10 lat minęło – The Poison Sky

Dziś przenosimy się w czasie o dekadę, by powspominać drugą część historii o Sontaranach, genialnych nastolatkach i duszących samochodach, czyli Zatrute niebo („The Poison Sky”).

Jak zatrzymać coś, co właśnie chce zabić wszystkich ludzi na całym świecie – i jest wszechobecne? Jeśli chcesz zagrozić człowiekowi, sięgnij po coś, co zawsze ma blisko siebie. Samochód to naprawdę dobry pomysł. Nie wszyscy są zmotoryzowani, ale każdy ma samochód gdzieś niedaleko. W Zatrutym niebie to wystarczy, by nam poważnie zagrozić.

Po uruchomieniu systemów ATMOS cały świat zostaje skąpany w żrącym dymie. Kojarzycie historię o wielkim smogu w Londynie, który zabił bardzo wiele osób? Można się o nim sporo dowiedzieć np. z jednego z odcinków The Crown i to obraz, którego nie sposób się pozbyć z głowy. Tutaj mamy właśnie to, tylko w skali globalnej – gdzie samochody, tam ATMOS, a gdzie ATMOS, tam trujący, duszący gaz. Urządzenia miały uratować świat, sprawiając, że samochody nie będą emitować zanieczyszczeń, ale świat zatruły – można by się w tym dopatrywać jakiejś metafory. Albo lęku przed technologią, który raz po raz przewijał się przez serie Russella T Daviesa.

Podczas gdy Manewr sontarański („The Sontaran Stratagam”) zadawał wiele pytań, w Trującym niebie mamy odpowiedzi. Bieganinę i odpowiedzi. I właściwie niewiele poza tym. ATMOS okazuje się być sposobem na… jak nazwać przeciwieństwo terraformacji… ? Sposobem na dostosowanie planety do potrzeb sontarańskich klonów, a więc zmienienie Ziemi w wylęgarnię kolejnych sontarańskich oddziałów. Luke okazuje się tak nienawidzić głupszych od siebie ludzi (czytaj: wszystkich), że marzy o stworzeniu nowej, lepszej rasy ludzkiej na odległej planecie. Za pomocą małej grupki wybitnych uczniów swojej szkoły. Ktoś tu chyba nie jest za dobry z biologii, co… ? Złe plany złoczyńców okazują się niezbyt mądre, ale to nie znaczy, że łatwe do pokrzyżowania – Dziesiąty ma doskonały pretekst, by popatrzeć smutno przez dłuższą chwilę i po raz drugi na przestrzeni dwóch odcinków łzawo się pożegnać. Większość odcinka składała się jednak z bieganiny, wygrażania sobie i celowania z rakiet, co, muszę przyznać, podczas oglądania nudziło mnie do tego stopnia, że równolegle rozpętałam na Facebooku polityczną dyskusję.

Mocna strona odcinka? Oczywiście Donna. O ile Martha w sklonowanej wersji cierpi na paraliż mięśni twarzy i jest Tak Bardzo Zła, że zupełnie nieinteresująca, Donna jest sobą – i to wystarcza. Przetransportowana przemocą na sontarański statek, uwięziona w TARDIS, miotająca się, bo Doktor czegoś od niej oczekuje, ale ona nie wie czego – jej spokojne, smutne, pełne rezygnacji sceny, w tym rozpaczliwa rozmowa z mamą i dziadkiem, fajnie kontrastują z chaosem UNIT-u i szkoły Luke’a. A po nich następują jej momenty odwagi, które zawsze robią wielkie wrażenie, bo nietrudno uwierzyć, że postać Catherine Tate przekracza własne ograniczenia czystą wolą przetrwania i uratowania innych. Kradnie każdą scenę, w której się pojawia.

Martha natomiast wraca do siebie i swojej jakości (to jest taka dobra postać!) dopiero w scenie rozmowy z klonem. Jest tak marthowa, jak to tylko możliwe w tej empatii, w tej ogromnej życzliwości do kogoś, kto przecież właśnie odegrał rolę tego złego, w dodatku posługując się jej twarzą i tożsamością. Nie pamiętałam tego fragmentu i podczas oglądania na potrzeby recenzji bardzo mnie zaskoczył, bo bardzo wiele mówi o tej niezwykle oryginalnej bohaterce. Mój zachwyt Marthą w odcinkach Helen Raynor jest jednak w ciągłym cieniu wiedzy, jak ta postać już niedługo zostanie poprowadzona. Scenarzystka wprowadziła, a raczej spójnie pociągnęła dalej pewne elementy, które później zostały wyrzucone do kosza. Gdy spotykamy tu Marthę, jest osobą poukładaną, zdeterminowaną, niezainteresowaną dalszą prokrastynacją w postaci podróżowania z Doktorem (przecież wystarczyłoby słowo, a zaprosiłby ją z powrotem), z rozwijającą się karierą i planem na życie. Ma na palcu pierścionek zaręczynowy – zamierza wyjść za mąż za Toma Milligana, tego, którego spotkała podczas swoich wędrówek w roku, który się nie wydarzył. To potencjał pięknej historii miłosnej, która realizuje się w różnych okolicznościach i wersjach rzeczywistości… I byłoby to świetne, gdybyśmy nie wiedzieli, że za kilka odcinków Toma, kilkakrotnie wspominanego również w Torchwood, zastąpi Mickey, bez kontekstu i bez sensu. To jedna z decyzji Russella T Daviesa, której nie potrafię mu wybaczyć.

Drugą rzeczą, która mnie zirytowała, byli Sontaranie. Niby trochę straszni w tym, jak zupełnie nie działa na nich żadna argumentacja, ale jak na rasę niezwyciężonych wojowników, byli dziwnie bierni i jako wielkie zagrożenie nie całkiem przekonujący. Nie przekonuje mnie też fakt, że oszukali Luke’a – czy oni nie mieli być aż do przesady honorowi?

Trzecią rzeczą było zaś zamknięcie wątku Luke’a. Arogancki dzieciak traci wsparcie uczniów, a więc możliwość zrealizowania swojego planu kosmicznej ekspansji, odkrywa zdradę Sontaran, którzy chcieli go wykorzystać i nie traktowali jako partnera, i w ostatniej chwili rzuca się, ratując Doktora i oddając za niego życie. Mamy happy end – Martha i Donna wzdychają z ulgą, Dziesiąty może biec dalej. O Luke’u zaś nikt już nie wspomina. Składanie bohaterów w ofierze nigdy nie jest happy endem! Miałam duże poczucie niedomknięcia, brakowało mi jakiegoś pokazania, że zakończenie tej przygody jest gorzkie; niestety, nie ma o tym mowy.

Czasami mam wrażenie, że niektóre z doktorowych historii powstały tylko po to, by odhaczyć kolejny slot w sezonie. Powiem tak o sporej liczbie powieści, niektórych słuchowiskach i niestety również kilku odcinkach. To jeden z nich – boleśnie przeciętny, niezapadający w pamięć, posklejany z klisz. Rozwija trochę bohaterów – głównie Donnę przez jej relację z rodziną, bo rozwój Marthy zostanie zmodyfikowany – ale niewiele dokłada do Whoniversum ani nawet do fabuły serii. Nie jest to więc odcinek, który bym poleciła i raczej już do niego nie wrócę, zwłaszcza że 4 seria pełna jest o wiele lepszych historii.

A co wy sądzicie o tych odcinkach? Może wypatrzyliście dobre strony, które mnie umknęły? Podzielcie się opiniami w komentarzach!

Daj na ciastko!


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who