David Tennant o otrzymaniu roli Doktora: „To było ekscytujące”

David Tennant udzielił obszernego wywiadu dla BAFTA New York, w którym opowiedział o kilku swoich najważniejszych produkcjach, między innymi o roli naszego ulubionego Władcy Czasu. Zanim postanowił wcielić się w Doktora, aktor musiał kilka spraw poważnie przemyśleć. Jak to się więc stało, że dostał angaż w Doctor Who? Z jakimi zmianami się to wiązało? Jakie ma przemyślenia na temat Whoniversum? Przeczytajcie poniższy fragment!

Ethan Alter: Wiem, że wyrosłeś na serialu Doctor Who. Jaka była twoja pierwsza reakcja, kiedy dostałeś telefon z propozycją zagrania Doktora?

David Tennant: To nie był telefon. Byłem w salonie Russella T Daviesa, ówczesnego showrunnera Doctor Who. Właśnie ukończył produkcję pierwszego sezonu i pokazywał mi jego urywki. Myślałem, że pokazuje mi je, ponieważ się tym interesowałem i ponieważ pracowaliśmy razem nad inną produkcją, Casanova, do której napisał scenariusz. Powiedział mi: „Przyjdź do mnie, pokażę ci wczesne, robocze nagrania”. Ja na to: „Och, cudownie! Świetnie! Będzie ciekawie!”. Bo wiecie, wracał Doctor Who – serial, na którym wyrosłem. Podobnie, jak i Russell.

Puścił mi więc kilka urywków, po czym znokautował mnie stwierdzeniem, że szukają kogoś, kto przejmie rolę. To było jakby ktoś wypompował ze mnie powietrze. Bardzo dziwne uczucie, kiedy wyrastasz na czymś i jesteś prawdziwym fanem. Ja miałem plakaty na ścianie, babcia zrobiła mi na drutach długi szalik i sweter [Piątego Doktora] i przemykałem po ogródku, wczuwając się w różne postaci. To jest niesamowite, że po tylu latach sprawy tak jakby zatoczyły pełne koło i ktoś zaproponował mi, żebym stał się częścią tego serialu, którego nawet nie było w telewizji już nie wiadomo jak długo.

To wszystko zdawało się bardzo nieprawdopodobne. I takie było w rzeczywistości. Doświadczyłem czegoś surrealistycznego, jakby wyjścia z własnego ciała. I było to bardzo ekscytujące, a potem stało się trochę przerażające. Postanowiłem przez jakiś tydzień porządnie to przemyśleć, zgodnie z poleceniem Russella, bo on miał podobne doświadczenia z serialem na wielu płaszczyznach. On też na nim wyrósł i to Doctor Who zainspirował go do zostania scenarzystą. Wiedział, że posypią się niezliczone reakcje.

To jest ekscytujące, ale potem rzeczywistość to weryfikuje. Myślisz sobie: „Och, to teraz naprawdę muszę się tam pojawić, zrobić to i nic nie zepsuć, nie rozczarować ośmioletniego siebie”. To najtrudniejsza część. I mimo że Doctor Who jakiś czas nie był w telewizji, to jednak przyciągał tak wielką uwagę i był tak bacznie obserwowany, nawet przed emisją pierwszej serii, że wiedziałem, że jeśli to, w co właśnie wchodzę, nie wypali, to będzie to bardzo publiczna porażka i będzie mi z tym ciężko. Na tym etapie nie wiadomo było nawet, jak pierwsza seria zostanie odebrana przez publiczność. Dlatego myślałem: „Być może wchodzę w coś, co nie będzie kontynuowane. Być może nagram tę maleńką scenę, w której jestem przedstawiany pod koniec pierwszej serii, by dowiedzieć się, że to by było na tyle. Najkrótsza rola Doktora w historii”.

Było więc sporo do przemyślenia, byłem też świadomy tego, że poświęcę w ten sposób pewną anonimowość. Lubiłem w aktorstwie to, że jest to praca od projektu do projektu. Lubiłem to, że niektórzy ludzie czasem mnie rozpoznawali, ale nie było to coś, co miałoby jakiś szczególny wpływ na moje życie. Byłem na tyle świadomy, by wiedzieć, że moja codzienność odwróci się o sto osiemdziesiąt stopni po wzięciu takiej roli. Nawet jeśli by to nie wypaliło, to moja twarz i tak pojawi się wszędzie. Wiele rzeczy różnego rodzaju musiałem przetrawić.

I pewnego ranka obudziłem się i pomyślałem: „Co ja w ogóle… Nad czym ja się tak zastanawiam?”. No bo chodziłem po domu i wymyślałem powody, dla których nie powinienem tego robić, ale też dlaczego może jednak byłoby to dobre, aż w końcu pomyślałem, że jest to wyjątkowa szansa, by pracować z wyjątkowym scenarzystą przy serialu, który kocham. I nad czym się tu zastanawiać?

I po tej chwili olśnienia nie było już odwrotu…

Na koniec wyszedł z ciebie ten ośmiolatek.

Tak miało być. Ale nie chciałem mu dawać zbyt łatwego zwycięstwa.

Jeśli chodzi o charakter Dziesiątego Doktora, to wydaje mi się, że jest taka scena z Dziewiątym w odcinku Doktor tańczy („The Doctor Dances”), w której widzimy, jak po wszystkich tragicznych wydarzeniach, w których brał udział, po Wojnie Czasu, Doktor w końcu się uśmiecha. To taki uśmiech radości. Mam wrażenie, że tu jest zakorzeniony Dziesiąty Doktor, bo on ma w sobie taką radość, jakiej nie posiada Dziewiąty, oczywiście jest też tragizm, ale myślę, że to właśnie tam rodzi się osobowość Dziesiątego.

Kierowałem się oczywiście scenariuszem, tym, co napisał Russell i spoglądając wstecz, myślę, że udział w filmie Casanova był moim przesłuchaniem do roli Doktora. Wtedy nie miałem o tym pojęcia. Russell napisał te dwie postaci dość podobnie. W Doctor Who nie ma tyle bzykania. Ale obaj bohaterowie mają ten rodzaj wielkoduszności i obaj są jakby szczeniaczkami na smyczy, mają coś z Tygryska. Myślę, że to była świadoma decyzja Russella i ja zdecydowanie odpowiedziałem na to w taki sposób, w jaki on to napisał. Sprawiało mi to wiele radości.

Czy jako wieloletni fan serialu w swoich najśmielszych snach ośmiolatka marzyłeś o tym, jakim byś był Doktorem, jeśli mógłbyś nim zostać?

Tak naprawdę to nie, ponieważ takie myślenie byłoby jakimś absurdem. Serial przez lata w ogóle nie istniał. Nie spędzałem zbyt wiele czasu, myśląc na ten temat. A potem wrócił, a rolę dostał Christopher Eccleston. W takiej sytuacji nie siedzisz i nie myślisz: „Och, co ja zrobię, jeśli wpadnie mi ta rola?”. Przecież to oczywiste, że nie wpadnie!

Przyszło więc pewnego rodzaju zderzenie z rzeczywistością, kiedy nagle musiałem wymyślić sposób podejścia do roli, taką wersję postaci, która by mi pasowała, do której bym miał dostęp codziennie. Granie w takim serialu jest ciężką pracą. Trzeba wiedzieć, że będę potrafił w to wejść, że w tej roli jest wystarczająco dużo mnie, dzięki czemu dam się temu pochłonąć i będę mógł wypełniać to zadanie przez wiele lat. Że będzie to coś, do czego będę mógł sięgnąć i że przez pryzmat tego, kim jestem, ta rola będzie miała sens. Tak mi się wydaje. Wiem, że istniała pewnego rodzaju presja, by wymyślić „coś” i pamiętam, że bardzo aktywnie się jej opierałem. Dzięki temu ta praca mogła opierać się na samoświadomości i być bardziej – i tu pojawia się słowo klucz – organiczna. W przeciwnym razie byłoby to bardzo sztucznie wyglądające odgrywanie roli, które z niczym by się nie łączyło. Starałem się więc odpowiedzieć na to, co było w scenariuszu, wlać w niego swoją energię i zobaczyć, co z tego wyjdzie.

Wspomniałeś, że przyjmując rolę Doktora, dołączyłeś do czegoś większego od siebie. Byliśmy ostatnio świadkami, jak para się zaręczyła na Comic Conie w Nowym Jorku, w obecności twojej i Matta Smitha. Czy takie sytuacje uświadamiają ci, że faktycznie jesteś częścią tej społeczności, tego „czegoś więcej”?

To było bardzo słodkie. I cudownie jest być powiązanym z czymś, co ma dla ludzi tak wielkie znaczenie. Byłoby arogancją z mojej strony, gdybym w takich sytuacjach nie czuł dużej pokory. Dobrze to rozumiem, bo kiedy byłem dzieckiem, ten serial wiele dla mnie znaczył. Czerpałem z niego tyle radości, on mnie naprawdę jakby przenosił i działał na wyobraźnię. Tak więc ja to rozumiem i wiem, dlaczego tyle znaczy dla ludzi. Podobnie jest na przykład z Harrym Potterem. Jest w tym gatunku coś takiego, że potrafi przenieść i daje prawdziwą radość. Ma taką pozbawioną cynizmu naturę. Wspaniale jest być z tym wszystkim powiązanym.

To, co przeczytaliście powyżej, to tylko fragment wywiadu, w którym David Tennant opowiada również o innych swoich rolach (szczególnie Killgrave’a w serialu Jessica JonesAlleca Hardy’ego w Broadchurch), a także o swojej edukacji aktorskiej i pracy w teatrze. Jeśli zainteresował was przetłumaczony fragment i chcecie więcej, a Tennanta cenicie nie tylko za rolę Doktora, ale w ogóle za to, jakim jest aktorem i człowiekiem, koniecznie obejrzyjcie całość, dostępną tutaj.

Źródło: Guru BAFTA

Daj na ciastko!