Wyobraź sobie Boże Narodzenie. Już nie Wigilię: ten cichy, skupiony czas, kiedy przez cały dzień jesz śledzie (i podkradasz drobinki świątecznych potraw), a potem, kiedy na zewnątrz zapadnie ciemność, gromadzisz się mniej lub bardziej chętnie z bliskimi wokół światła, kiedy nagle musisz zdobyć się na szczerość i otwartość, której unikasz przez cały rok, żeby złożyć porządne życzenia, a potem, nocą, wychodzsz na Pasterkę – albo nie, w końcu nie chodzisz do kościoła, więc zamiast tego, kiedy już wszystko ucichnie, patrzysz przez okno na pusty, biały świat. Nie. Mówimy o Bożym Narodzeniu. Normalny bieg czasu się zaciera, od samego rana, przez cały dzień, jesz dokładnie to samo: karpia, ziemniaki, kapustę, moczkę i makówki [inne, lokalne potrawy], dopychając piernikami i cukierkami. Może masz już za sobą rodzinną kłótnię, bez której święta nie byłyby kompletne. Z pełnymi brzuchami zalegacie przed telewizorem. Co włączasz? Opowieść wigilijną („A Christmas Carol”)? Nie, potrzebujesz czegoś głośnego i pełnego przesytu. Czegoś, co będzie odpowiadało temu, jak się aktualnie czujesz.

Do końca wszechświata („The End of Time”) to odcinek wprost idealny. Ostatnia szarża Russella T Daviesa, który musiał przeskoczyć bombastyczność finału czwartej serii, i co zrobił? Sprowadził z powrotem Władców Czasu! Na ich czele obsadzając jednego z najfajniejszych (i najbardziej niedocenianych) Bondów, czyli Timothy’ego Daltona. Do tego mamy wygłodniałego, pożerającego scenerię Mistrza, kaktusowych kosmitów… Do tego jeszcze odrobina sentymentalizmu: Wilfred ze swoimi oczami smutnego, poczciwego psa wreszcie zajmuje należne mu miejsce pełnoprawnego towarzysza (i jak on się martwi o Doktora!), zaś antagonista pierwszej części chce tylko podarować swojej córce prezent! Czy to nie piękne? Dramaturgia też się znajdzie: Mistrz jest wszystkimi na Ziemi! I chce dopaść Donnę! Pokrwawiony Doktor wpada przez dach do sali, w której Mistrz stoi naprzeciw Władców Czasu, mierzy z pistoletu. Strzeli? Nie strzeli? „Z drogi” – och, a więc naprawdę go kocha. „Z drogi” – och, i on jego też! Nic dziwnego, że Missy chciała naprawić ich przyjaźń, to wszystko zaczęło się już tutaj… O nie, zapukał cztery razy! Tylko nie Wilf… Ale Doktor go tak nie zostawi, prawda…? Oczywiście, że nie.

Ilość skonsumowanego cukru powoli cię usypia, ciało głębiej zapada się w poduszki – i wtedy odcinek, jakby doskonale wyczuwając, w jakim znajdujesz się stanie, wygasza napięcie. Na „Nagrodę Doktora” spoglądasz już jednym okiem, każda kolejna twarz przywołuje wspomnienia, od których robi ci się cieplej na sercu: „O, Martha i Mickey! Ależ Mickey się zmienił przez te kilka serii… I Sarah Jane tu jest… I nawet wnuczka Joan Redfern z Natury ludzkiej! Ej, jaki to był świetny odcinek… Donna wygrała na loterii… Lepiej, gdyby odzyskała wspomnienia, ale tak też spoko… Kapitan Jack nie będzie już samotny…”.

„Nie chcę odchodzić”. Ty też nie chcesz, żeby odchodził, ale nie masz już siły, żeby odpowiedzieć. Ostatnią rzeczą, jak widzisz, jest twarz Matta Smitha. Jedenasty taki świeży, czekają go zupełnie nowe przygody… Tuż przed zaśnięciem myślisz sobie, że może jutro włączysz Jedenastą godzinę („The Eleventh Hour”), na pewno zjesz też trochę mniej.

Ale tak, to były dobre święta.


New Who guy, nieśmiało zapuszczający się w świat słuchowisk i powieści. Fan Russella T Daviesa, Slitheen i Dziewiątego Doktora. Czyta, ogląda seriale, pisze na Pulpozaur.pl i Wysznupane.blogspot.com.
  • Krykiet

    -Najlepszy odcinek
    -The End of Time
    Wybierz jedno XD

    • McThar

      ”The End of Time” nie jest odcinkiem najlepszym, ale nie jest też na pewno odcinkiem słabym, jest jednym z lepszych.