10 lat minęło – The Runaway Bride

Wrzeszcząca panna młoda, przedwieczny potwór i bardzo zły Lance, czyli oglądamy kolejny świąteczny odcinek – Uciekającą pannę młodą („The Runway Bride”).

Poprzednią serię skończyliśmy w momencie pożegnania Doktora z Rose uwięzioną w równoległym wszechświecie. W ostatniej scenie zobaczyliśmy również dość hałaśliwą pannę młodą. I tą sceną witamy odcinek świąteczny – Uciekającą pannę młodą („The Runway Bride”). Twórcy, podobnie jak rok wcześniej, zastosowali manewr, w którym między końcem poprzedniej serii a kolejnym odcinkiem specjalnym nie mamy dziury fabularnej. I jak rok wcześniej oglądaliśmy Rose skołowaną innością nowego Doktora, tak tu widzimy Doktora zrozpaczonego po odejściu Rose. Nie ma jednak czasu na wielki smutek, bo wydarzenia toczą się błyskawicznie. Pannę młodą, czyli Donnę, trzeba odwieźć na Ziemię, gdzie jednak porywają ją roboty przebrane za Mikołajów. Zaraz potem mamy najbardziej widowiskowy moment pierwszych sezonów – TARDIS ścigającą się po autostradzie z uroczą brytyjską taksówką. Robi wrażenie. Prawdę mówiąc, odcinek jest tak naładowany kolejnymi wydarzeniami (z genialnie pasującą muzyką Murraya Golda w tle), że nie mamy czasu się znudzić ani zastanowić, choć też nie mamy wrażenia przesytu.

Niestety nie po raz pierwszy Russell T Davies nie radzi sobie ze stworzeniem interesującego i niekomicznego przeciwnika. Pomijam już fakt, że gdyby stworzyć listę kosmitów, którzy (w samym Whoniversum) byli w okolicy podczas tworzenia Ziemi lub znajdują się w jądrze lub wnętrzu naszej planety, to zrobiłby się całkiem pokaźny tłum (ale to taki zawsze wygodny sposób osadzenia przeciwnika w przestrzeni). Natomiast o samej beznadziejności postaci cesarzowej Racnoss świadczy fakt, że najbardziej interesującym momentem jej oddziaływania na fabułę była część odcinka, w której jej nie widzieliśmy. Gdy zastanawialiśmy się, w jaki sposób Donna zmaterializowała się w TARDIS, kto za tym wszystkim stoi. Sama cesarzowa okazała się imitacją Króla Skorpiona  gigantycznym pajęczakiem na długich odnóżach, z tułowiem bardzo ludzkim i malutkimi pajęczymi oczkami na czole. I jeszcze to dałoby się przeżyć, mogłoby być nawet straszne. Ale do tego postać syczała co drugie zdanie, machała w dość niekontrolowany sposób tułowiem i wybuchała wyjątkowo absurdalnym śmiechem. W żaden sposób nie pasowało to do przedwiecznego kosmity, ostatniego przedstawiciela swojego gatunku, który planuje jednak ten gatunek odrodzić (kosztem ludzi oczywiście). A sam opis potwora, wokół którego statku ukształtowała się Ziemia, jeszcze przez ukształtowaniem Układu Słonecznego, stwarzał niesamowity potencjał.

Donna Noble. O ile do oglądania tego odcinka usiadłem z przeświadczeniem (jakiż jestem nieprofesjonalny), że jej nie lubię, bo nie lubię postaci bezrefleksyjnie drących ryja nadmiernie hałaśliwych bez szczególnego powodu i to się raczej nie zmieni, to trzeba przyznać, że w tym odcinku ma ona w miarę solidne podstawy funkcjonowania. Oczywiście wrzeszczy, wali Doktora w twarz, znowu wrzeszczy, ale co tak naprawdę definiuje ją jako postać w tym odcinku? Życiowość, zwyczajność. I w tym kontekście, będąc zupełnie różna od Rose, staje się bardzo do niej podobna. Jest tą, która we właściwym momencie przypomni Doktorowi, że nie jest bogiem, że są granice. Sama to zresztą pod koniec mówi (na wypadek, gdyby ktoś nie zauważył) – że Doktor potrzebuje kogoś takiego jak ona. Zacząłem się zastanawiać, czy to jednak nie był… najlepszy odcinek Donny. Później jedynym, co ją określa, staje się krzyk. Prostota. Postać robi się płaska. W tym odcinku odegrała szalenie ważną rolę, pomogła Doktorowi, mimo swojej własnej tragedii i smutku (jak wielkim priorytetem był dla niej Lance!), sama swoje życie przeżywając niezwykle ciężko i zmieniając się podczas trwania odcinka. Czy ja właśnie pochwaliłem Donnę…

A jaka jest mocna strona tego odcinka? W pierwszym odruchu napisałbym, że mimo wszystko scenariusz, ale jednak zawahałem się. Dzieło Russella T Daviesa jest z pewnością wybitne, jeśli chodzi o ukazanie emocji, to jego niewiarygodna zaleta, szczególnie w takim momencie. Oglądamy Doktora cierpiącego tuż po utracie Rose, ale również Donnę (wulkan emocji), która dynamiczne przechodzi od ogromnej radości świeżo upieczonej żony do smutku kobiety oszukanej i wykorzystanej przez męża (w dodatku na służbie ogromnego, kosmicznego pajęczaka). Odcinek jest idealnie wyważony, w bohaterach ścierają się bardzo sprzeczne emocje, dominujący smutek z radością jednak z powodu kolejnej kosmicznej zagadki (pozostaje to jednak jeden z najsmutniejszych odcinków Dziesiątego). Wybuchowa Donna radująca się ze spotkania Doktora, której jednak mąż zarzucił tępotę i brak ambicji, a jedynym jej zainteresowaniem miał być nowy smak Pringlesów (ale Pringlesy to ty szanuj, Lance!). Emocje ścierają się i wysuwają na pierwszy plan, tworząc fantastyczny psychologiczno-emocjonalny spektakl. Co warto dodać, to odcinek świetnie zagrany, zarówno przez Davida Tennanta (no oczywiście!), jak i Catherine Tate. Zresztą w ich współpracy, myślę, można zauważyć, że to nie pierwsze ich aktorskie spotkanie i że dobrze się rozumieją.

Czemu jednak zawahałem się przy tym, czy dobry jest scenariusz? Pomijając już Racnoss, zadaję sobie pytanie, o czym właściwie jest ten odcinek? Najprostszym kluczem byłby poprzedni akapit – emocje. Ale czy same emocje wystarczą na temat odcinka? Mamy oczywiście święta, ale to tylko przyjemne tło. Przeciwnik nie powala, podobnie jak i pomagający mu Lance – wyjątkowo wredny, tak żeby było kogo nie lubić, ale również wyjątkowo głupi (czyli kolejny naiwny kretyn wierzący, że kosmita go ocali w zamian za pomoc). Odcinek byłby świetnym wprowadzeniem postaci Donny, gdyby nie fakt, że póki co nie została ona na pokładzie TARDIS. To jest właśnie problem – nie ma niczego, co pozwoliłoby nam jasno określić, jaką etykietę możemy nadać temu odcinkowi. Brakuje elementu, który powie nam, o czym jest. Akurat w tym przypadku mamy tyle interesujących elementów, że na szczęście absolutnie nie przeszkadza to w odbiorze całości, jednak przy głębszym zastanowieniu pojawia się pytanie – po co to wszystko?

A na koniec paradoksalnie (i nie pierwszy raz w tej serii) po narzekaniu stwierdzam, że to przyjemny odcinek. Mimo całkiem konkretnych i wcale niedrobnych wad, po prostu dobrze się go ogląda. Nie jest to odcinek z gatunku tych, które bym polecił nowemu fanowi do obejrzenia, ale też nie jest taki, który bym odradzał, bo syf. Ot, dobry do oglądania bez nadmiernego skupienia, idealny na święta. I nawet go lubię. Bo okazuje się, że historia świąteczna nie musi być lukrowa (ani nawet wokół tych świąt się kręcić). Okazuje się również, że postać Donny może być dobrze napisana. No szok. Jeśli więc macie czas oprócz tegorocznej historii świątecznej obejrzeć jeszcze coś, to Uciekająca panna młoda jest dobrym wyborem. Żeby uczcić jej dziesięciolecie.

A jakie wy macie opinie o tym odcinku? Podzielcie się z nami w komentarzach.

Daj na ciastko!


Mateusz K. - sympatyczny student geografii, miłośnik literatury przygodowej i takiego też kina. Dziwny człowiek, który uwielbia psychologię i amatorsko się nią zajmuje (obserwuje ludzi). Poza tym bardzo lubi pisać.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who