Kontynuujemy naszą rozmowę podsumowującą 10 serię Doctor Who. Które odcinki to nasze ulubione, a o których wolimy zapomnieć? Co nas zaskoczyło? Poprzednią część znajdziecie tutaj.

Który z odcinków najnowszej serii jest waszym ulubionym i dlaczego?

Ginny: Finał. Obie części. Tak jak (prawie) wszystkie wcześniejsze odcinki oglądałam z niemałą przyjemnością, tak finał tej serii przeczołgał mnie emocjonalnie, jak żadna historia w całym New Who.

Ewelinkja: Zdecydowanie finał. Poprzednie odcinki nie były może wybitne, ale wszystkie były całkiem niezłe lub bardzo dobre, ale finał… Czułam się jakby Moffat wbił mi nóż w serce i powoli, z uśmiechem go przekręcał, patrząc z satysfakcją, jak bardzo mnie to przeraża. Bałam się, że finał będzie nierówny, ale było doskonale. W pierwszej części przepiękne, prawdziwie przerażające powstawanie Cybermenów. Cały straszny szpital i to wspaniałe przebranie Mistrza! Potem było jeszcze lepiej. Cierpiący, umierający Doktor, świetny Nardole, pełna emocji rola Bill, no i dwójka Mistrzów. Chemia między Missy i Mistrzem, ich flirt i zakończenie ich wątku rozłożyły mnie na łopatki. Do tego jeszcze działa się magia w relacjach między Mistrzami a Doktorem. Oglądałam finałowy odcinek nieraz i za każdym razem płakałam, a nie należę do osób, które łatwo się wzruszają na filmach…

Pegaz: Finał, chociaż – jak już poniekąd wspomniałam – zakończenie historii Bill mnie rozczarowało. Ostatni odcinek zapewnił mi wiele emocji. Mogliśmy też oglądać w nim dwie współpracujące ze sobą inkarnacje Mistrza i dla mnie obserwowanie ich było ciekawym doświadczeniem.

Artur: To żeby się nie powtarzać (i ponieważ uważam, że finały zbyt często przyćmiewają zwykłe, skromniejsze odcinki) powiem: Pożeracze światła („The Eaters of Light”). Czasy Rzymian w Wielkiej Brytanii i jej folklor ogromnie mnie interesują, więc odcinek trafił do mnie pod względem estetycznym, a oprócz tego był pięknie napisany – wyszła lekka i świeża całość, która zaspokoiła niedosyt interesującej ikonografii, jaki towarzyszył mi przez większość dziesiątej serii.

Clever Boy: Zdecydowanie finał. A w szczególności, że jak dla mnie, przy Dwunastym Doktorze, druga część finału była słabsza. Ale dostałem cudowną niespodziankę! Cybermeni byli przerażający, od dawna nie czułem takiego zagrożenia dla bohaterów, bo nie wiadomo było, czego się tutaj spodziewać. Cudowna Missy, świetny Mistrz, piękne zakończenie dla Bill. To były dwa wspaniałe odcinki, wzruszały i trzymały w napięciu. Świetnie się przy nich bawiłem i będę do nich często wracał.

A o którym z odcinków w 10 serii wolelibyście zapomnieć i raczej już do niego nie wrócicie? Co sprawiło, że został przez was źle odebrany?

The Eaters of LightGinny: Nie mam tu odcinka, który chciałabym jakoś bardzo zapomnieć, niemniej raczej nie będę zbyt często wracać do Cienkiego lodu („Thin Ice”). Bardzo czekałam na odcinek Sarah Dollard, tym większe więc było moje rozczarowanie. Nie dlatego, żeby odcinek był szczególnie zły (ba, ma naprawdę świetne momenty!), ale całościowo nie poruszył mnie zupełnie. To z pewnością w jakiejś części wina moich prywatnych upodobań, niemniej w tej serii choćby Mark Gatiss, pokazał, że można zrobić odcinek Doctor Who osadzony w XIX wieku, który właśnie bardzo mi się spodoba.

Ewelinkja: Z tym sezonem jest pewien problem. Ogólnie odcinki były dobre, ale nie należały raczej do takich, o których zawsze się pamięta. Nie zauważyłam żadnego słabego, choć strasznie się zawiodłam na Jest jak jest („The Lie of the Land”). Rozwiązanie historii było nijakie, niewiele wyjaśniło i prawdę mówiąc zepsuło odbiór wcześniejszych dwóch części. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Zepsuli Mnichów, którzy byli bardzo ciekawi, ale zupełnie nic nam o nich nie powiedzieli. Takie budowanie tajemniczych kosmitów mija się z celem, jeśli nie mamy zamiaru rozwiązać zagadek pod koniec historii. Niemniej jednak nie mam takiego odcinka, którego nie będę chciała obejrzeć ponownie. To była fajna, przyjemna seria, ale bez wybitnych momentów, poza finałem, który był zjawiskowy.

Pegaz: Ja chyba najrzadziej wracać będę do Pożeraczy światła („The Eaters of Light”). Doceniam ten odcinek, ale moje serce wyrywa się po prostu bardziej do innych części dziesiątej serii.

Artur: A ja muszę tutaj wskazać Cesarzową Marsa („Empress of Mars”). Być może to wina momentu, w którym go oglądałem (w niedospaniu, między jedną podróżą a drugą), ale wydał mi się dość wtórny – ot, powtórka z Głodna ziemia / Zimna krew („Hungry Earth”/„Cold Blood”). Teraz, kiedy przeglądam transkrypt, widzę wyraźniej odniesienia do Brexitu i dyskusję o tym, jaką pozycję powinna zająć Wielka Brytania wobec świata – to zdecydowanie plusy. Jednak po obejrzeniu samego odcinka zostało mi w pamięci głównie to, że ostatecznie i tak wszystko skończyło się dzięki odwołaniu do etosu dobrego dowódcy i szlachetnego wojownika. Już chyba wolę Cienki lód („Thin Ice”), mimo że zgadzam się z Ginny co do niedociągnięć tej historii.

 Clever Boy: Zdecydowanie finał historii z Mnichami. To było bardzo słabe, już dawno się tak nie rozczarowałem. Wiem, że kilka scen wycięto z odcinka, może one by coś tutaj polepszyły. Mnisi zapowiadali się ciekawie, a tak naprawdę nie dostaliśmy o nich żadnych konkretnych informacji. Fałszywa regeneracja, która była zupełnie niepotrzebna, a także rozwiązanie całości, sprawiło, że chciałbym o tym odcinku jak najszybciej zapomnieć.

Doctor Who to także kosmici. Który z kosmitów w 10 serii był waszym ulubionym?

Ginny: Mistrz. Oboje. Kałużopilot to miły kampowy koncept, Pożeracz światła w sumie jest świetnie pomyślany, choć bardzo widać, że to CGI, robal w Tamizie był taki sobie, karaczany miały ładną genezę autorstwa Doktora, emojiboty były dość krypne, a Mnisi zachwycali pomysłem do momentu, kiedy przejęli władzę i stali się standardowymi tyranami. Cybermeni po raz pierwszy nie zanudzili mnie na śmierć, a nawet wręcz przeciwnie. Ale, powiedziawszy to wszystko, powrót Mistrza Simma zaspokoił moją ogromną potrzebę na powrót postaci znanych z wcześniejszych epok serialu. I tego nie da mi żaden najgenialniej napisany potwór.

Ewelinkja: Bezkonkurencyjnie Missy i Mistrz. Byli niesamowici! No i Nardole. Kocham go całym serduchem. Kałuża była bardzo ciekawa. Fajny pomysł. Emojiboty były całkiem w porządku, fajny wygląd i fajnie wymyślone. Potwór w Tamizie mało oryginalny, ale całkiem okej. Kosmiczne karaluchy były dość zwyczajne, bez szału. Mnisi na początku świetni, potężni i tajemniczy, ale kompletnie nie wykorzystano ich potencjału. Pożeracz światła był miły dla oka. Pięknie natomiast pokazano nam Cybermenów. Nigdy wcześniej nie było tak wyraźnie widać, że w środku są zamknięci cierpiący wieczny ból ludzie. To było prawdziwie przerażające i niesamowicie mnie poruszyło.

Pegaz: Mistrz, czekałam na jego sceny. Nie zawiódł mnie, chociaż, oczywiście, zachowywał się przeokropnie.

Artur: Wspomniałem wyżej, że brakowało mi w tej serii interesującej ikonografii – i w dużej części ten problem dotyka właśnie kosmicznych stworów pojawiających się w kolejnych odcinkach. Na pewno warto wyróżnić roboty komunikujące się za pomocą emoji jako próbę wejścia w dialog ze współczesnością – bardzo tylko żałuję, że wątek kultury, która w swojej komunikacji przeszła całkowicie na obraz, nie został bardziej rozwinięty (w całym odcinku najbardziej podobało mi się eksplorowanie przez Bill i Doktora artefaktów pozostawionych przez nie-całkiem-wymarłych kolonistów i próby zrozumienia ich kultury i tego, co się stało, nie miałbym nic przeciwko, gdyby ten wątek zajmował cały odcinek) – oraz, że Doktor ani razu nie użył emoji kupy.

Za to wszelkie moje oczekiwania przeszli Cybermeni. Nie odczułem jeszcze w Nowym Who (starego nie oglądałem) grozy związanej z konwersją – błyszczące zbroje sprawiały, że cały proces wydawał się sterylnie wręcz czysty, ludzie po prostu znikali. Ukazanie pośredniego stadium w stworzeniu Cybermenów i wykorzystanie elementów związanych z horrorem o podłożu medycznym (te obandażowane głowy, kroplówki, klawiatury) zagrało doskonale, podobnie jak późniejsze wykorzystywanie dysonansu w tym, jak widzi siebie Bill, a jak widzą ją inni. Najlepsza historia o Cybermenach do tej pory.

Clever Boy: Nie licząc Missy, która od 8 serii, gdy tylko się pojawi, kradnie według mnie cały serial i bardzo ją kocham, to oczywiście Cybermeni. Bałem się, bo pojawią się ostatnio w serialu zbyt często, ale to spojrzenie na nich było przerażające. Po prostu finał to dla mnie piękna perełka.

Od samego początku wielką tajemnicą była Skrytka. Sądzicie, że był to dobry pomysł? Podobało wam się rozwiązanie tego sekretu?

Ginny: Nie jestem pewna. Jeśli chodzi o dynamikę relacji Doktora i Missy, powiem, że tak, ładnie zostało to poprowadzone. Ale. W tym wszystkim nie zagrało pozaserialowe „trzymanie tajemnicy” i serialowe rozrzucanie okruszków. Pierwsze rozbudzało nadzieje na kogoś naprawdę niespodziewanego, podczas gdy drugie właściwie cały czas mówiło nam „Missy, w Skrytce jest Missy”. Przez ten dysonans i napompowanie oczekiwań ostateczne – późne – odkrycie prawdy nie wypadło ani trochę tak efektownie, jak by mogło.

Ewelinkja: Od początku wiedziałam co, a raczej kto, w niej jest. Nie zepsuło mi to zabawy. Szczerze mówiąc, gdyby był tam ktoś inny, to bym się zawiodła. Skrytka to oczywiście niesamowity rozwój postaci Missy. Jej przemiana i relacja z Doktorem są dla mnie absolutnie cudowne. Była niezbędna do stworzenia tej niezwykłej relacji między nimi. Rzeczywiście niepotrzebnie robili z tej Skrytki takie wielkie halo i pozorowali jakąś niezwykłą tajemnicę. Było kilka innych rzeczy, które mogli trzymać w sekrecie i byłyby ogromnym szokiem, ale od razu wypaplali wszystko i zepsuli niespodziankę. Także ogólnie pomysł mi się podobał, tylko robienie szopki z ogromną tajemnicą było zupełnie zbędne.

Pegaz: Myślę, że sporo osób szybko rozpracowało problem Skrytki. Pozwoliła nam ona poznać jeszcze lepiej Doktora, pomyślmy o jego podejściu do jej pilnowania! To na pewno dało coś dziesiątej serii. Rozwiązanie zagadki? Fajne, po co komplikować fabułę na siłę i coś przy okazji skopać?

Artur: Podobała mi się prostota rozwiązania, choć wydaje mi się, że wątek przemiany skorzystałby na obecności Missy w kilku jeszcze odcinkach – więc zupełnie nie przeszkadzałoby mi, gdyby tajemnicę rozwiązano jeszcze wcześniej.

Clever Boy: Dla mnie to było bardzo słabe. Liczyłem na ciekawą zagadkę. Naczytałem się wspaniałych teorii, plotek i domysłów. A jednak Moffat postawił na Missy, co było łatwe do odgadnięcia. W Skrytce razi mnie także odcinek świąteczny Powrót Doktora Mysterio („The Return of Doctor Mysterio”). Skoro Doktor powinien pilnować Skrytki i nie oddalać się od uniwersytetu, to dlaczego przeżył tę przygodę? Pan Moffat chyba całkowicie się zmieszał, co dziwi, bo ten odcinek był kręcony w trzecim bloku produkcyjnym (czyli po nakręceniu czterech odcinków 10 serii), więc historia z Extremis („Extremis”) powinna być już napisana i przemyślana.

Rozmawiając o Skrytce, jak podobał wam się występ Missy w tej serii? Czy jesteście zadowoleni z kierunku, w jakim poszła ta postać?

Ginny: Mnie zdecydowanie podobał się rozwój jej relacji z Doktorem. Można uznać, że nieodmienną cechą charakteru Mistrza jest bycie złym, ale ja się z tą interpretacją nie zgadzam. O ileż nudniejsza byłaby to seria, gdyby Missy znów stanęła przeciwko Doktorowi (i to ponownie z Cybermenami). Ale Steven Moffat robi tu mądrą rzecz. Odwraca własne schematy narracyjne. Więc oto tak – Missy może się zmienić. Dla niej także istnieje nadzieja. Ta, którą Doktor od tylu regeneracji trzymał w sercu. Mistrz, choć był jego wrogiem, zawsze był też przyjacielem Doktora, a to nie mogłoby być możliwe, gdyby Doktor nie wierzył w możliwość przemiany Mistrza. Dla mnie to więc tym wspanialsze, że wreszcie Missy nie tylko otrzymuje tę szansę (Doktor już wcześniej wyciągał do niej rękę), ale i ją przyjmuje. I choć do końca nie możemy być pewni prawdziwości jej przemiany, to w tym muszę zgodzić się z Moffatem. Doctor Who to jest przede wszystkim serial o nadziei. To serial, który nadzieję daje. Doktor zawsze jest gotów dać szansę tym, których inni uznaliby za niewartych prób.

MissyEwelinkja: Missy była rewelacyjna. Jej rozwój i przemiana były pokazane pięknie i logicznie. Chemia między nią a Doktorem była wręcz wyczuwalna w powietrzu. Kiedy zostawali sam na sam, atmosfera gęstniała. Cudownie nam pokazali, że prawdziwa miłość do drugiej osoby nie oznacza wyłącznie uczuć romantycznych. Zobaczyliśmy wewnętrzną walkę Missy, nadzieję jej i Doktora, pragnienie bliskości i przyjaźni. „Nowa” wersja Missy podoba mi się jeszcze bardziej od poprzedniej, choć nie wierzyłam, że tak może się stać. Nie jest jednoznacznie dobra ani zła. Odkrywa w sobie emocje i uczucia, których dotąd nie znała. Zaczyna patrzeć na świat oczami Doktora i nie do końca wie, jak sobie z tym poradzić. Pomimo przemiany nie straciła nic ze swojego cudownego charakteru. Nadal wspaniała, genialna, lekko szalona i z klasą. Natomiast jej relacja z Mistrzem Simma zasługuje na osobny artykuł. To, co zobaczyliśmy w ostatnim odcinku 10 serii, bez reszty mnie zachwyciło. Prawie było widać iskry, które między nimi przelatują. Ich stosunek do siebie nawzajem i zakończenie, które wycisnęło ze mnie morze łez, zostawiły ogromny niedosyt. Marzę o tym, żeby jeszcze zobaczyć Missy. Czekałam, aż wstanie i powie, że nic jej nie jest… błagałam, żeby przeżyła. Missy jest zdecydowanie moją ulubioną inkarnacją Mistrza, a w połączeniu z Mistrzem Simma w finale wywołała we mnie eksplozję uczuć i myśli.

Pegaz: Ja jestem właściwie trochę rozczarowana. Są w dziesiątej serii sceny z Missy, które mnie cieszą. Problem w tym, że za nic nie mogę się przekonać do jej tak poważnego nawracania się. Nie przekonała mnie któraś scena, potem uznałam, że wolę, kiedy Missy jest w mniejszym stopniu szlachetna. Jakoś wtedy wydaje mi się ciekawszym elementem Whoniversum.

Artur: Myślę, że było jej w tej serii trochę za mało – zwłaszcza w ostatnim odcinku, chociaż bardzo mnie cieszy skupienie się na tym, co przechodzi Bill, Missy wydaje mi się strasznie bierna. Natknąłem się gdzieś w internecie na sugestię, że można było zrobić jeden odcinek bezdoktorowy, gdzie to Missy jest główną bohaterką, i trudno mi się z tym nie zgodzić – dodałoby jej to trochę aktywności (może w Jest jak jest, gdzie Doktor i tak stoi po złej stronie? Nadal jestem zły, że Bill i Missy nie połączyły w tamtym odcinku sił, to byłoby wspaniałe).

Clever Boy: Na początku niechętnie podchodziłem do przemiany Missy. Ale kocham tę postać i kupuję ją za każdym razem, jak pojawia się na ekranie. Michelle Gomez jest rewelacyjna jako Missy, to moje ulubione wcielenie Mistrza. Jej gra z innymi postaciami, a szczególnie Mistrzem Simma to cudeńko. Chciałbym, żeby okazało się, że jednak przeżyła wydarzenia 10 serii. Przy tej scenie pękło mi serce. Proszę o spin-off z Missy!

Co w ostatniej serii posiadało zmarnowany potencjał? Czego wam brakowało? Co wy byście zmienili?

Ginny: Odcinek Sarah Dollard? Początek serii rozwijał się też w moim odczuciu odrobinę za wolno, zbyt niespiesznie budując napięcie. No i zakończenie historii o Mnichach. Ale właściwie nie przychodzi mi nic więcej do głowy. To była jednak bardzo dobra seria.

Ewelinkja: Zakończenie historii z Mnichami. Totalnie zmarnowany potencjał. Nie wyobrażam sobie, że Doktor mógł wpaść na pomysł zmuszenia Bill, żeby go zabiła. Nawet jeśli był to plan Nardole’a, nie wyobrażam sobie, że Doktor mógł przystać na coś takiego… Dodatkowo ta udawana regeneracja, która nie miała żadnego sensu poza zaintrygowaniem, a w efekcie zażenowaniem widza. Bardzo się na tym odcinku zawiodłam…

Pegaz: Więcej Nardole’a bardzo by mnie ucieszyło. żałuję też, że wątek niewidomego Doktora nie potoczył się jednak inaczej. Szkoda, że stanęło na tych trzech odcinkach. Wymagałoby to chyba porządnej reorganizacji serii, ale twórcy mogliby wydłużyć okres trwania tego problematycznego stanu.

Artur: Wyraźnego wątku przewodniego dla Bill – do tej pory w niemal każdym sezonie (może z wyjątkiem 7A) towarzyszka taki miała i na tym tle wyraźnie widać, że Bill trochę odstaje. Pearl Mackie i tak mnóstwo zrobiła z materiałem, który miała, ale żal pozostaje. Miałem też nadzieję, że utrata wzroku Doktora potrwa dłużej i będzie poważniejszą przeszkodą (wykorzystanie okularów wydało mi się lekkim oszustwem).

Clever Boy: A mnie cieszy, że wątek przewodni nie kręci się wokół towarzyszki. Powtórzę się, ale zmieniłbym trylogię z Mnichami. Pierwsza część była świetna i zaskakująca. Druga ciekawa, ale czegoś mi w niej brakowało. A trzecia to totalny zawód. Szkoda, bo mogło być o niebo lepiej.

Dodatkowo nie pokazywałbym nigdzie, że Mistrz Johna Simma powraca do serialu. Ekipa strzeliła sobie w kolano. Nie rozumiem, kto zezwolił na to, aby wrzucać Mistrza do zwiastuna serii. Nie rozumiem, dlaczego pozwolono to zobaczyć prasie i jak to się stało, że mimo umowie o poufności, temat szybciutko wyciekł i musieli potwierdzić te informacje. To byłaby tak ogromna niespodzianka, że chyba wszystkim opadłyby szczęki. Szczególnie, że Simm kręcił sceny w przebraniu na ulicy i nikt go nie poznał! Oby Chris Chibnall sprawił się lepiej w roli trzymania sekretów i robienia nam niespodzianek.

I na koniec. Czym najbardziej zaskoczyła was 10 seria? Co najbardziej was ucieszyło i czego się nie spodziewaliście?

Ginny: Mnie zaskoczyła tym, jak dobry odcinek z Cybermenami można napisać. Jak bardzo można ich uczłowieczyć, jednym prostym zabiegiem, przesunięciem punktów skupienia w historii z nimi, na kwestie, z którymi mogę tak głęboko współodczuwać.

Cieszyłam się na powrót Mistrza Johna Simma, ale nie podejrzewałam, że ostatecznie obudzi on we mnie tak pozytywne emocje. I – w końcu – zupełnie nie spodziewałam się, że Moffat napisze na koniec dwa aż tak wspaniałe odcinki.

Ewelinkja: Trochę tego było. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Cesarzowa Marsa i Pożeracze światła. Miałam ogromnie złe przeczucia co do finału, bo Moffat lubi sknocić drugą część i miło się rozczarowałam. Nie wiedziałam, że można pokazać genezę Cybermenów w tak przerażający, emocjonalnie dotykający do żywego sposób. Pierwsza część była jednym ze straszniejszych odcinków w historii, bo to nie potwory są straszne. Strach przed bólem psychicznym i utratą własnego ja jest najgorszy we wszechświecie. Bardzo byłam ciekawa powrotu Simma i, o Rassilonie, jestem zachwycona! Przyznam, że dałam się nabrać na pana Żyletę. Prawie do samego końca go nie przejrzałam. W ostatnim odcinku natomiast działo się tak wiele, na tak wielu płaszczyznach, że ciężko mi ogarnąć, jak tak wiele świetnych motywów i interakcji zmieściło się w sześćdziesięciu minutach odcinka.

Pegaz: Nie spodziewałam się powrotu Mistrza. Dziesiąta seria najbardziej zaskoczyła mnie powrotem Mistrza. Najbardziej ucieszył mnie powrót Mistrza. To chyba brzmi nudno, ale przynajmniej byłam bardzo zaskoczoną i bardzo szczęśliwą fanką Johna Simma!

Artur: Zaskoczyło mnie to, jak bardzo finał wciągnął mnie emocjonalnie. Mimo uwielbienia dla serii dziewiątej i sympatii do ósmej, sezony z Capaldim doceniałem jednak głównie na poziomie intelektualnym. Mimo że większość dziesiątej serii nie wspina się na wyżyny serii wcześniejszych, jest to coś, co ją od nich odróżnia, i chyba odcisnęło się we mnie mocniej niż jej wcześniejsze niedociągnięcia.

Clever Boy: Seria zaskoczyła mnie swoim tonem. Kocham to poczucie radości z przygody i ich przeżywanie. Czułem świeżość, a jednocześnie lekki powrót do czasów przygód z epoki RTD, których mi brakowało. Potem zaczęło się robić poważniej i trochę mroczniej. I to był dobry pomysł. Zaskoczył mnie także cudowny finał, który niesamowicie wciągnął. A także Matt Lucas w swojej roli. Szkoda, że było go tak mało. Seria 10 jest naprawdę dobrą serią i będę do niej często wracał, bo naprawdę warto.

A co wy sądzicie o 10 serii? Co was w niej zaskoczyło? Jakie są wasze ulubione odcinki? Dajcie nam znać w komentarzach!