Duchy zmarłych, Torchwood i zapowiedź wielkiej rozwałki, czyli oglądamy wstęp do odcinka finałowego.

I stało się, ciach, ciach, ciach i dobijamy do końca drugiej serii. Jakoś szybko zleciało i już wkraczamy w finał. Kolejny, trzeci już dwuczęściowiec, miał za zadanie zakończyć tę serię mocnym akcentem.

Odcinek Armia duchów („Army of Ghosts”) zaczyna się postawieniem widza w stan najwyższej gotowości. Bo oto Rose Tyler zapowiada nam, że będzie to historia jej śmierci. Jedni już płaczą, inni się cieszą, a tymczasem mamy intro i… Rose wraca do domu. Z plecakiem, z praniem dla mamy (w TARDIS nie ma pralki?), z prezencikiem. I dalej jest ciekawie, bo okazuje się, że dom wkrótce odwiedzi zmarły dziesięć lat wcześniej dziadek Rose. Po chwili pojawia się rzeczywiście postać w formie półprzezroczystego ducha. Widmo, w którym Jackie wyczuwa swojego ojca, z charakterystycznym dla niego zapachem papierosów. Zresztą na całym świecie pojawia się całe mnóstwo identycznych duchów, z którymi ludzie grają w piłkę, bawią się, biorą udział w talk-show i robią różne inne dziwne rzeczy. I kolejny raz ja się pytam – gdzie tu realizm?Army of Ghosts-1-07-2016-1 Na widok takich duchów ludzie powinni wrzeszczeć, uciekać, barykadować się w domach (chociaż przy duchach to raczej przeciętne zabezpieczenie) – Jackie zresztą wspomina, że tak było na samym początku. Ale ludzie w końcu się zorientowali, że duchy im nic nie robią, więc się z nimi zaprzyjaźnili. Serio? Można argumentować co prawda, że to efekt zakorzenionej głęboko w ludziach tęsknoty za zmarłymi lub potrzeby z obcowaniem z postaciami z zaświatów (choć zakochanie się w duchu mnie rozbawiło stokrotnie). Ale bądźmy poważni – ludzkość przez dwa miesiące przywyknie do tego, że cyklicznie kilka razy dziennie pojawiają się na całym świecie duchy, zaczną grać z nimi w piłkę, zakochają się w nich, a żaden naukowiec tego nie sprawdzi? Nie wierzę. Niestety, ale wygląda to na którąś z kolei próbę załatwienia sobie alibi – scenarzysta ma fajny pomysł, nie wie, jak go wprowadzić, więc po prostu go wrzuca, łamiąc prawa logiki, może nikt nie zauważy. Przykro mi, to widać.

Plus jest taki, że to właściwie jedyna rzecz, do której można się przyczepić w tym odcinku. Wkrótce później przenosimy się do Torchwood, akcja nabiera rozpędu i odrobiny sensu. Poznajemy Yvonne Hartman, szefową Torchwood. Zresztą bardzo fajne jest samo nawiązanie do instytutu powstałego na początku serii – oglądamy go po latach od utworzenia, nowoczesnego, panującego nad sytuacją, doskonale (wydawałoby się) wywiązującego się z powierzonych mu zadań, mającego dostęp do wielu technologii znacznie wyprzedzających epokę. Okazuje się, że duchy są jedynie efektem ubocznym prób pozyskiwania energii ze szczelin między wymiarami.Army of Ghosts-1-07-2016-2 Czym są? Nie wiadomo. Tajemnicą jest również owiane pochodzenie kuli, statku pustki, który znajduje się w Torchwood. Nie ma on masy, nie wydziela promieniowania, żadne urządzenia nie wykazują jego istnienia, ale wszyscy go widzą, a co więcej mimowolnie przyciąga on uwagę. Chcieliśmy tajemnicy, mamy ją. Najciekawsze w tym odcinku jest to, że pomijając ostatnie kilka minut, praktycznie nic szczególnego się nie dzieje, a widz i tak się nudzi, nie przysypia. Akcja bardziej przypomina partię gry strategicznej, gdzie kolejni gracze po kolei ruszają swoimi pionkami, niż emocjonujący serial. A mimo to ogląda się bardzo przyjemnie. I to niewątpliwie wielki plus tego odcinka.

Co można powiedzieć o aktorstwie? Mamy Freemę Agyeman, która co prawda nie miała zbyt brawurowej roli do odegrania, ale jej pojawienie się zdaje się potwierdzać tezę, że BBC dysponuje czterema aktorami na krzyż. Powraca Mickey, któremu pozostanie w równoległym wszechświecie i długa walka z Cybermanami zdecydowanie wyszły na dobre, jest zdecydowany, pewny siebie, takiego bym nawet mógł oglądać. Jest Jackie, co do której jak zwykle mam mieszane uczucia – świetnie radzi sobie z kpinami Doktora (świetnymi, ale do tego jeszcze dojdę), znowu głównie narzeka i niewiele z niej pożytku. Ale też wydaje, że poniekąd znalazła w tym jakieś swoje miejsce – nie do końca potrafię to uzasadnić, ale mniej razi tutaj niż raziła w pierwszej serii. Zawsze coś. Na duży plus także dwie główne postaci z Torchwood – pewna siebie, zdecydowana, silna Yvonne Hartman (Tracy Ann Oberman)Army of Ghosts-1-07-2016-3 oraz mocno introwertyczny, skupiony na nauce i odczytach, ale również podskórnie sympatyczny dr Rajesh Singh (Raji James). Te dwie twarze współczesnego Torchwood z jednej strony świetnie się uzupełniają, z drugiej naprawdę dobrze pasują do wizerunku instytutu. Rose Tyler natomiast zaczyna być dla mnie problematyczna – podczas oglądania tego odcinka skojarzyłem ją z najbardziej irytującą wersją… Clary z ostatniej serii. Tej, która zachowywała się jak Doktor, tej, która była przekonana, że wie wszystko, rozumie wszystko, nic jej nie grozi. I w dużo mniejszej skali oczywiście, ale w tym stylu wyglądała w tym odcinku Rose Tyler. Niestety. No i na koniec on (jak zwykle z zachwytami). Dobrze, że ta seria się kończy, bo niestety poziom mojego coraz mniej merytorycznego uwielbienia dla Davida Tennanta zaczyna być niestrawny. Doktor kpiący z Jackie to totalny majstersztyk, tym bardziej, że ona nie może mu w pełni odpowiedzieć. Ale też mamy Doktora mistrza taktyki, kiedy podpuszcza Yvonne tak, że przerywa „zmianę” duchów. W innym momencie mistrzowski  jako naukowiec, rozpoznający, czym jest kula, ale też próbujący rozgryźć Cybermanów. Wszystko to robiący na najwyższym poziomie aktorstwa, z odpowiednim wdziękiem i mocą, ale też w pewnym momentach majestatem. I takiego Davida Tennanta ogląda się najlepiej.

I tutaj musimy urwać tę recenzję, bo w końcu czekamy do przyszłego tygodnia na następny (ostatni w serii) odcinek. Duchy okazały się Cybermanami, a z kuli wyszli Dalekowie. Dwie najbardziej destrukcyjne, najbardziej okrutne, najbardziej nienawidzące Doktora rasy w jednym momencie na Ziemi. To musi być wielkie starcie. Już za tydzień.

A jaką wy macie opinię o tym odcinku? Piszcie w komentarzach.


Mateusz K. – sympatyczny student geografii, miłośnik literatury przygodowej i takiego też kina. Dziwny człowiek, który uwielbia psychologię i amatorsko się nią zajmuje (obserwuje ludzi). Poza tym bardzo lubi pisać.


  • Co to za fandom, w którym nie można się spokojnie zachwycić aktorem…

    Moim zdaniem to bardzo prawdziwe, że ludzie najpierw zareagowali strachem, ale gdy „duchy” wciąż były faktem i okazały się niegroźne, to po prostu się do nich przyzwyczaili. Może dwa miesiące to trochę krótko dla przeniknięcia „duchów” do oper mydlanych i programów talk-show, ale z drugiej strony telewizja lubi tematy „na czasie”, więc kuli żelazo, póki gorące… Nie wiadomo, co robili naukowcy, my widzieliśmy tylko reakcję „zwykłych ludzi” na przykładzie Jackie i kawałek rozrywkowej telewizji, i to wydaje mi się psychologicznie prawdziwe.

    W tym odcinku przeszkadza mi tylko przedramatyzowany wstęp (skoro Rose opowiada historię, to nie zginęła), ale zdaję sobie sprawę, że Davies walczył o miliony widzów na finał – miliony „zwykłych” widzów, których trzeba było przyciągnąć, zaskoczyć, nawet jeśli z punktu widzenia fana wydaje się to „tanią sztuczką”, bo przecież „ja i tak bym oglądał/a”.