10 lat minęło – Silence in the Library

Cisza, przytłumione światło, zapach kartek, grubych woluminów spokojnie śpiących na starych dębowych regałach. Obraz ten powinien jeszcze dopełnić czający się za rogiem bibliotekarz, uciszający tych, którzy nie wiedzą, jak powinno się zachowywać w takim miejscu. Typowe wyobrażenie biblioteki? Na pewno nie tej. Tu właśnie, w ciasnym uścisku, splata się ze sobą to, co nowe i stare, śmierć i życie, blask i mrok, energia i oczekiwanie, przestrzeń i jej brak. W końcu tam, gdzie jest Doktor, nic nie dzieje się normalnie. Ale zacznijmy od początku tej dziwnej opowieści.

odcinek świąteczny

Na początku muszę zastrzec, że Dziesiąty jest moim ulubionym wcieleniem Doktora, więc ciężko byłoby mi podać jakieś minusy jego kreacji. Czy w związku z tym będę bezkrytyczna? Ciężko powiedzieć. Oceńcie to sami. Dla mnie ten odcinek jest esencją, crème de la crème ery Dziesiątego. Krwistym, energetycznym koktajlem wybuchowym. Co gorsza, nie potrzeba tu zapałek, bo dzięki towarzyszom Doktora ogień rozpala się sam. Druga sprawa, o której potrzebuję wspomnieć, to fakt, że ten odcinek oglądałam dawno temu i w oryginalnej wersji językowej. Dzięki temu mogłam bardziej wczuć się w napięcie i klimat, ale mniej w treść i dialogi. O dziwo, mimo tego ograniczenia, epizod ten zapadł mi głęboko w pamięć. Ledwo zaczęłam oglądać, a odcinek już dobiegał końca. Zatopiłam się w nim bez pamięci. Można by rzec, że głównym sponsorem widowiska była litera E jak emocje i S jak… I właśnie dopłynęliśmy do kolejnej zagwozdki, z którą przyszło mi się zmierzyć. „Problem” ten leży w naturze całego odcinka. Jak tu coś powiedzieć, by nie powiedzieć za dużo? W końcu spoiler czyha na każdym kroku. Teraz wiem, jak się czuła River Song, która musiała uważać na każde nieomal słowo. I właśnie chyba niechcący jednak zaspoilerowałam.

Myślę, że zacznę dość neutralnie. Cisza w bibliotece („Silence in the Library”) to świetny odcinek na Halloween. Moffat zna się na pisaniu przerażających i wciągających zarazem historii. Z racji tego, że jest  to odcinek podwójny, polecam od razu obejrzeć jego kontynuację, Las zmarłych („Forest of the Dead”), która w udany sposób przedłuży lawinę emocji i dodatkowo doda jeszcze trochę od siebie. Całość składa się na wielowątkową opowieść, snutą z kilku różnych perspektyw i „wymiarów”. Jest dużo biegania, atmosfery wyjętej z najlepszych odcinków Strefy mroku, szybkich zwrotów akcji oraz ciekawych relacji międzyludzkich, zamkniętych w niewielkiej przestrzeni. Dodatkowo, jeśli lubicie duety Donna Noble – Dziesiąty i River Song – Doktor, to będziecie podwójnie usatysfakcjonowani.

Jeszcze przed napisami początkowymi odcinek otwiera się z dużym przytupem. A dalej? Jak u Hitchcocka – najpierw dostajesz trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko wzrasta. Doktor przybywa do Biblioteki na wezwanie, lecz nikt go nie wita. Na planecie jest całkowicie pusto, wydaje się, że poza książkami nie ma tu nic. Gdzie podziali się jej mieszkańcy? Czym są cienie, które wydają się żyć własnym życiem? Kim jest tajemnicza archeolog-podróżnik w czasie i co wie, ale nie może powiedzieć? Gdzie znikają uczestnicy wyprawy? Oto najważniejsze pytania, z którymi musi zmierzyć się Doktor.

Z początku fabuła odcinka może wydawać się dość zawiła. Razem z postępem akcji odkrywamy coraz więcej elementów, które z czasem można połączyć w jedną całość. Jeśli lubicie rozwiązywać zagadki, ten odcinek jest właśnie dla was. Obok intelektualnej strawy dostaniemy tu również mnogość rozmaitych emocji. Strach, smutek i ból będą przenikały się z bardziej spokojnymi momentami, pozwalającymi chwilę odetchnąć. Odcinek ma bardzo szybkie tempo, które jednak nie przytłacza. Doktor, jak zawsze, jest w „swoim żywiole”, zaangażowany, energiczny, genialny, ale jednocześnie skupiony na swoim zadaniu – ochronie ludzi. Jak sobie radzi? Myślę, że wyśmienicie. W odcinku tym ważne, jeśli nie najważniejsze, stają się relacje międzyludzkie. Są żywe, pełne emocji i intrygujące. Doktor i Donna przyciągają wzrok, czuć między nimi pewną chemię. Mimo to mistrzynią wejść jest River Song, która od razu przykuwa naszą uwagę. Jest twarda, bezpośrednia i nie ulega wpływowi Doktora. Podobna do Donny i jednocześnie zupełnie inna. Historię zamyka doskonały cliffhanger, który sprawi, że od razu sięgniecie po Las zmarłych, by dowiedzieć się, jak to się skończy.

Jak oceniam Ciszę w Bibliotece? Myślę, że jest to jeden z lepszych odcinków czwartej serii Doctor Who. Warto go obejrzeć i wyrobić sobie na jego temat własne zdanie.

Daj na ciastko!


Sługa przysięgi Hipokratesa, przyjaciel Doktora, miłośnik słodkiej herbaty.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who