Koniec wszechświata, kapitan Jack Harkness i bębny w głowie, czyli zbliżamy się do końca serii w odcinku Utopia. Kilka ostatnich historii było naprawdę przednich, zarówno potyczka z Rodziną, jak i zeszłotygodniowe walki z Płaczącymi Aniołami. Pojawiał się jakiś nowy element, który bardzo wiele mówił nam o Doktorze, jego przygodach, tym, kim naprawdę jest. Ale co nas czeka w tym tygodniu, w podróży do końca wszystkiego?

Cardiff! Cardiff?! Tak, właśnie Cardiff. Jeśli ktoś zdążył się przestraszyć, że może to jakiś powrót Slitheen, to nie. Doktor ładuje TARDIS na znanym nam już ryfcie (ciekawostka z ładowaniem TARDIS), zajmuje to chwilę (niech ktoś wymyśli takie ładowanie telefonów, błagam) i Doktor błyskawicznie ucieka, widząc nadbiegającego kapitana Jacka Harknessa. Stary dobry kapitan Jack, biegnie przez Cardiff do TARDIS, jak się później okazuje niosąc ze sobą rękę Doktora. Tak żeby nie było nudno. Trafiają na sam koniec wszechświata, gwiazdy zginęły, niebo jest czarne, a ludzie tłoczą się wokół wielkiej rakiety, która ma ich wynieść do mitycznej Utopii. Nikt nie wie, co tam dokładnie jest, nikt tam nigdy nie był, ale wszyscy wierzą. Rakietę usiłuje uruchomić profesor Yana, starszy pan z ogromną wiedzą i kreatywnością, choć z tytułem zmyślonym, bo od dawna nie działały żadne uniwersytety. Pomaga mu Chantho, miejscowa, jeśli można tak powiedzieć, dość inteligentna i zauroczona profesorem, który jednak tego nie dostrzega. Parę słów o Chantho, bo dawno nie widziałem tak prostej i przyjemnej w odbiorze postaci. Niebieska owadopodobna humanoidalna istota – w sumie chyba tak należałoby ją określić. Każde zdanie zaczynała od „chan”, a kończyła na „tho”, ponieważ niezrobienie tego byłoby bardzo niegrzecznie, zupełnie jak przeklinanie. Ostatecznie Marta prowokuje ją do powiedzenia czegoś bez tego dodatku, Marta to jest jednak ukryty demon zła. Chantho wypowiada w końcu jedno słowo bez chan i tho, co powoduje u niej absolutnie uroczą dziką radość, jak u dziecka, które pierwszy raz zrobiło coś niedozwolonego. Ostatecznie także ginie, usiłując ratować przed nim samym profesora, którego gotowa była zabić, byle tylko go ocalić. Z tego powodu Mistrz musi regenerować i tą sceną praktycznie kończy się odcinek, gdy zregenerowany Mistrz ucieka z końca świata, zostawiając tam Doktora. Krótko? Bo ważne jest to, co było w środku.

Spotkanie po latach kapitana i Doktora, już z inną twarzą, pozwala zauważyć kilka rzeczy. Przede wszystkim jak bardzo zmienił się sam Władca Czasu. Relacja między Dziewiątym a Jackiem była zupełnie inna, bardziej poważna, żołnierska, mimo pewnego szaleństwa Jacka. Dziesiąty i Jack to już spotkanie dwóch wariatów, dwóch starych, dobrych kumpli na… herbacie. Sekwencja scen, gdy kapitan Jack w śmiertelnym dla zwykłych ludzi promieniowaniu beztrosko, lekko, dowcipkując rozmawia z Doktorem jest tak przyjemna i tak zwyczajna jednocześnie, że zapominamy o zagrożeniu, które jednak cały czas gdzieś czyha. Powrót nieśmiertelnego Jacka, wciąż i wciąż ożywającego, ale też powrót Doktora w pełnej krasie i ich relacja. Z jednej strony właśnie współpraca dobrych kumpli, którzy wzajemnie się szanują i uwielbiają, o charakterach jednocześnie podobnych i różnych (ach, te moje zdania pełne sprzeczności…), ale też niezwykła współpraca Davida Tennanta z Johnem Barrowmanem. Można twierdzić, że to wszystko gra, tak ma wyglądać, ale w moim odbiorze to jest aktorska współpraca dwóch świetnych aktorów, którzy mają z tego ogromną frajdę. Swoboda, luz i radość. Doktor w najlepszym wydaniu, który zapomniał powiedzieć na początku, że jest brilliant. Upominający Jacka, gdy ten się tylko przedstawia. Jacka, który już przedstawieniem się potrafi zawrócić w głowie. Ale też kapitan upominający Władcę Czasu, że w obliczu zagłady konglomeratu Chantho nie wypada się cieszyć z odgadnięcia, że był to konglomerat. Ale właśnie na takiej prawdziwie przyjacielskiej, radosnej, pełnej uszczypliwości reakcji zbudowany jest ten odcinek. Czy wypada nam na to narzekać? Ani trochę. Możemy patrzeć z uśmiechem na twarzy na genialną grę dwóch genialnych aktorów w genialnych kreacjach. Bo geniuszu nigdy za wiele.

Absolutnie niesamowity powrót, za który trzeba dziękować RTD to postać Mistrza. Znów – inna sprawa, co się z tą postacią działo dalej, ale samego powrotu chyba nie można było lepiej rozegrać. Już od wyboru aktora, który wcielił się w profesora Yanę. Sir Derek Jacobi, jeden z najbardziej zasłużonych dla współczesnego teatru brytyjskiego aktorów, jeden z najbardziej utalentowanych również, potrafiący wycisnąć nawet z pobocznej roli zupełne maksimum. Przyjrzyjmy się też temu, jak trudna do zagrania była to postać. Profesor Yana, ostatni mądry na końcu świata, próbujący uruchomić niezwykle skomplikowaną rakietę w drodze do mitycznej Utopii. Geniusz, który zbudował niezwykle trudne urządzenie praktycznie z niczego. Dobry moralnie człowiek, który podtrzymuje nadzieję ludzkości na Utopię, choć sam tę nadzieję utracił. Odkrywca cieszący się z każdego najmniejszego sukcesu, z każdej iskierki nadziei (ta radość, gdy usłyszał o pojawieniu się Doktora). Ale też człowiek prześladowany od urodzenia tajemniczymi bębnami w głowie, z którymi nie da się walczyć, które czasem stają się nie do zniesienia, odciskają się piętnem na tej jednak udręczonej twarzy. W końcu człowiek, który coś sobie przypomina, którego frasuje tajemniczy zegarek towarzyszący mu od urodzenia, któremu słowa TARDIS, wir czasu, Władca Czasu, przywołują nieokreślone wspomnienia i powodują mętlik w głowie. To wszystko na przestrzeni kilkudziesięciu minut zagrał Derek Jacobi. Każdy ruch, każdy gest, wszystko składało się na postać rozdartą, niepewną i doskonale to widzieliśmy. W końcu zagrał też Mistrza. Tego Mistrza, starego wroga i przyjaciela zarazem, kolejny punkt łączący klasyczną erę serialu z jej nowym biegiem. Postać zupełnie różną od profesora, ze złością, z irytacją na twarzy, ze złośliwością i pogardą wobec Chantho, z pewnym szaleństwem. Błyskawiczna zmiana po otwarciu zegarka, zagrana mistrzowsko. Naprawdę ogromną zaletą tego odcinka jest samo wprowadzenie Mistrza, sposób, w jaki został on wprowadzony, ale też to, jak genialnie wykreował całą postać Derek Jacobi. I choć z perspektywy czasu wydaje się to prawie oczywiste, że Yana jest Mistrzem, to pamiętam, że przy pierwszym oglądaniu wiele lat temu była to prawdziwa sensacja. Tak cudownie ukryta na widoku przez cały odcinek w imieniu Yana. You are not alone – powiedziała pół sezonu wcześniej umierająca Twarz z Boe. Już wiemy, dlaczego.

Ludzie z końca świata to zupełnie inna, fantastyczna część tego odcinka. Doktor był zachwycony – po podbojach kosmosu, po krzyżówkach z innymi rasami, po latach poszukiwań innych światów, oto są znowu ludzie w swojej pierwotnej formie, stłoczeni, oczekujący, marzący i wierzący. Ale do tego końca świata przetrwali, gwiazdy wygasły, umarły, a ludzie wciąż żyją, wciąż wierzą, wciąż mają marzenia. Piękny obraz człowieka przedstawia nam (nie pierwszy raz) Doktor Who. Oczywiście, możemy nie wierzyć w to, możemy uważać to za bajki, ale to bardzo ludzkie, dążyć wciąż do przodu, nie zatrzymywać się. Nacieszmy się chwilę sobą, za często nie mamy okazji. Ludzie końca świata to jednak z drugiej strony też Rasa Przyszłych – niczym ludzie pierwotni, porozumiewający się w prymitywny sposób, polujący, bojący się strzałów i świateł. I ta niepokojąca teoria, że wszyscy ludzie kiedyś się tacy staną, ostateczny koniec szans i nadziei wyzwoli w nas pierwotne instynkty. Ale są przecież ludzie w bazie, zwykli, tacy jak my, czekający wciąż w nadziei, której nie odbiera im profesor Yana. Wierzą w Utopię, krainę, gdzie wszystko jest lepsze, gdzie nie ma zagrożeń i niebezpieczeństw, gdzie można spokojnie żyć, a wystarczy tam tylko dolecieć rakietą. Marzenia i spokój, idealny świat, prawie że na wyciągnięcie ręki. Idea towarzysząca ludzkości od Platona przez Tomasza Morusa aż do końca świata. Tylko że Utopia zawsze była idyllą, mitycznym rajem, ideałem. Co nam to mówi o ludziach? Czy to na pewno jest pozytywny obraz?

Mistrz kradnie Doktorowi TARDIS, co wydaje się być uwięzieniem głównych bohaterów na końcu świata, gdzie już dobiera się do nich Rasa Przyszłych. Współczuję wszystkim, którzy dziesięć lat temu oglądali to na żywo i musieli czekać tydzień, żeby zobaczyć, jak wyjdą z tej opresji. Odcinek zaczyna nam rozległy, trzyczęściowy finał i trzeba przyznać, że zaczyna nam go absolutnie genialnie. Osobiście żałuję, że nie mieliśmy okazji dłużej oglądać, jak Derek Jacobi wciela się w postać Mistrza, ale już pojawił się John Simm. I za tydzień raczej nie zawiedzie.

A jakie są wasze opinie o tym odcinku? Piszcie w komentarzach!


Mateusz K. - sympatyczny student geografii, miłośnik literatury przygodowej i takiego też kina. Dziwny człowiek, który uwielbia psychologię i amatorsko się nią zajmuje (obserwuje ludzi). Poza tym bardzo lubi pisać.
  • CooxJonural

    Ten odcinek z finału 3 sezonu był zdecydowanie najlepszy. Potem już tylko gorzej :(

  • Cpt

    Jest taka scena, gdy już po otwarciu zegarka ktoś, chyba ta owadka, pyta Mistrza-Yanę, kim jest. Jaka to była okazja, by odpowiedział „I am the Master and you will obey me!”…

    • Blownie

      nie musiał tego mówić, zagrał to mimiką i wyszło genialnie, absolutnie perfekcyjnie. a aluzja do klasyków i tak była, kiedy tuż przed przemianą – po tym, jak Martha zwróciła jego uwagę na zegarek (też genialna scena, btw) – pomiędzy bębnami było słychać głosy poprzednich Mistrzów (;

      • Cpt

        Perfekcyjnie byłoby, gdyby powiedział ;-)

    • CooxJonural

      I jeszcze powinien zamachać zegarkiem jak hipnotyzer, wtedy byłoby idealnie :)

  • RTD miał niełatwe zadanie – zrobić kulminacyjną scenę z powrotu Mistrza, gdy nowa widownia nie ma pojęcia, kto to jest. Ale od czego są aktorzy i wcześniejsze odcinki? Uwielbiam, jak w tym odcinku wraca zegarek (trudno uwierzyć, że istnieją dwa urządzenia do zmieniania Władcy Czasu w człowieka, serio, jak duże byłoby zapotrzebowanie, i mam teorię, że to Mistrz przystosował Łuk pod te dwa konkretne gatunki i użył, a potem znalazł go Doktor i załadował na TARDIS. I to doświadczenie bycia przez chwilę człowiekiem ich łączy) i przepowiednia Twarzy z Boe. Jak się to jeszcze połączy z Saxonem, to ten finał wynika z sezonu w taki nieoczywisty sposób (Bad Wolf czy znikające planety były do zauważenia jako powtarzające się motywy). No i oczywiście fenomenalny Derek Jacobi, którego aż chciałoby się dłużej oglądać jako Mistrza – ale z drugiej strony nie, bo Simm też jest fantastyczny – te jego „bye!” na koniec… Także udało się, nie mamy zielonego pojęcia, kim jest Mistrz, ale czujemy, że jest kimś wyjątkowym i nie możemy się doczekać następnego odcinka.

    Wizualnie też jest super. Ten wszędzie walający się sprzęt, jakiś przedpotopowy komputer, uśmiechnięty chłopczyk, konglomerat, dwóch bohaterów w płaszczu, światło, wszystko mi tam pasuje.

    Martha, która dopiero w tym odcinku dowiaduje się, co się stało z Rose. Tyle się o niej nasłuchała, a przecież nie miała pojęcia, czy ona zginęła, odeszła od niego czy co, jakby jej normalnie opowiedział o Canary Wharf, to na pewno wykazałaby się empatią. Doktor z kolei przechodzi lekcję otwartości – wątek Jacka jako „impossible thing” odczytuję jako lekcję akceptacji; nawet gdy coś „feels wrong in your guts”, przyjrzyj się temu i zaakceptuj. Jack może i zakrzywia linie czasowe, ale nie psuje świata i nie zasłużył, żeby go zostawić bez wyjaśnienia.

    Fajnie jest obejrzeć ten odcinek po pierwszym sezonie Torchwood, widać wtedy, jak bardzo świat Torchwood różni się od świata Doktora, zwłaszcza, że Utopia jest w dodatku dość zabawnym odcinkiem. „I’m a bit of a hermit…” :)

    Uwielbiam Chantho. Głównie za to, że jej sposób mówienia nie ma żadnego znaczenia dla fabuły, a jest po prostu fajną ciekawostką językową (widziałam ją w jakimś podręczniku do analizy języka). Wyobraźmy sobie, że wszyscy tak mówimy, czy to by nie poprawiło dyskutowania? Pierwszą sylabą imienia mówiący „zająłby” przestrzeń dla swojej wypowiedzi, a przerwanie komuś, gdy w oczywisty sposób nie skończył mogłoby wydawać się jeszcze bardziej niegrzeczne. Muszę kiedyś znaleźć fellow fana i zamienić parę zdań w ten sposób, może jeszcze jakieś ciekawe wnioski się wysuną.

    Jedyne, czego żałuję, to tego, że nie wrzucono tego uczepionego TARDIS Jacka do czołówki. Ale może faktycznie byłaby to przesada.

    • Clever Boy

      Nie mogę się zgodzić z tym, że znikanie planet było oczywiste. Dla mnie to było najbardziej subtelne z wszystkich czterech serii.

      I niestety nie lubię Mistrza w wykonaniu Simma, ale niedługo przyjdzie pora żeby się u mnie odkupić :)

      • Cpt

        Myślę, że Moff nada Saxonowi posmaku prawdziwej „mistrzowatości” ;)

    • CooxJonural

      Też żałuję że nie było w czołówce uczepionego Jacka, przecież to by było tak komiczne i genialne jednocześnie!!