Bill Potts – krótkie studium kobiety, która jest sobą

Bill Potts to dziwna towarzyszka. Z jednej strony trudno uchwycić jej charakter, tak by stosunkowo prosto go opisać, z drugiej jest dla mnie najlepszą ze znanych mi towarzyszek Doktor(a). Pomijając nawet jej otwarcie wyrażoną w serialu nieheteronormatywność (do której jeszcze wrócę), było w Bill od początku do końca coś bardzo mi bliskiego. Długo jednak nie potrafiłam ująć tego w słowa. Tak jak krótkie studia poprzednich towarzyszek z New Who czy Doktorów (poza Dwunastym) nie sprawiały mi większych problemów, tak Bill nie potrafiłam zahaczyć o nic konkretnego.

Problem leżał w tym, że to pierwsza tak dobrze napisana postać towarzyszki – niedająca sprowadzić się w najmniejszym choćby stopniu do archetypowych ról, jak bywało z Rose, Marthą, Donną, Amy, Rorym i Clarą. Każde z tej szóstki otrzymało w serialu swój przydomek, stanowiący też dobry punkt wyjścia do analizy tego, kim są[1]. To nie znaczy jednak, że o Bill nie da się nic konkretnego powiedzieć. Da się, o czym świadczy choćby ten felieton. Ponieważ jednak jest najbardziej ludzka i najmniej „fantastyczna” w tym, jak została napisana, nie jest łatwo odnaleźć, kim jest – kiedy szuka się w postaci właśnie pewnej archetypiczności.

Po pierwsze więc, Bill Potts nie jest archetypowa i dzięki temu identyfikacja z nią i z jej postawami przebiega na innym, głębszym – a przez to mniej widocznym – poziomie. Tak jak archetyp pozwala przeprowadzić pewną analizę nas samych w stosunkowo jawny i uproszczony sposób[2], tak typ postaci takiej jak Bill sprowadza się do analizy poprzez, często nie w pełni odkryte, emocjonalne powiązania tak w postaci, jak i między widzem a postacią i skomplikowane węzły, jakie one między sobą tworzą.

Kiedy Bill poznaje Dwunastego Doktora, jest zwykłą pracownicą uczelnianej stołówki, której marzenia o podjęciu studiów nie wypaliły. Może tylko przychodzić na wolne wykłady w przerwach od serwowania studentkom i studentom frytek, wyraźnie pogodzona z obecnym stanem rzeczy. A przynajmniej pogodzona na tyle, na ile można pogodzić się z tego typu życiowymi rozczarowaniami. Możemy założyć, że to nie jest zbyt stabilna praca ani – nawet mimo tego, że Bill ją całkiem lubi – jej pomysł na życie. To prekariacka praca, w którą się trafia na jakiś czas, by utknąć w ciągu podobnych, niedających perspektyw na lepsze życie zajęć. Bardzo prawdziwie zresztą ta beznadzieja wybrzmiewa, kiedy Bill razem z przyjaciółmi próbuje wynająć mieszkanie, co ostatecznie – plus minus inwazja być może kosmicznych nimfolarw – spala na panewce. Ani jej, ani jej przyjaciół nie stać na wyprowadzenie się od rodziców czy z pokoi w akademikach i zamieszkanie na swoim, na prawdziwą samodzielność. Do tego w przypadku Bill to dodatkowo sytuacja dotycząca postaci niebiałej i homoseksualnej. Mamy tu więc trzy nakładające się strefy wykluczenia i niskiego statusu społecznego, i choć serial nie skupia się na nich być może tak mocno, jak mógłby[3], to są one pewnym precedensem w historii nowych serii Doctor Who. Wcześniej oczywiście mieliśmy inną niebiałą towarzyszkę: Marthę Jones. Tyle że była ona najpierw studentką medycyny (a więc poważanego zawodu), a później lekarką, a poza odcinkiem Natura ludzka/Rodzina krwi („Human Nature”/„Family of Blood”) jej kolor skóry właściwie pozostaje przezroczysty. Świetnie to widać choćby wtedy, gdy trafia do elżbietańskiej Anglii i pyta Doktora, czy nie powinna się martwić tym, że jest czarną osobą w czasach historycznych. Doktor wtedy macha ręką na jej obawy. Oddaje to z pewnością pewien idealizm serialu, ale też do mnie o wiele mocniej przemawia w tym względzie zakorzenienie Bill w realnym świecie. I, jeśli jesteśmy przy odcinkach w czasach historycznych, o wiele bardziej podoba mi się Cienki lód („Thin Ice”), z jednej strony dający nam uwagę o wybielaniu przeszłości, a z drugiej ukazujący odpowiedni do epoki rasizm głównego złego, na który Doktor reaguje w bardzo jednoznaczny sposób.

Zastanawiam się jednak, co w takim ujęciu o tym, kim jest Bill Potts, mówią nam jej podróże z Doktorem. Z jednej strony dają jej szansę na spełnienie marzenia o nauce i poznawaniu (wszech)świata. Z drugiej dla Bill, w przeciwieństwie do Clary, wcześniejsze życie nie zaczyna być z powodu Doktora mniej prawdziwe. Wciąż pozostaje zakorzeniona w swoich wykluczeniach i w niesprawiedliwości ziemskiego społeczeństwa XXI wieku, nie aż tak różnego od społeczeństwa dziewiętnastowiecznego, jak by chciało mu się wydawać. Oczywiście nie zapominam tu, że na koniec Bill udaje się odejść i wybrać swoje szczęśliwe zakończenie takim, jakiego chce. Ale czyni to dzięki Heather, a nie dzięki Doktorowi, który nie może jej już w tym momencie w żaden sposób pomóc, ani – co istotne – naprawić. Właściwie, pomimo całej jego nadziei i obietnicy, którą składa Bill, nigdy nie był w stanie. Mógł tylko sprawić, by jej życie było piękniejsze niż byłoby bez jego lekcji i podróży w TARDIS. Ostatecznie więc o ile finał opowieści Bill jest przepełniony nadzieją, o tyle jej relacja z Doktorem pozostawia po sobie refleksję, że dobroć nie wszystko może naprawić.

Być może jest tak dlatego, że Dwunasty – sam naznaczony śmiercią i mający z nią silną relację, o czym pisałam jakiś czas temu – nie potrafi oddawać odebranego życia. A Bill dosłownie wypalono serce. Ona sama jednak, w przeciwieństwie do Clary, jest życiem. Pozwala Doktorowi w pełni uleczyć stratę poprzedniej towarzyszki – to Bill sprawia, że Dwunasty nie tylko przez dekady spogląda tęsknie w gwiazdy, ale wreszcie rusza, by je ponownie odkrywać (tak jak marzył w dzieciństwie razem z Mistrzem). Swoją ciekawością, milionem pytań i potrzebą życia Bill bardzo różni się od Clary Oswald. Choć oczywiście i Clara była ciekawa, ale też jej ciekawość z początku tłumił strach, a później przerodziła się ona w graniczącą z głupotą brawurę. Ciekawość Bill, która każe jej podążać za Doktorem, od początku do końca napędza ta dobroć, której tak bardzo szuka w świecie Dwunasty.

Bill różni się też od Clary w innym, kluczowym aspekcie. Nie kłamie o sobie. Tak jak postać Clary była zbudowana na niekończących się kłamstwach, tak Bill jest sobą tak szczerze, jak to tylko możliwe. Clara jest złożona z tysięcy ech, Bill jest sobą i nikim innym. Może, owszem, nie mówi o swojej orientacji przybranej matce, ale wychodzenie z szafy jest czym innym niż pełna świadomość tego, kim się jest i nieprzepraszanie za to. To dlatego nie chce, by Doktor odbierał jej wspomnienia – stanowiące, po raz pierwszy[4], potwierdzenie, że to, kim jest, jest warte bycia. To tym cenniejsze, że cały świat pyta wszystkich nas już od dziecka: kim chcesz być, jak dorośniesz? Kto jest twoim wzorem do naśladowania? Kto jest twoim bohaterem? Słyszymy – od osób, które być może nie są same w pełni świadome tego, jak bardzo jest to szkodliwe – że powinniśmy być jak inni ludzie, a nie po prostu jak my sami. A kiedy ktoś słyszy w odpowiedzi „nie mam bohaterów”, „nie jestem jak jakiś wzór, który naśladowałam/em/um”, „jestem mną i tylko mną”, oburza się nieraz, jakby właśnie poznał socjopatę. Gdy tylko poznał kogoś, kto nie chce siebie zakłamywać. A Bill, choć ma w swoim życiu ważne osoby, jest właśnie kimś takim, kto potrzebuje widzieć, że to, jaka jest, jest dobre. Że dobre jest to, że nie stara się nikogo naśladować. Nawet gdy tym kimś jest Doktor. Kiedy więc go nie słucha albo ma inne zdanie niż on, to nie dlatego, żeby serial pokazał nam, że to ona jest w błędzie ani, tym bardziej, by wpadła w tarapaty, bo miała własne zdanie, a tylko i aż dlatego, że jest osobą inną niż on – że ma własne poglądy na świat, które nie są ani lepsze ani gorsze od tych Doktora.

Bill podąża za Doktorem, gdy on jej potrzebuje, przypominając, kim jest ten właśnie Władca Czasu i dlaczego robi to, co robi. Podejmuje własne decyzje – nie zostaje w bezpiecznej TARDIS, dotyka Pilota/Heather, gdy wszyscy mówią jej, że to ją zabije, gdy boi się Missy, mówi o tym bez ogródek, skłania Doktora do złożenia obietnicy, że pozwoli jej odejść na jej własnych warunkach. To bardziej ona trzyma Doktora w ryzach niż on trzyma w ryzach ją. Kiedy biegnie za Doktorem w Uśmiechnij się! („Smile”), pomaga mu zrozumieć, dlaczego doszło do tragedii (to ona, zbaczając z trasy, odkrywa katafalk i księgę). Kiedy łączy dłonie z Pilotem/Heather, dostrzega piękno i wcale nie ginie – Heather pozwala jej odejść. Czuje, że Missy, nawet jeśli faktycznie odmieniona, jest o wiele niebezpieczniejsza niż Doktor. Gdy zostaje Cybermenem, nie może już szczerze wyrażać swoich uczuć, tak by nie skrzywdzić tym innych; powoli przestaje być sobą – a na to się nie godzi. Od życia, w którym musi zakłamywać siebie, woli śmierć. Tak jak Clara (jako Dalek Oswin) swoje życie zaczynała od kłamstwa o tym, kim jest i wyraźnie świetnie się bawiła, a to prawda okazała się być dla niej momentem końca (tak jako Dalek Oswin, jak i jako ona sama), tak dla Bill to kłamstwo o sobie jest śmiercią. Tu zresztą warto przywołać też tezę Artura Nowrota wysnutą przy okazji redakcyjnych wrażeń z finału dziesiątej serii, że cała przemiana Bill w Cybermena może stanowić metaforę „terapii” konwersyjnej osób nieheteronormatywnych. Im częściej oglądam ten finał, tym bardziej zgadzam się z tą teorią i tym mocniej boli mnie to, jak okrutny jest los Bill w tych odcinkach. I tym bardziej też cieszy mnie zakończenie jej wątku: nie śmierć, a życie z kobietą, w której się zauroczyła[5].

A skoro już jesteśmy przy tym wątku, nie raz i nie dwa pojawiały się zarzuty, że Bill zbyt dużo mówi o swojej orientacji. Prawda jednak jest taka, że osoba nieheteronormatywna, napotykając w swoim życiu sytuacje, w których będzie się mniej lub bardziej ogólnie mówić o uczuciach romantycznych czy pociągach seksualnych – a te napotykamy wszyscy dość często, w przeróżnych kontekstach – może tu albo skłamać, albo być szczera. Osoba heteronormatywna nie musi w tego typu rozmowy wkładać wysiłku, jakiego wymaga wyjście z szafy. Osoba nieheteronormatywna ten wysiłek – niezależnie od podjętej decyzji – ponosi przy każdej takiej rozmowie, w której jest świadoma, że biorą udział jakieś osoby, które nie znają jej orientacji. A jak już ustaliliśmy, Bill jest szczera z natury. Kiedy więc spotyka się z zainteresowaniem, reaguje odpowiednio. Ponieważ z szafy wychodzi się nieustannie, jeśli już się z niej wychodzić zacznie – to jest proces, nie wydarzenie, ponieważ nie da się powiedzieć tego o sobie naraz wszystkim potencjalnie zainteresowanym osobom. Nawet jeśliby się chciało i jeśli to zawsze byłoby bezpieczne, będzie wymagać niejednokrotnego powtarzania informacji o swojej seksualności/płci/romantyczności. Więc nie, w dziesiątej serii tego nie było dużo.

Jest też zresztą druga strona tego medalu – dziwne założenie, że wcześniej, przynajmniej w New Who, towarzysze i towarzyszki mieli niewiele wątków romantycznych, co jest zwyczajnym kłamstwem. Już Rose miała swoją skomplikowaną relację z Mickeyem, miłość do Doktora i na dokładkę często w serialu flirtowała z postaciami pobocznymi (np. z Jackiem czy Adamem). Martha była z kolei beznadziejnie – i irytująco[6] – zakochana w Doktorze. Donna w ciągu jednej serii wzięła trzy (!) śluby, a małżeństwo było jej największym marzeniem. Wokół wątku związku Amy i Rory’ego kręciły się ich wszystkie serie i cała relacja z Doktorem. Clara i jej pełen nieszczerości[7] związek z Dannym stanowił oś fabularną spinającą ósmą serię. W porównaniu Bill jest raczej poniżej średniej ilościowej. A do tego w swoich zdecydowanie zdrowych relacjach romantycznych jest szczera – mężczyznom, którzy są nią zainteresowani, mówi, że nieodwzajemnia ich uczuć. Po prostu i bez ogródek. Penny, z którą chce spróbować zbudować związek, otwarcie opowiada o Doktorze. Heather pozwala odejść, gdy tylko orientuje się, co nie pozwala dziewczynie uciec, tak jak zawsze pragnęła. Ta zaś, gdy wraca po Bill pod koniec serii i proponuje wspólne podróżowanie po kosmosie, dodaje, że to jest wybór Bill. Choć widać, że zależy jej na niej, daje jej przestrzeń. Prostym zapraszającym „jeśli chcesz” mówi, czym jest miłość: relacją opartą na równości, w której obie strony są z własnej woli. A Bill w swojej indywidualności jest idealną osobą, by doskonale zrozumieć i docenić piękno tego krótkiego zdania. Poza Bill bodaj żadna z towarzyszek w nowych seriach nie miała takich związków/uczuć, w żadnym stopniu nieopartych na hipokryzji/kłamstwie/przymusie. No dobrze, Donna potem miała, a w tym pierwszym hipokrytą był Lance, ale też nacisk w jej pozostałych małżeństwach był kładziony nie tyle na aspekt dobrowolności, co na wielkie uczucie. W przypadku Bill dokonał się pewien skok jakościowy, który (jeśli już towarzysze nowej Doktor będą musieli mieć jakieś swoje romantyczne historie), miejmy nadzieję, że zostanie utrzymany.

Bill, jak wiele towarzyszek Doktora, ostatecznie traci z jego powodu wszystko, ale, co ważniejsze i tym wyraźniej w tej serii wybrzmiewające, zyskuje wszystko. A choć zdecydowanie bardzo świadomie koniec jej historii jest powtórzeniem końca historii Clary, tak tamten naznaczony był nieuchronnością losu towarzyszki – dawał tylko drobne pole manewru przed powrotem do jej śmierci. To była mała nadzieja na odrobinę więcej szczęścia przed nieuniknionym końcem. U Bill mamy wkroczenie w życie i o wiele większą nadzieję, które konstytuują przekaz serialu. Tego, kto zakłamuje siebie, kto jest bardziej splotem opowieści niż prawdziwym człowiekiem, czeka śmierć. W kogoś takiego można może uwierzyć na chwilę. Ten, kto jest o sobie szczery, kto dokładnie wie, jakim jest człowiekiem, może mieć ogromną nadzieję i może dawać ją innym. A to jest nadzieja, której nam dziś potrzeba. I to – dla mnie – jest Bill Potts.


[1] Za ery Russella T Daviesa były to „Kobiety, które…”, za ery Stevena Moffata „Dziewczyny/chłopcy, którzy…”.

[2] Co oczywiście ma swoje zalety, a i dobrze poprowadzona archetypiczna postać może skłaniać do interesujących obserwacji.

[3] A i tak skupia się bardziej niż mogłoby się na pierwszy rzut oka zdawać.

[4] Jak mówi, chce „choć raz” mieć dobre sny. Choć raz mieć coś więcej niż tylko nadzieję, że może być dobrze, w pełnym rozczarowań świecie.

[5] O miłości w tym momencie ich znajomości trudno mówić, niemniej z biegiem czasu ich relacja jak najbardziej mogła się w miłość rozwinąć.

[6] Klasyczny przykład szkodliwej jak cholera „friendzone”, która (przypomnijmy) polega na tym, że osoba zakochana nie potrafi zaakceptować, że osoba, w której się zakochała – niezależnie od płci i orientacji tej osoby/ób – ma święte prawo do niebycia zainteresowaną jakąkolwiek formą romantycznej relacji z osobą, która jest w niej zakochana.

[7] Kolejne szkodliwe pokazywanie miłości – tym razem jako związku dwójki osób, z których jedna nieustannie okłamuje drugą, a obie nie mają do siebie za grosz zaufania.

Daj na ciastko!


Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają współpracy.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who