Zagłada Ziemi, głowy z końca świata i niech Moc będzie z wami, czyli oglądamy zakończenie serii – Ostatni z Władców Czasu („Last of the Time Lords”). Oto jest i on, finał, ostatnie akordy całkiem niezłej serii. Pierwszą (lub drugą?) jego część zakończyliśmy w momencie, gdy tajemniczy Toclafane wyrżnęli 10% ludzkości na rozkaz Mistrza, on sam chwilę wcześniej zamordował prezydenta Stanów Zjednoczonych na oczach całego świata i przemienił Doktora w zasuszonego staruszka. Marta jednak uciekła, co chyba było jedynym elementem mogącym popchnąć akcję do przodu. Co więc dzieje się w finale serii?

Wracamy do historii dokładnie rok temu, Marta wraca do Anglii po zwiedzeniu całego świata w poszukiwaniu tajemniczej broni mogącej zabić Mistrza. Ale świat już nie jest taki sam, Toclafane na rozkaz Władcy Czasu wymordowali wielu ludzi, całe kraje, a świat został zabudowany rakietami mającymi podbić wszechświat. W przestrzeni kosmicznej Ziemia (lub Sol 3 – cudna nazwa) została uznana za planetę ginącą i dostęp do niej został zablokowany. Marta podążyła do profesor Docherty, aby dowiedzieć się, czym są Toclafane i dostać się na Valianta, aby zabić Mistrza. Przy okazji poznajemy świat, ludzi zamienionych w niewolników, przerażonych, niewiedzących, co robić, pozbawionych nadziei. Ale Marta im tę nadzieję dawała, nadzieję na lepsze jutro, nadzieję w Doktora. Dostała się na Valianta, oszukała Mistrza, hokus-pokus, czary-mary, świecący Doktor (o tym niżej) i tak Mistrz został pokonany. Jack zniszczył Maszynę Paradoksu – RTD zastosował go w czasach, gdy kolejny paradoks nie budził jeszcze poczucia „znowu”. Temu służyła przerobiona TARDIS, coś musiało utrzymać ogromny paradoks, jakim było mordowanie przez Toclafane bądź co bądź swoich przodków. No patrz, Stevenie, da się zrobić całkiem dobry paradoks. Zniszczenie Maszyny Paradoksu spowodowało wymazanie roku zagłady ziemi, powstał rok, którego nigdy nie było. Wszyscy poza osobami znajdującymi się na Valiancie zapomnieli o Doktorze, o Marcie Jones, która przemierzyła wszystkie kontynenty, pamiętali tylko szalonego Harolda Saxona, który zamordował prezydenta Stanów Zjednoczonych. Może to i dobrze.

Wreszcie dowiadujemy się, czym są Toclafane i dlaczego załamało to Doktora. Obsadzenie ludzi z końca świata poznanych dwa odcinki temu w roli morderczych kul z nożami jest świetne pod względem koncepcji, genialnie zamyka ich historię, ale… Nie zapominajmy, że to są w gruncie rzeczy ludzie. Dwa odcinki wcześniej wyruszyli do mitycznej Utopii, marzenia kolejnych pokoleń ludzi od zarania dziejów aż do końca wszechświata, z nadzieją na lepsze jutro i z tą również nadzieją odsyłał ich tam Doktor. Ale Utopia wcale nie okazała się rajem, niebo było jeszcze ciemniejsze, świat jeszcze zimniejszy i straszniejszy. Ludzie zaczęli się zmieniać w dzieci, licząc, że gdzieś to przyniesie im ratunek. Ratunek jednak przyniósł im Mistrz, któremu byli za to wdzięczni i oddani. Widzimy więc obraz ludzi końca świata, tego do czego w założeniu tego odcinka dąży ludzkość, w barwach co najmniej przerażających. Toclafane już jako jedynie głowy, zamknięte w metalowych kulach, wyposażone w ostrza. Ale też cieszący się ze śmierci każdego człowieka. Zapytane, czemu zabijają, odpowiedziały, że to zabawne. Na pewno głównym czynnikiem jest posłuszeństwa wobec Mistrza, który ich ocalił, ale jednak mają z tego frajdę. To jakaś znowu ciemna strona ludzkości, RTD nie daje nam o tym zapomnieć, że z jednej strony w każdym z nas jest dziecko, a z drugiej okrutnik. Czasem w tym samym momencie. Zastanawia mnie natomiast co innego, co stało się z Toclafane? Rok został wymazany po zniszczeniu Maszyny Paradoksu, cofnięty do momentu po śmierci prezydenta USA a przed wypuszczeniem Toclafane przez szczelinę. Natomiast już wcześniej pojedyncze jednostki przenikały do tego świata, Mistrz już ich odnalazł, więc co stało się z nimi? Zdaje się, że odcinek nam tego nie wyjaśnia, co jest zakończeniem dla nich smutnym.

Rzadko mi się zdarza tak ogromny dysonans przy patrzeniu na jakąś postać jak w przypadku Mistrza. Z jednej strony doceniam ogrom aktorskiej roboty w wykonaniu Johna Simma, bo to nie jest łatwa i spójna rola. A z drugiej zastanawiam się, co właściwie chciał z tą postacią zrobić Russell T Davies, nadal zresztą tego nie wiem. Jak już ustaliliśmy – zamysł był taki, żeby widzowie, którzy przygodę z Doktorem zaczynają od New Who nie mieli problemów ze zrozumieniem, kim jest Mistrz i co go charakteryzuje. Tylko czy po dwóch ostatnich odcinkach rzeczywiście to wiemy? Dostajemy obraz geniusza, ale i szaleńca, wariata. Który z jednej strony świetnie się bawi (cena tańczenia i śpiewania I Can’t Decide jest boska), z drugiej chce wywołać galaktyczną wojnę z bliżej nieokreślonej nienawiści i chęci stworzenia „nowej Gallifrey”. Z jednej strony upokarzający Doktor z radością przez całym światem, z drugiej strony darzący go jakimś sentymentem. Zastanawiające jest również to, że rzeczą, której tak bardzo bał się usłyszeć jest wybaczenie Doktora. Postać wyśmienicie zagrana, ale brakuje jej jakiejś spójności i ogólnej logiki działania, mimo wydawałoby się genialnego planu. I ostateczne pytanie, zostawiona nam zagadka z pierścieniem – czy Doktor rzeczywiście zna Mistrza i ten nigdy nie pogodzi się ze śmiercią, a tym bardziej nie zabije się sam, czy jednak zostawił sobie furtkę, a teraz nie chciał się pogodzić z rolą więźnia Doktora. Intrygująca zagadka, która pozostała nam otwarta na przyszłość.

Wszystko pięknie aż do momentu ostatecznego zakończenia, przywodzącego na myśl jakąś hybrydę Gwiezdnych Wojen z kilkoma filmami o superbohaterach. Co tu się właściwie wydarzyło?! O ile koncepcja siły imienia, siły jednoczesnej myśli milionów czy miliardów ludzi nie jest wcale aż tak absurdalna, jak się wydaje i można było wokół tego zbudować naprawdę fajną historię, o tyle Russella T Daviesa zdecydowanie poniosła tu fantazja. Uporządkujmy: wypowiedzenie imienia Doktora przez ludzi spowodowało przywrócenie naszego ulubionego Władcy Czasu do „normalnej” postaci, dezintegrację klatki, w której był uwięziony, odbijanie strzałów Mistrza, wytrącanie mu z ręki śrubokręta i miotnięcie swoim przyjacielem-wrogiem w ścianę. Po tym czarującym pokazie superbohaterskich zdolności na szczęście przestał świecić się niebieskim światłem, ale to naprawdę chyba należałoby powiedzieć „Niech Moc będzie z tobą… Mistrzu Doktorze”. Choć nawet Jedi nie odbijali strzałów. I może samo w sobie nie byłoby to takie rażące, gdy nie fakt, że jest to Doktor Who – ktoś powie, że serial science-fiction z naciskiem na fiction, ale jednak serial, który próbuje być (całkiem skutecznie) mądry. Czyli poza oczywistym przekazywaniem rzeczywistej wiedzy o świecie, fizyce, historii, tą funkcją edukacyjną, opakowuje także absurdalne dla nas, nieistniejące (według naszej wiedzy) prawa fizyki i wszechświata. Ile już mieliśmy mniej lub bardziej poważnych prób wytłumaczenia, jak działa TARDIS czy jakieś inne urządzanie, dlaczego coś się wydarzyło. Może akurat Dziesiąty mistrzem (tym razem przypadkiem) tłumaczenia zawiłości nie jest (ding!), ale mimo wszystko… Tu mamy po prostu dzikie szaleństwo, byle tylko rozwiązać problem, niebieskie światło, siła umysłu, bum, trzask, pozamiatane, w dodatku Doktor, który zsynchronizował się z sygnałem (jak? Czy Doktor jest wielkim kosmicznym odbiornikiem?). Taki absurd, który mocno razi przy ogólnie fajnie opracowanym koncepcyjnie odcinku – po obejrzeniu zadajemy sobie głównie pytanie, co tu się właściwie stało.

Na koniec słów kilka o postaciach, bo akurat postaci są w tej historii naprawdę dobre. Francine, matka Marty, która ostatecznie dojrzewa do wiary w Doktora i częściowego zaufania mu. Dobrze się ogląda ten proces przemiany w sytuacji, gdy Doktor staje się jedynym praktycznie źródłem nadziei. Kapitan Jack Harkness, który jest po prostu kapitanem Jackiem Harknessem, co zawsze jest dobre. Kapitan ze swoim wieloznacznym urokiem, chłopaczkowaty, radosny, dobrze się bawiący dodaje wiele kolorytu temu finałowi. I okazuje się ostatecznie Twarzą z Boe, co samo w sobie jest genialne – domyka wątek Twarzy, nadaje nowe znaczenie Jackowi, a sama geneza pseudonimu jest cudownie prosta. ALE. Marta rozmawiając w Utopii z Doktorem wspomina w obecności Jacka o ostatnich słowach Twarzy z Boe. Czemu wtedy mu się nie skojarzyło? Sama opowieść również wydaje się być wprowadzona dość wymuszenie, Jack ni stąd, ni zowąd zaczyna opowiadać o swojej młodości, początkach w Agencji Czasu – zupełnie jakby RTD nie do końca wiedział, jak zaprezentować swój skądinąd naprawdę dobry pomysł. Wiedział natomiast, jak pożegnać Martę Jones. Jeśli przyjrzeć się odejściom towarzyszy w New Who, póki co jest to jedyne nietragiczne pożegnanie. Marta po wydarzeniach, po bardzo trudnym roku, gdzie w gruncie rzeczy właśnie dzięki niej został uratowany świat, mógł się pojawić superbohaterski Doktor. Marta z pełną dojrzałością podjęła decyzję, że trwanie przy Doktorze nie ma dłużej sensu, swoje przeżyła, ale teraz ma tutaj co robić, ma się kim opiekować. Wie też, że nie ma szans na odwzajemnienie uczucia przez Doktora i zdaje sobie sprawę, że z każdym dniem bolałoby ją coraz bardziej. Ale potrafi wyjaśnić Władcy Czasu, co nią kieruje i Doktor to rozumie, ale również szanuje jej dojrzałość. Bo to naprawdę dojrzałość i to jest dokładnie ta Marta, spokojna i racjonalna, którą zachwyciłem się kilka miesięcy temu w szpitalu na Księżycu. I wyśmienita w tej kreacji Freema Agyeman, żegnająca się z rolą towarzyszki. A na koniec Lucy – fantastycznie ukazała tę postać i jej przemianę Alexandra Moen. W poprzednim odcinku Lucy jako szczęśliwa żona Saxona wydawała się być totalnie zachwycona swoim mężem, pozbawiona też skrupułów i sumienia, z rzezi dokonanej przez Toclafane bawiła się równie dobrze jak Mistrz. Nie wiemy, co się działo przez ten rok, jednak w tym odcinku jest to zupełnie inna osoba, jakby przerażona swoim mężem, będąca z nim bardziej z przymusu niż jakiegokolwiek uczucia. Ona również przyłącza się do wypowiedzenia imienia Doktora, to ona również strzela do Mistrza, jest tak przez niego zniszczona psychicznie i gotowa dokonać wszystkiego. Ogólnie dobrze się ogląda postaci w tym odcinku.

Tak zakończyła się ta seria, wbrew pozorom całkiem niezła. A właściwie zakończyła się kolejnym Doktorowym „WHAT?”, tym razem z powodu wbitego w ścianę TARDIS Titanica. Ciekawostka, że podobnie zakończyła się poprzednia seria, gdy tajemniczo zmaterializowała się panna młoda. I zwiastowało nam to naprawdę fajny odcinek świąteczny. Oj, będzie się działo w swięta. Titanic!

A jak Wam podobał się ten odcinek? Piszcie w komentarzach.


Mateusz K. - sympatyczny student geografii, miłośnik literatury przygodowej i takiego też kina. Dziwny człowiek, który uwielbia psychologię i amatorsko się nią zajmuje (obserwuje ludzi). Poza tym bardzo lubi pisać.
  • Kochana Martha. Uratowała świat, po czym sama musiała się docenić. Wykazała się niesamowitą dojrzałością, odchodząc i jeszcze mówiąc jasno, ale bez oskarżeń, dlaczego odchodzi. Chcę wierzyć, że do Doktora coś w końcu dotarło i gdy chwalił Donnę, myślał o Marcie, której wsparcia często odmawiał.

    Ja tam Mistrza całkowicie rozumiem. To była gra z Doktorem, spróbuj mnie powstrzymać, a plan podbicia świata to tak przy okazji, z przyzwyczajenia; dlaczego inni mieliby sobie spać spokojnie, skoro ja musiałem przeżyć straszną wojnę, a w dodatku nie mam chwili spokoju przez bębny; wywołam nową, co to dla mnie. Mistrz bardzo lubi sterować innymi i kontrolować wydarzenia. Wybaczenie Doktora jest dla niego nie do zaakceptowania, bo odbiera Mistrzowi wpływ na to, co czuje do niego Doktor, stawia Doktora ponad nim. Gdy dziecko zachowuje się źle, by wyprowadzić rodziców z równowagi i widzi, że to nie działa, może popaść w frustrację. Utrata podmiotowości Mistrza absolutnie przeraża: „are you going to… keep me?”, wcześniej cisza i brak reakcji Doktora też go wyraźnie irytuje.

    Doktorowi bardzo łatwo przychodzi stawianie się w pozycji oskarżyciela, sędziego i kata w jednej osobie: te wszystkie „I’m going to have to stop you”, „it ends tonight”, „you know what happens now”, a tutaj: „I forgive you”. Zachowuje się, jakby nie zdawał sobie sprawy, że jego moralny kodeks, jak bardzo byśmy się z nim zgadzali, nie jest powszechnie obowiązujący, i to jest właśnie skutek Wojny Czasu – po tym, co zrobił, Doktor jest dość egocentryczny jeśli chodzi o moralność. Chyba nigdzie mnie to nie uderzyło bardziej niż w tym odcinku – że on sobie będzie decydował, co jest wybaczalne, a co nie. I wybaczy prawdopodobnie tylko dlatego, że jest samotny. Czy byłby taki skory do zaprzestania podróżowania, gdyby obok stała Rose?

    Takie rzeczy są dla mnie o wiele istotniejsze niż zastanawianie się, jak dokładnie Doktor „zintegrował się z matrycami”. Gdyby nie fandom, nie pomyślałabym, że ktoś mógłby mieć z tym problem.

    Rewelacja z Twarzą z Boe wywołała we mnie taki opad szczęki, że niewiele razy udało się go powtórzyć. Takim wyjątkiem była na przykład ostatnia rewelacja z 11 odcinka 10 sezonu ;) Czemu mu się nie skojarzyło? Bo w tym czasie wiele się działo, więc nie zwrócił uwagi, zwłaszcza, że Martha nawet nie mówiła do niego?

    Titanic był chyba najlepszym cliffhangerem ever. Długo się śmiałam, gdy zobaczyłam to koło ratunkowe. Sam odcinek też nie zawiódł – Voyage of the Damned to mój ulubiony świąteczny odcinek.