10 lat minęło – The Sontaran Stratagem

Podwójny odcinek napisany przez Helen Raynor – autorkę scenariuszy niesławnych Daleków na Manhattanie („Daleks in Manhattan”) i Ewolucji Daleków („Evolution of the Daleks”) – dostarczył nam kultową scenę z Dziesiątym w masce gazowej. Czy warto go zapamiętać z jeszcze jakiegoś powodu? Przyjrzyjmy się pierwszej części, Manewrowi sontarańskiemu („The Sontaran Stratagem”), z okazji (mniej więcej) 10 rocznicy emisji.

Jak to często bywa, jeszcze przed czołówką mamy trupa. Dziennikarka, której udało się wywęszyć zbliżający się kryzys, nie zdążyła tego nawet opisać. Pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie zdołała ostrzec UNIT-u, że coś się święci. Jak dobrze, że tajna jednostka jest tak łatwo dostępna!

Nie żeby UNIT nie mógł sam odkryć czającego się niebezpieczeństwa – skupia wszakże najlepszych i najbystrzejszych. Nic dziwnego, że w jego szeregach ląduje również Martha Jones. Jeszcze niedawno studentka medycyny i towarzyszka Doktora, teraz – dość, zdaje się, wysoko postawiona funkcjonariuszka UNIT, biegająca w mundurze i z krótkofalówką. Metamorfozą przyprawia Doktora niemal o zawał. Bez obaw, stary, jeszcze ci później dokopią tym, że zmieniasz ludzi w żołnierzy – i należy ci się.

Jeśli miałabym wymienić zalety tego odcinka, to na pierwszym miejscu znalazłoby się spotkanie dwóch towarzyszek. To zawsze bolesne zderzenie z rzeczywistością – gdy dowiadujesz się, że nie jesteś jedyny w swoim rodzaju. To nie tak, że trudno byłoby wpaść na to, że Doktor miał wcześniej innych towarzyszy, w końcu nigdy nie przestaje mówić o swoich utraconych bliskich. Donna jest więc w o wiele lepszej sytuacji niż Rose, która miała o wiele więcej złudzeń. Donna doskonale wie, że jest jedną z wielu i nie wywołuje to w niej dyskomfortu. Co innego jednak słyszeć, co innego zobaczyć na własne oczy. Bardzo mi się podoba, że ilekroć dochodzi do takich spotkań, Doktor jest przekonany, że czekają go sceny zazdrości, a tymczasem w oczach towarzyszek zapala się lampka, bo oto przed nimi unikatowa okazja do wymienienia się informacjami i podzielenia się doświadczeniami z kimś, kto naprawdę rozumie. Niestety, żadna z nich na wstępie nie dostaje podręcznika BHP ani spisanych wspomnień swoich poprzedniczek. Choćby krótka rozmowa jest więc na wagę złota. Wiedzą o tym obie – dlatego Donna reaguję na Marthę z ogromną serdecznością, a Martha wykorzystuje okazję, by przestrzec Donnę przed nadmiernymi trzymaniem wszystkiego w tajemnicy. Pierwsza zasada podróży przez czas i przestrzeń: niech ktoś wie, gdzie jesteś. Niech jak najmniejsza będzie szansa, że kiedyś znikniesz i nikt nie będzie o tobie pamiętać.

(Przepraszam, musiałam).

W ten sposób jednym z tematów odcinka staje się rodzina – i to są jego najlepsze momenty. Martwiący się dziadek, nieprzyjemna matka, oboje odkrywający, że już Doktora znają; to, jak mimo wszystko troszczą się o siebie i martwią. (Swoją drogą, nie znoszę tych Daviesowskich przyziemnych, irytujących matek. To już trzecia! Te bohaterki zasługiwały na więcej). Słowa Marthy i spotkanie z nimi zakorzeniają Donnę – wie, że może równocześnie być z nimi i podróżować z Doktorem, i dokonuje wyboru. Równolegle dostaje własny klucz do TARDIS, co jest pięknym, symbolicznym gestem, za rzadko ostatnio wykorzystywanym.

Głównym tematem pozostaje jednak inwazja. UNIT próbuje rozgryźć, o co chodzi z pracownikami firmy ATMOS, a Doktor odwiedza nastoletniego geniusza, który w dworku (który, jestem przekonana, widziałam w połowie produkcji BBC) zorganizował sobie szkołę. Wraz z innymi wybitnymi jednostkami w swoim wieku konstruuje niezliczone niesamowite wynalazki. Ale zaraz, dzieciak sam sobie zorganizował szkołę? To ma być sensowne? Raczej mocno podejrzane. Luke jest czarnym charakterem z rodzaju tych zupełnie nieinteresujących, a szkoda – może dałoby się skonstruować go lepiej? Może gdyby nie był sztampowym geniuszem z zerową inteligencją emocjonalną? Jest przerysowany, irytujący i knuje. Dlaczego to robi? O co chodzi z wynalazkami? Na odpowiedź musimy poczekać – i nie będzie ona, niestety, zbyt satysfakcjonująca.

Wszystko zaś kręci się wokół bardzo klasycznego doktorowego zagrania – mianowicie bierzemy na tapet element codzienności i sprawiamy, że staje się straszny. Tym razem padło na samochody i to w zasadzie dwuwarstwowo. Na jednym poziomie mamy samochody niejako same w sobie – pancerne puszki, które szkodzą środowisku i każdego dnia robią krzywdę ogromnej liczbie osób, a i tak nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Nagle stają się zagrożeniem dla swoich właścicieli, co całkowicie słusznie wywołuje globalną panikę. I to by nawet mogło wystarczyć, ale mamy drugą warstwę – bo chodzi nie o same samochody, ale ATMOS, system, który sprawia, że samochody stają się zeroemisyjne. Dokładnie o tym marzymy, prawda? By móc poruszać się samochodem bez wyrzutów sumienia, że trujemy siebie i innych ludzi. ATMOS to umożliwia; choć nikt nie zbadał, jak działa i czy w ogóle działa, ludzie rzucili się na niego – i w konsekwencji liczba samochodów wzrosła. Perfekcyjnie odzwierciedla to obecne trendy – na pierwszych stronach gazet są samochody autonomiczne i elektryczne, które mamią nas dokładnie tym – obietnicą ekologicznej jazdy. Może to też spisek kosmitów? Kto wie. Trzeba przyznać, że to Luke’owi i Sontaranom naprawdę wyszło – celowanie w ludzi z ich własnych samochodów to rzeczywiście strzał w dziesiątkę. Trudno to nawet nazwać metaforą, raczej pewnym wyolbrzymieniem, nie tak bardzo odległym od prawdy. Zamiast zeroemisyjnych pojazdów mamy więc świat skąpany we mgle – muszę przyznać, że oglądanie tego odcinka w pierwszy dzień krakowskiego smogu to było przeżycie.

Tylko ci Sontaranie są w tym dziwni. Knucie nie leży w ich naturze, a zagranie z klonami jest bardzo zygońskie. Pomieszanie z poplątaniem.

Podsumowując, pierwsza część historii o Sontaranach, Luke’u i ATMOS-ie nie porywa, ale jest na czym zawiesić uwagę i jest się do czego uśmiechnąć. Czy kontynuacja utrzymuje poziom? Zastanowimy się za tydzień.

PS: Jeśli wydawało wam się, że rozpoznajecie jednego z Sontaran – to tak, w tym odcinku debiutuje Dan Starkey (znany nam później jako Strax) w roli komandora Skorra.

Daj na ciastko!


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who