10 lat minęło – The Doctor’s Daughter

Chociaż może ciężko byłoby wybrać jedną inkarnację Doktor(a), której najgorzej wychodzi lądowanie w zaplanowanym miejscu i czasie, Dziesiąty pewnie znalazłby się w ścisłej czołówce. W Córce Doktora („The Doctor’s Daughter”) nie mogło być inaczej: próba odstawienia Marthy do domu skończyła się zatrzymaniem w 6012 roku… na planecie Messaline.

Wynik ten nie jest szczególnie zły, bo co to dla Doktora cztery tysiące lat, a do miana mieszkańców tej planety zaliczają się przede wszystkim ludzie. No i oczywiście Hathowie, rasa, na określenie której ciśnie się mi na usta tylko jedno wyrażenie: „fioletowi rybo-ludzie”.

Zaraz po wylądowaniu TARDIS Dziesiąty, Donna i Martha zderzają się z klasyczną ludzką uprzejmością, znaną też jako „rozbrajanie” i „trzymanie na muszce”. Niespodziewanie zostają też oskarżeni o posiadanie czystych rąk – a to jest moment, w którym zawsze powraca do mnie cytat: „Prawdziwi mężczyźni nie myją rąk”* i znajduję mu wreszcie sensowne uzasadnienie: „…żeby nie mieć dzieci”. Kiedy bowiem ręka Dziesiątego zostaje zidentyfikowana jako czysta, natychmiast trafia do sporej wielkości maszyny, z której po chwili wyłania się młoda jasnowłosa kobieta: córka Doktora.

Czas na powitanie z potomkinią stworzoną ze zmiksowanego DNA Władcy Czasu szybko minął, gdy zajmowany przez nich tunel staje się celem ataku Hathów. Krótkotrwałe zmagania kończą się zawaleniem tunelu i rozdzieleniem nie tylko walczących stron, ale i pasażerów TARDIS: podczas gdy Doktor i Donna pozostali w części tunelu zajętej przez ludzi, Martha znalazła się w obozie Hathów. I tak, w towarzystwie nowo poznanej córki Doktora, która w dodatku okazuje się nie być do końca ani taka, jaką Władca Czasu chciał ją widzieć, ani jakiej by pragnęli jej ludzie, niepełny skład drużyny TARDIS wyrusza na poszukiwanie doktor Jones.

Nie wdawajmy się już może w dalsze szczegóły – ja sama trochę nie wierzę w wartościowość streszczeń we wszelkiego rodzaju recenzjach. Kto nie oglądał, nie potrzebuje spoilerów – kto oglądał, albo pamięta i nie potrzebuje czytać o treści fabuły, albo nie pamięta i po dziesięciu latach przysługuje mu prawo ponownego obejrzenia z Ciszą. Tak czy inaczej, przejdźmy do rzeczy ciekawszych niż streszczanie fabuły.

Kiedy mówimy o Córce Doktora, najbardziej oczywistym tematem do omówienia wydaje się właśnie Jenny i jej, mimo wszystko, zmarnowany potencjał. Georgia Moffett wydaje się do tej roli stworzona, pomijając już jej wrodzone doświadczenie bycia córką (Piątego) Doktora. Sam wątek jakiejkolwiek córki Doktora daje też wspaniałą możliwość zapełnienia luki po nieistniejącej rodzinie Władcy Czasu – skoro wiemy, że miał wnuczkę, musiał mieć też syna bądź córkę – a postać Jenny byłaby idealnym sposobem przedstawienia, jak by ich traktował, gdyby pojawili się na ekranie – a może nawet powodem do uzupełnienia luki po ich historii. A kiedy do tego wszystkiego dochodzi jeszcze pomieszanie rzeczywistości z fikcją w momencie, kiedy córka Doktora staje się też jego żoną – jedyne dźwięki, jakie wydawał z siebie fandom, były chyba tylko piskami radości – bo takiego zwrotu akcji i poplątania relacji rodzinnych nie napisałby nawet Steven Moffat.

W ostatnim czasie o wspaniałości Georgii Tennant przypomniało sobie Big Finish i przywróciło do życia postać Jenny w jej własnym słuchowisku, Jenny – The Doctor’s Daughter. Przyznam się szczerze, że jeszcze się z nim nie zmierzyłam, ale jest to zaległość, której nadrobienia nie mogę się doczekać. Zwłaszcza że udało mi się obejrzeć jej rewelacyjny film You, Me and Him, który po raz kolejny dowodzi, że dystans i podejście do świata pani Tennant są równie wspaniałe i zabawne, jak jej konto na Instagramie (kto jeszcze nie widział, niechaj tam biegnie i się zachwyca!), które jest niewyczerpaną kopalnią jej życiowej mądrości. I za to wszystko możemy właśnie dziękować odcinkowi Córka Doktora, bo gdyby nie on, pewnie nie zetknęlibyśmy się z tą jej wspaniałością tak szybko (albo i wcale) – a to byłaby ogromna strata.

Dziesiąty Doktor i Jenny

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do samego odcinka i zastanówmy się nad niezwykle inteligentną rasą Hathów, której jedynym problemem jest to, że nie może porozumieć się z ludźmi – a właściwie ludzie nie chcą ich zrozumieć. W gruncie rzeczy to nic nowego, tylko poruszony po raz kolejny ten sam problem ludzkości nie szukającej porozumienia, a jedynie poparcia własnych racji. Po raz kolejny dowiadujemy się, że to nie wszelkiego rodzaju kosmici są źli, tylko ludzie nie wiedzą, o co im chodzi (i kosmitom, i ludziom). Ale no właśnie – odcinków z takim właśnie przekazem jest w Doctor Who całkiem sporo – o ile nie jest to dość ogólny przekaz wszystkich z nich.

Czy w takim razie ten odcinek rzeczywiście nas czegoś uczy? Należy chyba sobie przypomnieć słowa: „Powtórka jest matką nauki” i jeśli to najważniejsze treści powtarzamy najwięcej razy, przesłanie ponadpoglądowego porozumienia będzie chyba najistotniejszą treścią, jaką wynosimy z tego serialu. I to chyba powinno dobrze świadczyć o Córce Doktora, że jednocześnie porusza temat rodziny i nawiązywania relacji (jakkolwiek niespodziewanych i różniących się od nas), ale i osiągania porozumienia wtedy, kiedy wydaje się to niemożliwe.


*Cytat ten pochodzi z takiej oto szkolnej anegdotki: Na lekcji religii uczeń pyta: „Siostro, mogę iść umyć ręce?”. Na to pada odpowiedź: „Prawdziwi mężczyźni nie myją rąk”. Inna sprawa, że nazywanie nawet pierwszych dwunastu Doktorów „prawdziwym mężczyzną” wydaje się bardzo na wyrost, ale pomińmy może tę kwestię milczeniem, bo to temat na zupełnie inną dyskusję.

Daj na ciastko!


Studentka filologii fińskiej, miłośniczka języków, przecinków i kotów, u której nadmiary wolnego czasu się nie istnieją – w przeciwieństwie do seriali, książek i muzyki popijanych hektolitrami herbaty. Wielbi na kolanach Witkacego. Kiedy już podnosi się z podłogi, zdarza jej się prowadzić też swój blog. Kocha wszystkich Doktorów, ale w przepaść najchętniej rzuciłaby się za duetem Dziesiątego z Donną, względnie za duetem Dziesiątego z Dziesiątym.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who