Daj się zaskoczyć! – recenzja Twice Upon a Time

Pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy po obejrzeniu Zdarzyło się dwa razy („Twice Upon a Time”) to „zaskoczenie”. Nie tego się spodziewałem.

Ale zacznijmy od początku. Oglądanie odcinków takich jak ten – ważnych, przełomowych, kończących pewną epokę (a jeszcze do tego następujących bezpośrednio po tak świetnej historii, jak finał dziesiątej serii i będących niejako jego bezpośrednią kontynuacją) – wiąże się z pewnym brzemieniem. Chodzi tu o nad wyraz częste zastanawianie się w trakcie seansu, czy odcinek sprosta naszym oczekiwaniom, da nam to, czego od niego oczekiwaliśmy. I nawet jeśli nie wprawi nas w zachwyt i nie przyniesie ze sobą czegoś, do czego będziemy wracali myślami, to dobrze by było, gdyby przynajmniej nie „popsuł” tego, co było dobre do tej pory, nie zostawił nieprzyjemnego posmaku.

To oczywiście kwestia indywidualnych preferencji i nie chcę w tym miejscu rozwodzić się na temat tego, zwieńczenia których historii w pełni mnie usatysfakcjonowały, a które pozostawiły niedosyt, lecz zależy mi na przedstawieniu pewnego mechanizmu, abyście jako czytelnicy byli świadomi, dlaczego pewne epizody ogląda mi się w nieco odmienny sposób niż inne. Po prostu muszę dzielić swoją uwagę pomiędzy czerpanie czystej radości z oglądania odcinka a analizowaniem go pod kątem decyzji scenopisarskich. A ze względu na swoje zainteresowanie tym, jak można (bo nigdy nie użyłbym tutaj słowa „należy”) opowiadać historie, są to niejednokrotnie dosyć intensywne przemyślenia, podczas których z jednej strony próbuję określić swoje oczekiwania, z drugiej zrozumieć decyzje podjęte przez scenarzystów, a z trzeciej zastanowić się, co jeszcze można było zrobić zupełnie inaczej.

Właśnie dlatego Zdarzyło się dwa razy zaskakuje. Nie był ani tym, czego się po tym odcinku spodziewałem (czego bym od niego oczekiwał?), ani o co podejrzewałbym twórców serialu. Czy to dobrze? Czy źle? Przyjrzyjmy się tej kwestii uważniej.

Przede wszystkim – to jeden z takich epizodów, które smakują lepiej po seansie, gdy już człowiek sobie wszystko przemyśli i ułoży. A tu warto zrozumieć przede wszystkim jedną rzecz – ten odcinek to eksperyment i właśnie tak należy na niego patrzeć. Twórcy serialu nie muszą już nikomu nic udowadniać. Przez ostatnie lata zrobili to, co do nich należało. Trudno licytować się z opowiedzianą z takim rozmachem historią, jak ta z finału dziesiątej serii. Próżno próbować wymyślić coś, co przebije swoją spektakularnością poprzednie Wielkie Odcinki (pożegnania Doktorów, finały sezonów, epizod jubileuszowy itp.). Wyobraźcie sobie, że tworzycie pewną opowieść (albo choćby pracę do szkoły czy też na studia albo artykuł taki jak ten). Docieracie do końca, chcecie postawić ostatnią kropkę, a tu ktoś mówi wam, że to jeszcze nie koniec, że musicie stworzyć coś więcej, napisać coś jeszcze, ale nie wolno wam zmieniać niczego, co było wcześniej. Tak musiał czuć się Moffat, któremu wielokrotnie zdarzało się myśleć, że oto moment zejścia ze sceny już nadszedł. Jeśli dobrze pamiętam (poprawcie mnie w waszych głowach, jeśli się mylę), był już praktycznie pewien, że rozstanie się z serialem po dziewiątej serii oraz po odcinku Mężowie River Song („The Husbands of River Song”). Pisał scenariusz tego epizodu tak, jakby to miała być jego ostatnia historia (co zresztą widać, jeśli przyjrzymy się wydźwiękowi odcinka oraz zawartym w nim motywom). Na napisanie dziesiątej serii zgodził się tylko dlatego, że BBC nie znalazła jeszcze jego następcy. Rozpoczynając pracę nad tym sezonem nie spodziewał się, że stworzenie odcinka świątecznego będzie również jego rolą. Spory kryzys twórczy (przejawiający się chęcią zajęcia się czymś zupełnie innym) przejawiał ponoć w trakcie prac nad siódmą serią. Kto wie, ile było jeszcze podobnych momentów – motywowanych czynnikami zewnętrznymi (np. decyzje BBC, oglądalność, kwestie kontraktowe) oraz wewnętrznymi (podejście do tej konkretnej pracy, alternatywne propozycje i możliwości). Gdy ktoś lub coś (konkretne osoby lub okoliczności losu) każe wam dopisywać kolejne akapity, gdy już byliście gotowi postawić kropkę, w pewnym momencie dochodzicie do ściany, nie jesteście już w stanie licytować się z samym sobą. I mam wrażenie, że czymś takim dla Moffata jest właśnie Zdarzyło się dwa razy – eksperymentem, chęcią wyjścia poza konwencję, pobawienia się ze scenariuszem, a jednak przy jednoczesnym zachowaniu struktury serialu, bez decyzji, które mogłyby być postrzegane jako za bardzo odstające od konwencji tej produkcji. Jak bowiem widzowie zareagowaliby na tak daleko idący eksperyment, jak np. przełamanie czwartej ściany? Eksperyment, który akurat paradoksalnie bardzo by tu pasował, gdyż istnieje precedens w postaci Pierwszego Doktora zwracającego się do kamery i życzącego widzom w domach Wesołych Świąt. Moffat miał trudniejsze zadanie, niż mogłoby się wydawać, gdyż musiał wyczuć, na co może sobie jeszcze pozwolić, a na co już nie.

Dalej skupiam się co prawda przede wszystkim na scenariuszu, ale w festiwalu pożegnań, jakim jest Zdarzyło się dwa razy warto odnotować jeszcze jedno imię i nazwisko – Murray Gold. Odcinek ten oglądało się (i słuchało!) niczym składankę „greatest hits” tego wspaniałego, niezwykle charakterystycznego dla serialu kompozytora. Powróciły motywy znane z przeróżnych epok serialu – już w scenie przed napisami zaczęły rozbrzmiewać nuty charakterystyczne dla epoki Daviesa i tego rodzaju powrotów w trakcie odcinka było więcej, a bliżej końca mogliśmy posłuchać nawet wspaniałego motywu z Daru niebios („Heaven Sent”), który stał się chyba najbardziej adekwatną melodią, jaka mogłaby towarzyszyć pożegnaniu Dwunastego (wszystko za sprawą silnych konotacji, jakie zostały wytworzone na przestrzeni wspomnianego odcinka dziewiątej serii). Dziwić może tylko brak rozwiniętego, zaprezentowanego w swojej najpełniejszej postaci, motywu Dwunastego Doktora (a może mi umknęło?). Tak czy owak, Zdarzyło się dwa razy było rajem dla miłośników Murraya Golda. Pytanie, kto powinien pojawić się po nim? Czy jest ktoś, kto byłby w stanie stworzyć równie charakterystyczną, wyrazistą muzykę do tego serialu? Ta wyrazistość była dla niektórych wadą, ale osobiście nie wyobrażam sobie w nadchodzących odcinkach zwykłej, mało charakterystycznej muzyki przewijającej się niepostrzeżenie w tle. Ciekawe, w jakim kierunku pójdą twórcy. Gdybym miał wybierać, to proponowałbym kandydaturę pana, który wsławił się muzyką do dwóch innych brytyjskich produkcji: Utopii oraz Dirk Gently’s Holistic Detective Agency. Jest to muzyka zupełnie różna od tej, jaką proponował Gold, mniej instrumentalno-symfoniczna, a bardziej przesiąknięta elektroniką, ale równie wyrazista, a więc w moim mniemaniu jak najbardziej adekwatna. To byłby idealny wybór na nową epokę.

Ale wróćmy do scenariusza. Dostaliśmy historię zaskakującą pod wieloma względami. Po pierwsze, dotychczasowe odcinki regeneracyjne przyzwyczaiły nas do swojej widowiskowości, ogromnej skali, niebywałego rozmachu. Wszystkiego musiało być w nich więcej i musiało być to głośniejsze – takie były bowiem reguły gry, które zresztą scenarzyści sami ustanowili, pisząc nie tylko odcinki regeneracyjne, ale również finały właśnie w taki sposób. Tymczasem dostajemy epizod niezwykle kameralny, być może nawet jeden z bardziej kameralnych w historii serialu. Przez większość czasu mamy tu tylko czterech bohaterów (z czego jeden w dwóch odsłonach). To z pewnością bardzo dobry pomysł, pozwalający uniknąć mierzenia się z widowiskowością pozostałych Wielkich Odcinków.

To wydaje się dobry moment, by pokrótce skupić się na tych postaciach. Dwunasty Doktor – bezbłędny, Capaldi już dawno odnalazł swoją doktorową tożsamość i doskonale robi to, co robi. Pierwszy Doktor – zgodnie z oczekiwaniami mistrzostwo świata. Biograficzna Przygoda w czasie i przestrzeni („An Adventure in Space in Time”) pokazała, że Bradley jest wprost stworzony do wcielenia się w tę rolę. Kapitan – jedno z wielu ciekawych nawiązań do klasycznych serii w tym epizodzie, Gatiss po raz kolejny pokazujący, że jest naprawdę dobrym aktorem. Jego postać potrafiła wzbudzić sympatię swoją nieco melancholijną naturą. Dziwić może jedynie to, że była zaledwie lekko nakreślona, choć przecież, jak już wspomnieliśmy, na ekranie bohaterów nie było tak wielu. Dla mnie to jeden z sygnałów, że ten i tak już przedłużony odcinek powinien być… jeszcze dłuższy. Bill Potts – ponoć wpisana do scenariusza w ostatniej chwili i to niestety trochę widać. Ta skądinąd bardzo ciekawa postać dostała naprawdę piękne zakończenie w finale dziesiątej serii i choć w tym serialu nikt nie znika tak naprawdę, to jednak sposób, w jaki została wprowadzona do świątecznego odcinka, moim zdaniem nieco niszczy to urocze pożegnanie z finału sezonu. Nie chodzi nawet o to, że powrót tej bohaterki nastąpił tak szybko (choć to oczywiście też, gdyż jej zniknięcie nie zdążyło jeszcze odpowiednio wybrzmieć), lecz o fakt, w jaki sposób została przywrócona, a o tym nieco więcej w następnym akapicie. Zanim jednak do niego przejdę, pozwolę sobie jeszcze tylko wspomnieć, że sporym zaskoczeniem była dla mnie marginalna rola na nowo zcastingowanych towarzyszy Pierwszego Doktora. Nie powiedziałbym, że jest to stricte wada tego odcinka, aczkolwiek po prostu wyrażam zdziwienie, gdyż po materiałach promocyjnych spodziewałem się większej interakcji pomiędzy wydarzeniami z bieżącej serii oraz tymi z epoki Pierwszego Doktora. Trzeba jednak przyznać, że przenikanie się archiwalnych materiałów z tymi nakręconymi na potrzeby bieżącego odcinka było czymś niezwykłym i zostało zrealizowane niesamowicie – z dbałością o szczegóły, poszanowaniem oryginału oraz po prostu w sposób zachwycający estetycznie.

W porządku, wróćmy do kwestii sposobu, w jaki do serialu powróciła Bill. Trzeba przyznać, że Świadectwo to bardzo niebezpieczny precedens. Sam pomysł niczego sobie (Moffat przyzwyczaił nas już chyba do twórczych pomysłów, prawda?), ale jest to jeden z tych konceptów, których wprowadzanie jest bardzo ryzykowne, gdyż zmieniają reguły świata przedstawionego. Oczywiście nie ma takiego pomysłu, którego nie dałoby się wymazać, ale przecież nie o to tu chodzi. Przyjrzyjmy się temu uważniej: oto dostajemy narzędzie, przy pomocy którego przyszli scenarzyści są w stanie przywrócić dowolnego bohatera. Mało tego, ci sami scenarzyści – poruszając się w obrębie tych samych reguł – stają zarazem przed wyzwaniem, jak tu nie zdewaluować uśmiercania pozostałych postaci. Bo widzowie mają bardzo dobrą pamięć. Więc z pewnością będą pamiętać, że w każdym momencie może przylecieć deus ex machina i wydobyć czyjeś wspomnienia, by następnie pokryć nimi szklaną powłokę. Samo umożliwienie spotkania Dwunastego oraz Bill i Nardole’a było pięknym, zapewne przez wielu wyczekiwanym pomysłem, doskonale wpisującym się zresztą w dotychczasową tradycję nowych serii, ale czy rzeczywiście był to najlepszy możliwy sposób, by do takiego spotkania doprowadzić? Czy nie dałoby się opowiedzieć tego fragmentu historii w nieco inny sposób?

Odrębną sprawą jest to, czy szafowanie tym, kto (które rasy czy też konkretne osoby) ma możliwość bezproblemowych podróży w czasie, powinno przebiegać z taką swobodą? Czy to jest technologia, do której ludzkość miała swobodny dostęp w roku pięciomilardowym (z hakiem)? Czy dobrze jest wprowadzać tak łatwy dostęp do tak potężnej technologii do tego uniwersum? Czy nie powinna to być wyłącznie domena Władców Czasu i może jeszcze kilku wybranych ras/jednostek, które jednak z rozmaitych powodów tych umiejętności nie nadużywają? Mam wrażenie, że – i znowu, jest to wyłącznie moje indywidualne odczucie – mamy tu do czynienia z rozwodnieniem, zdenominowaniem czegoś, co powinno mieć jednak nieco bardziej prestiżowy charakter.

W kontekście Świadectwa zaskakuje jeszcze jedna – tym razem bardzo pozytywna rzecz. Dawno, dawno temu leciałem do RPA, co samo w sobie było już egzotycznym doświadczeniem. Nie mniej egzotyczne były też odczucia odnośnie filmu wyświetlanego wówczas na podniebnym ekranie we wnętrzu samolotu. Była to – uwaga, uwaga – animacja Madagaskar. Jest to film o bardzo pozytywnym wydźwięku, a dlaczego, to uświadomiłem sobie dopiero, gdy się skończył. Otóż, zwróćcie uwagę, nie było tam czarnych charakterów. Owszem, bohaterowie mieli swoje cele, do których dążyli, ale kino – nawet to dla dzieci – przyzwyczaiło nas, że ktoś jest dobry, a ktoś jest zły. Tymczasem w tej produkcji nikogo takiego nie było. Podobnie jest i tu – nawet Doktor wzdycha zdziwiony (rozczarowany?), gdy dowiaduje się, że jednak tym razem nie ma żadnego planu. „Just this once, everybody is good” – chciałoby się sparafrazować słowa Moffata z jego pierwszej historii dla tego serialu. Niech nam nie umknie, jak bardzo odważna i o eksperymentalnym charakterze jest ta decyzja, szczególnie w przypadku produkcji, której nierozłącznym elementem jest wymyślanie coraz to nowych złoczyńców oraz ich niecnych planów.

Mieliśmy też kilka innych odważnych decyzji. Dobrze było zobaczyć Clarę na ekranie, ale znowu, czy to był najlepszy możliwy sposób na ponowne pokazanie tej postaci? Czy ukazanie się Amy przed regeneracją Jedenastego nie było czymś bardziej naturalnym? Tu oczywiście można się sprzeczać, ale moim zdaniem tak, choć może moja perspektywa była zniekształcona przez sceptycyzm odnośnie tego, w jaki sposób została przywrócona Bill (oraz Nardole). Dostaliśmy też retcon – czyli swego rodzaju wymazanie z obowiązującej narracji – zapomnienia Clary przed Doktora. To z pewnością bardzo dobra wiadomość dla obu tych postaci (i mnie jako widza również ucieszyła), a od samego wymazania z pamięci minęło już wystarczająco dużo czasu, żeby ten motyw odwrócić, jeśli to jest to, czego twórcy chcieli. Choć oczywiście zrozumiem argumenty sceptyków, które zawsze będą pojawiać się w kontekście tego typu decyzji, czy to dotyczących Wojny Czasu, uśmiercania oraz przywracania do życia bohaterów, a także – jak widać tutaj – manipulowania przy ich pamięci.

Sam moment pożegnania Doktora najpierw z Clarą, a później z Bill oraz Nardole’em był jednak prawdziwie piękny i niezwykle wzruszający, co w ogromnym stopniu zawdzięczamy temu, że oto Dwunasty Doktor, który tak bardzo nie lubił przytulania się, objął bliskie mu osoby z własnej inicjatywy oraz z nieukrywaną przyjemnością.

Wszystko, co nastąpiło dalej – pożegnalna przechadzka po wnętrzu TARDIS, piękna przemowa tuż przed regeneracją oraz sama regeneracja, a także bijąca z tych scen siła i świadomość, że oto Doktor co prawda regeneruje, ale na własnych zasadach i z optymizmem patrząc w przyszłość, były czymś naprawdę niezwykłym. Regeneracja Jedenastego – w ujmujący sposób sentymentalna – jest moim zdaniem rzeczą, z którą trudno konkurować w tej kategorii, dobrze więc, że w tym przypadku Moffat (ponoć z niewielkim wkładem Capaldiego) zdecydował się uderzyć w nieco inną nutę. Nie chciałbym dostać dwóch regeneracji o podobnym wydźwięku, które wyszłyby spod tego samego pióra – konieczność zestawiania jednaj z drugą byłaby nie do zniesienia, a w ten sposób otrzymaliśmy dwa różne zakończenia dla dwóch różnych Doktorów, każde będące mistrzostwem w swojej kategorii. Dwunasty pożegnał się z nami tak, jak powinien – emanując charakterystyczną dla niego siłą, ale też i dobrocią.

I jedyne, czego zabrakło mi do pełni szczęścia, do wizyty na Gallifrey podczas wydarzeń znanych z Dnia Doktora („The Day of the Doctor”). Gdy po raz pierwszy zobaczyłem scenę z trzynastoma Doktorami, marzyło mi się, żeby pierwsza scena na ekranie była zarazem ostatnią chronologicznie częścią regeneracji Dwunastego. Niestety, nie dość, że tak się nie stało, to jeszcze nie zobaczyliśmy tego wydarzenia ponownie na ekranie, tym razem z perspektywy Dwunastego. Reguły opowiadania historii oczywiście na to pozwalają, ale jeśli mam taką możliwość, to pragnę poskarżyć się, że nie otrzymałem długo wyczekiwanego cukierka (co dziwi tym bardziej, że przecież dostaliśmy nawet Daleka Rusty’ego oraz szereg innych nawiązań do historii serialu).

Kilka chwil po tym, gdy pierścień zsunął się z palca Dwunastego i upadł na ziemię (Piękna scena! Swoją drogą, czy to nadal jest ten pierścień, który jest obrączką ślubną Capaldiego i której aktor nigdy nie zdejmuje na ekranie?), a wnętrze TARDIS wypełniła energia regeneracyjna, na ekranie pojawiła się Doktor numer trzynaście. I tu kolejne zaskoczenie – ostatnie regeneracje przyzwyczaiły nas do nieco bardziej rozbudowanych dialogowo scen wprowadzających nowe wcielenie Doktora, dlatego też miałem odczucie, że Jodie Whittaker przemknęła przez ekran nieco zbyt szybko, nie dając nam szans na odgadnięcie, jakim wcieleniem się okaże, ale może to i dobrze, gdyż w swoim inauguracyjnym odcinku będzie miała zupełnie czystą kartę i pozwoli nam się ze sobą zapoznać w pełniejszy sposób już od swojej pierwszej sceny.

Pozostaje wyczekiwać nowego sezonu!

Daj na ciastko!