję to jako pewnego rodzaju domknięcie koła. Chciałem się również sprawdzić, dowiedzieć się, jak ten proces wygląda. Niesamowitym doświadczeniem był również powrót do twórczości sprzed trzynastu lat.

Steven Moffat: Byłem totalnie zaskoczony – nie miałem pojęcia o tych planach, ponieważ zaczęli to organizować, kiedy ja odchodziłem. Jednak największą niespodzianką był  fakt, że naprawdę chciałem napisać nowelizację Dnia Doktora („The Day of the Doctor”). Przeszedłem przez piekło, pisząc ten scenariusz, a pomimo tego chciałem do niego wrócić.

Jaki wpływ miały na was książki Doctor Who w okresie dorastania?

RTD: Uwielbiałem je. Nadal mam je wszystkie w biurze! W czasach przed DVD czy VOD były jedynym oficjalnym zapisem przygód Doktora. Było tyle tajemniczych, wspaniałych historii, o których myśleliśmy, że nigdy więcej ich nie obejrzymy. Niektórych faktycznie nie zobaczymy, ponieważ zaginęły z archiwów. Mógłbym pewnie nawet wymienić sklepy, w których kupiłem poszczególne książki.

SM: Zawsze, kiedy udawałem się do księgarni – czyli bardzo, bardzo często – kierowałem się prosto do działu Doctor Who. A ponieważ oglądałem godzinami, wręcz maniakalnie, okładki książek, które już posiadałem i ich obraz został trwale wypalony w moim mózgu – potrafiłem z drugiego końca sklepu poznać po najmniejszej różnicy w kolorze lub obrazku, czy pojawiła się nowa książka. Kiedy zobaczyłem coś nowego, serce chciało wyskoczyć z moich piersi. Można nawet chyba powiedzieć, że za dużo inwestowałem w te książki. Łagodnie mówiąc.

Okładka Dnia Doktora

Co jeszcze czytaliście w dzieciństwie? Czy książki Doctor Who wprowadziły was w świat czytelnictwa?

RTD: Czytałem dosłownie wszystko. Enid Blyton! Tolkien, C.S. Lewis, Agatha Christie, Diuna, Szczęki. Czułem wewnętrznie potrzebę czytania, wciąż czuję. Próbowałem czytać dzieła D.H. Lawrence’a w wieku jedenastu lat. Z pewnością wielu powie, że to właśnie książki Targetu wprowadziły ich do krainy literatury, jednak ja już tam byłem!

SM: Jestem starej daty, więc byłem już zagorzałym czytelnikiem przed wyjściem książek Targetu. Uwielbiałem Opowieści z Narnii, Hobbita, Północ w tajemniczym ogrodzie. Czytanie i Doctor Who były moimi wielkimi miłościami i ponad wszystko marzyłem, by je połączyć. Tak bardzo pragnąłem książek Doctor Who! Były powieści o Star Treku, uważałem więc, że to nie fair, że nie ma żadnych z Doktorem. I pewnego dnia się pojawiły. Byłem na wakacjach w Cornwall, w małym miasteczku Mevagissey. Był tam sklep o nazwie Dunns, a w nim samotny regał z książkami. Pewnego dnia tata nagle chwycił mnie za rękę i wskazał dolną półkę, a tam: Doctor Who and the Daleks, Doctor Who and the Zarbi i Doctor Who and the Crusaders. Byłem taki szczęśliwy!

Jak podchodziliście do nowelizacji swoich scenariuszy?

RTD: Nie było tak łatwo: chciałem zawrzeć w książce esencję odcinka, jednocześnie nie przepisując go. Już dawno temu  straciłem wszystkie scenariusze! Zawsze byłem proszony o oddanie moich doktorowych rzeczy na różnego rodzaju loterie czy nagrody, więc nic mi już nie zostało. Znalazłem transkrypcję Rose w internecie, a ktoś mi podesłał kopię pierwszych szkiców scenariusza. Ale nie przepisywałem ich, pozwoliłem sobie na trochę luzu. Chciałem dodać to i owo do dialogów, ponieważ wiedziałem, że fani doskonale znają już tę opowieść, muszą więc pojawić się nowe rzeczy do odkrycia.

SM: Miałem parę pomysłów, jak przenieść mój scenariusz na powieść, ale tak jak zawsze, w to trzeba po prostu głęboko wejść. Znalazłem plan nagraniowy na moim dysku i nie mogłem się nadziwić, jak wiele pozmieniałem w trakcie kręcenia. Często musiałem sięgać po DVD i zapisywać pewne dialogi, bo nie miałem żadnych zapisów z co ważniejszych scen. Następnie okazało się, oczywiście, że nie da się tego tak łatwo przenieść na prozę. Oglądanie Davida Tennanta i Matta Smitha razem, Johna Hurta jako Doktora, zaskakujące pojawienie się Toma Bakera i Petera Capaldiego – trzeba było znaleźć sposób, by te wszystkie niesamowite momenty zadziałały w książce, gdzie nie można zaprosić gościnnie jakiejś gwiazdy – to było najtrudniejsze.

Kadr z Day of the Doctor napisany przez Steven Moffat

Jak wypada pisanie powieści w porównaniu do pisania scenariusza dla telewizji?

RTD: Obie czynności to trudna praca! Ale w innych aspektach. Stało się to dla mnie jasne przy Mickeyu, wiecznie pokrzywdzonym chłopaku Rose. Na ekranie, świetnie zagrany przez Noela Clarka, trzyma się z boku, jest cudowny, szybki, zabawny i zły, ale w powieści musiałem mu dać o wiele więcej czasu,  zanurzyć się w jego myślach. I trzeba pamiętać, że na rozwinięcie tej postaci w serialu miałem trzynaście odcinków; w powieści, która stanowi jedną całość, musiałem dopełnić go w pewnych aspektach.

SM: Pisząc scenariusz, czynisz widzów świadkami akcji. Z kolei czytelnicy książki przeżywają te wydarzenia. Przechodzisz z wielkiego widowiska do czyjejś głowy, intymnej i zamkniętej. Nie sądzę, że jedno jest lepsze od drugiego, są po prostu różne. Zwroty akcji, emocje, humor – to wszystko działa na swój sposób. Całość sprowadza się do dążenia do tych samych efektów, ale w inny sposób.

W świecie, gdzie oryginał może być dostępny w najróżniejszych formach i miejscach, co ma nowego do zaoferowania książka?

RTD: Nowe rzeczy! Nowości. Więcej nowości. Nowe wydarzenia, nowe dialogi i nowe spostrzeżenia. Fan mógł widzieć coś kilkanaście razy, więc wziąłem sobie za punkt honoru, by dodać nowe rzeczy, które można znaleźć tylko w książce. I wiem, że nie ma niczego, co my, jako fandom, kochamy robić bardziej, niż odkrywanie czegoś nowego w czymś dobrze znanym.

SM: Cóż, dowiemy się, prawda? Kiedy Target zaczął wydawać powieści, te książki były naszym jedynym stałym zapisem serialu. Odcinki były w telewizji tylko raz, a potem znikały na zawsze, jak mgiełka oddechu na lustrze. Wtedy Terrance Dicks dał nam doskonały przekład oryginałów na prozę, scena po scenie, linijka po linijce, bardzo dobrze zrobione. Czasem robił też małe poprawki, gdy było to konieczne. Ale kilka lat później – sądzę, że od czasów Petera Davisona – wszyscy mieliśmy już magnetowidy i mogliśmy zachować oryginały, więc nie potrzebowaliśmy już nowelizacji. Książki Targetu musiały się zmienić – zaangażowano więcej oryginalnych pisarzy, a oni zaczęli tworzyć alternatywę dla odcinków znanych z telewizji. Być może znów nas to czeka? Dowiemy się w swoim czasie.

Postanowiliście trochę zaszaleć, nieograniczeni przez budżet?

RTD: Może trochę. A nawet bardzo! Na samym końcu Rose jest wielka inwazja manekinów sklepowych, postarałem się więc o trochę więcej akcji. W odcinku London Eye po prostu jest sobie w tle, natomiast w książce gra o wiele większą rolę! Świetnie dopisywało mi się nowe rzeczy. Co nie zmienia faktu, że opisywanie akcji nie jest łatwe – pokazanie pędzącej kuli na ekranie jest o wiele łatwiejsze niż opisanie tego w prozie, był to zatem dobry sprawdzian umiejętności.

SM: W pewnych momentach. Nie są to raczej duże zmiany. W pewnym sensie, kilka najbardziej udanych pomysłów serialu wywodzi się z ograniczeń budżetowych – nie bez powodu Doktor podróżuje w budce policyjnej, a większość czasu spędza w ciemnych tunelach – więc myślę, że epickość nie jest niczym złym, dopóki pamiętasz, że tworzysz Doctor Who. To właśnie zderzenie epickości i prostoty czyni z serialu to, czym jest.

Kadr z kosmitami z Raxacoricofallapatorius

Powrót i ponowna prezentacja własnej pracy – było nostalgicznie?

RTD: Poczułem się stary, ale również bardzo dumny! Rose był pierwszym odcinkiem w 2005 roku i pomimo tych wszystkich zmian, jakie serial przechodził, w gruncie rzeczy to jest ciągle ten sam serial.

SM: Dla mnie na to za wcześnie. Pięćdziesięciolecie było zaledwie pięć lat temu, a ja dopiero co odszedłem ze stołka producenta wykonawczego. Uważam też, że nigdy nie będę traktował  Doctor Who z nostalgią – to na zawsze pozostanie mój ulubiony serial telewizyjny i źródło miłych wspomnień z czasów pracy przy nim.

Czy po skończeniu nowelizacje bierzecie pod uwagę dalsze pisanie, niekoniecznie dla Doctor Who?

RTD: Myślę, że ciekawsze jest jednak tworzenie czegoś nowego. Świetnie mi się to pisało, a możliwość napisania czegoś kompletnie innego, z nowymi postaciami, byłaby fantastyczna. Kiedyś na pewno!

SM: Bardzo przyjemnie mi się pisało, więc mam nadzieję, że dostanę jeszcze kiedyś szansę.

Zaopatrzyliście się już w doktorową lekturę? Chcielibyście więcej nowelizacji odcinków? Które odcinki New Who najlepiej by się sprawdziły w formie powieści?

Źródło: Blogtor Who

Daj na ciastko!


Marzy o tym by na starość wyglądać jak Peter Capaldi, a jeśli mówi o czymś dłużej niż minutę to jest to najpewniej Doctor Who

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who