Czy świat kręci się dla ciebie? – recenzja Doctor Who: Rose

W historii serialu niewiele było odcinków równie istotnych. Po szesnastu latach oczekiwania, przerwanych tylko filmem, o którym wiele osób wolało zapomnieć, Doctor Who miał powrócić w wielkim stylu na ekrany brytyjskich telewizorów. Russell T Davies miał niesamowicie trudne zadanie – w jednym odcinku przedstawić widzom całkiem nowe wcielenie Doktora, nową towarzyszkę i nową wizję serialu, a równocześnie upewnić się, że przyciągnie przed ekrany całe rodziny.

Wiemy z perspektywy czasu, że skończyło się sukcesem – ale choć dla wielu osób Rose to pierwsze spotkanie z Doktorem, odcinek rzadko plasuje się wysoko w rankingach najciekawszych, najlepszych czy choćby emocjonujących historii New Who. Mimo że do dzisiaj pamiętam uczucia, które towarzyszyły mi przy jego oglądaniu, ledwie pamiętałam fabułę (a ta nie jest zbyt skomplikowana – w końcu trzeba było zostawić miejsce na oswajanie Rose z Doktorem i TARDIS). Tym bardziej jednak byłam ciekawa, co Davies zrobi z tak przeciętnym na tle swoich późniejszych historii odcinkiem. Po przeczytaniu – moim zdaniem zrobił same dobre rzeczy.

Przede wszystkim scenarzysta zdecydowanie wykorzystał potencjał, jaki daje mu nieograniczenie telewizyjnym medium. Każda drugo- a nawet trzecioplanowa postać dostaje w nowelizacji Rose swoją historię, każda scena wybrzmiewa do końca, a sceny akcji zyskują nieosiągalny dla budżetu BBC rozmach. Równocześnie nie miałam jednak poczucia, że sam odcinek na tym traci w porównaniu – to wciąż ta sama opowieść o potężnym kosmicie naznaczonym wojną i bardzo młodej dziewczynie, która marzy o lepszym życiu. Nowelizacja udowadnia jedynie, że Russell T Davies wiedział od początku, jakie historie chce opowiadać, a jego empatia i sympatia wobec ludzi, o których pisze, prawie nie mają granic.

Jednak przede wszystkim zachwyciła mnie w tej książce kreacja tytułowej bohaterki. Rose jest tutaj tylko i aż zwyczajną dziewczyną z komunalnego osiedla, marzącą o wyrwaniu się ze swojego nudnego, ale nie najgorszego przecież życia. To Rose, która kocha swoją matkę, ale nie może jej znieść. Rose, której zależy na Mickeyu, ale boi się, że nie będzie szczęśliwa u jego boku. Rose, która wyrzuca sobie, że porzuciła szkołę, ale równocześnie czuje, że nigdy nie czekało jej nic więcej niż posada sprzedawczyni i dzielenie życia i kawalerki z chłopakiem, którego zna na wylot. A równocześnie Rose, która w momencie próby porzuca wszystkie wątpliwości i lęki, ponieważ rozumie, że stanie z boku, kiedy wali się świat to najgorsze, co można zrobić. Strasznie poleciłabym tę książkę osobom, które nigdy nie przekonały się do tej towarzyszki, bo nawet jeśli jej nie polubią, zrozumieją być może, że ta postać nigdy nie miała być idealna – bo i po co, skoro może być tak do bólu prawdziwa?

Patrząc przez oczy Rose na Dziewiątego Doktora, widzę też bez trudu, dlaczego poleciała z nim w czas i przestrzeń i dlaczego ja pokochałam tę postać od pierwszego wejrzenia. Dziewiąty bywa poważny i burkliwy, ale ma w sobie tę samą radość i wrażliwość, które cechuje wszystkie wcielenia tej osoby. Razem z Rose chcemy go zrozumieć i wydaje nam się czasem, że przejrzeliśmy jego grę, tylko po to, aby mógł na nowo nas zadziwić. Znowu miałam poczucie, że Russell T Davies wiedział dobrze, jakiego Doktora chce wprowadzić i w dodatku rozumie równie dobrze, jak wiele Christopher Eccleston dodał do tej roli. Zwłaszcza że nie pokusił się o rozwinięcie tej historii od strony Doktora, tak jakby rozumiał, że cały urok tej postaci w zetknięciu z nową towarzyszką polega na poznawaniu go i zakochiwaniu się w nim na nowo.

Muszę również dodać, że jestem bardzo wdzięczna za rozwinięcie postaci Mickeya i dodanie mu relacji innych niż ta z Rose. Historia jego dzieciństwa i młodości oraz grupa bliskich przyjaciół to te elementy, które wydobywają na wierzch wszystkie jego najlepsze cechy i tłumaczą, w jaki sposób działał jego związek z osobą taką jak Rose. Ale doceniam także, że przyjaciele Mickeya nie istnieją tylko w tym celu, a są pobieżnie może zarysowanymi, ale swoimi własnymi bohaterami, o których z chęcią poczytałabym więcej.

No i nie mogłabym zakończyć tej recenzji bez wspomnienia o tym, że świat Rose jest rozkosznie inkluzywny. W tle i na drugim planie przewijają się co jakiś czas postaci LGBT i to z najróżniejszych warstw społecznych, a dla naszych bohaterów ani przez moment nie jest to rzecz, której warto poświęcać drugą myśl. Totalnie uważam to za dowód na to, że w erze RTD nie miało nigdy być żadnych heteroseksualnych bohaterów i od dzisiaj każda tego typu interpretacja jego odcinków jest uświęcona przez twórcę. A i jeden z moich ulubionych fragmentów to ten, w którym scenarzysta zdradza, jak widzi kolejne dwie Doktor…

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, jestem tą nowelizacją absolutnie oczarowana. Sprawiła, że zatęskniłam za erą Dziewiątego i Rose i przypomniała mi, dlaczego zakochałam się w serialu. Polecam ją więc zarówno osobom, które tak jak ja zawsze lubiły scenariusze Russella T Daviesa, jak i tym, które nigdy się do nich nie przekonały – być może pozwolą wam chociaż dostrzec, dlaczego tak wiele osób odnajduje się w historii Rose. Ostatecznie dużo bardziej niż opowieść o kosmicznej inwazji jest to bowiem dla mnie opowieść o zwyczajnej dziewczynie, która marzy o tym, żeby świat przez chwilę kręcił się także dla niej.

Recenzje pozostałych nowelizacji: Christmas Invasion, The Day of The Doctor, Twice Upon a Time.

Daj na ciastko!


Uzależniona od herbaty, pisania i brytyjskich seriali. Kocha ludzi, teatr, wiedzieć więcej. Nie znosi fasolki, seksizmu i źle napisanych dialogów.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who